-->

cover

czwartek, 26 grudnia 2013

Najlepsze życzenia

Mam nadzieję, że spędzacie Boże Narodzenie z tymi, których kochacie, że jest to dla Was piękny i dobry czas... No i naturalnie pyszny też :) Sernik z brzoskwiniami mojej Mamy jest rewelacyjny, a moje ciasto dla cierpliwych, pieczone trzy tygodnie przed świętami również baaaardzo mile nas zaskoczyło... O tak, święta to cudowna okazja do łasuchowania z najbliższymi... Za chwil parę Dziadek oceni moje śledzie z daktylami ;) Świąteczne światełka ślicznie migoczą, a ja rozkoszuję się pasztetem Mamy, makowcem i nowymi książkami :)  Okazałam się grzeczną dziewczynką i aniołek hojnie mnie obdarował pod choinką... Raj na ziemi :)




Do Nowego Roku jeszcze kilka dni, ale ponieważ powrócimy tutaj z Hipopotamem dopiero w styczniu, chciałabym już teraz Wam życzyć dobrego, pomyślnego roku słowami księdza Twardowskiego:

Oby się wszystkie trudne sprawy
porozkręcały jak supełki,
własne ambicje i urazy
zaczęły śmieszyć jak kukiełki.

Oby w nas paskudne jędze
pozamieniały się w owieczki,
a w oczach mądre łzy stanęły,
jak na choince barwnej świeczki.

Niech anioł podrze każdy dramat
aż do rozdziału ostatniego,
i niech nastraszy każdy smutek
tak jak goryla niemądrego.



Mam nadzieję, że Nowy Rok będzie dla nas wszystkich czasem spełnionych marzeń, zrealizowanych planów i odnalezienia tego wszystkiego, za czym tęsknimy. I naturalnie, niech to będzie pyszny rok :)


Marta

czwartek, 19 grudnia 2013

Ogród Królowej Zimy i przegląd świątecznych ciasteczek

Magia świąt Bożego Narodzenia pojawia się jeszcze przed ubraniem choinki i rozwieszaniem moich ulubionych światełek (MILIONA światełek)... Myślę o chwili, kiedy w domu zaczyna obłędnie pachnieć miodem, pomarańczami, cynamonem i imbirem. Wracamy do starych, ulubionych przepisów, ale poszukujemy również nowych inspiracji. To czas pieczenia świątecznych ciasteczek. Wyjątkowy moment w całym roku.
Dzisiejszy poranek był naprawdę piękny. Mroźny, ale słoneczny, dlatego sporządziłam sobie wielki kubek gorącego kakao i poszłam obcować z przyrodą ;) A po powrocie z ogrodu zajęłam się ciasteczkami, czyli podzieliłam je do pudełek i puszek. Przygotowałam też specjalne ciasteczkowe pudełka, dla tych, którzy byli w tym roku wyjątkowo grzeczni ;)






Oto tegoroczny świąteczny plan łasucha:


- kakaowe bombki z notatnika Mamy
- ciasteczka imbirowe znalezione tutaj
- mięciutkie pierniczki stąd
- chrupki z brązowym cukrem z tej książki
- Cranberry Noel Marthy Stewart
- orzechowe rogaliki Cioci Magdy




Kakaowe bombki z notatnika Mamy

400 g herbatników typu petit beurre, drobno zmielonych
300 g masła, rozpuszczonego
250 g cukru pudru
4 opakowania budyniu (mogą być śmietankowe, waniliowe, czekoladowe)
200 g drobno pokrojonych rodzynek
100 g innych bakalii, również drobno posiekanych (orzechy włoskie, skórka pomarańczowa)
3 łyżki gorzkiego kakao
5 (lub więcej, do smaku) łyżek wódki, rumu lub brandy
cukier i wiórki kokosowe do dekoracji

Do dużej miski wsypujemy zmielone herbatniki, cukier puder, proszek budyniowy, kakao, bakalie. Następnie wlewamy lekko przestudzone masło. Wyrabiamy ręką "ciasto", dodajemy alkohol do smaku. Formujemy kulki wielkości orzechów włoskich i obtaczamy w cukrze lub wiórkach kokosowych. Przechowujemy później w chłodzie. Bombki to nieodłączny element naszych świąt. Można sobie je nastroić według upodobań, dobierając bakalie i ulubioną alkoholową nutkę. Bardzo lubię te w cukrze :)




Ciasteczka imbirowe

1 szklanka piwa imbirowego
1/3 szklanki oleju roślinnego
1/2 szklanki cukru pudru
2 szklanki mąki
1/4 szklanki miodu
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka imbiru
szczypta soli

Redukujemy piwo do połowy, podgrzewając go w rondelku przez około 20 minut. Ostawiamy do ostygnięcia. W dużej misce mieszamy mąkę, sodę, proszek do pieczenia, cynamon oraz imbir. W innym naczyniu ubijamy olej z cukrem pudrem, dodajemy miód i 1/4 szklanki ostudzonego piwa imbirowego, całość dobrze mieszamy. Następnie mokre składniki wlewamy do miski z mąką, mieszamy i formujemy z ciasta kulę. Jeśli ciasto jest za suche, możemy dodać trochę piwa. Owijamy ciasto folią i wkładamy do lodówki na 1,5 godziny. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni, rozwałkowujemy ciasto na grubość 5 mm lub nieco cieniej i wycinamy foremką ciasteczka. Pieczemy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia przez około 8 minut. Ciasteczka powinny się zezłocić. Kiedy będą już upieczone i ostygną, możemy je ozdobić lukrem, przygotowanym z połowy szklanki cukru pudru i kilku łyżeczek zredukowanego piwa. Nasze polukrowane ciasteczka zostały później posypane zmielonymi nerkowcami, kolorową cukrową posypką, czekoladą z chilli. Ciasteczka imbirowe, polukrowane i posypane bakaliami wyglądają naprawdę bardzo ładnie i świetnie smakują, ale nawet bez żadnej dekoracji są wymarzonym dodatkiem do zimowej herbatki :)


Mięciutkie pierniczki z ziemniakami


250 g ugotowanych ziemniaków, ostudzonych i zmiksowanych na gładką masę
250 g miodu
150 g cukru
125 g masła
450 g mąki
1,5 łyżeczki przyprawy piernikowej
1,5 łyżki gorzkiego kakao
1 jajko
1 łyżeczka sody

Miód podgrzewamy w rondelku, wsypujemy cukier, a kiedy się rozpuści, dodajemy masło. Mieszamy do połączenia składników, odstawiamy do wystygnięcia. Przestudzoną mieszankę wlewamy do dużej miski, dodajemy ziemniaki, przesianą mąkę, przyprawę piernikową, kakao i sodę oraz jajko. Wyrabiamy jednolite ciasto, formujemy z niego kulę i zapakowane w folię wkładamy do lodówki na godzinę. Następnie rozwałkowujemy lekko ciasto na około 5 mm, wycinamy pierniczki i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Zachowujemy odstępy między ciasteczkami, które w czasie pieczenia rosną. Piekarnik nastawiamy na 160 stopni z termoobiegiem i pieczemy około 10 minut. Po wystudzeniu pierniczków udekorowałyśmy je lukrem zrobionym "na oko" z cukru pudru i kilku łyżek soku pomarańczowego. Potem posypałyśmy pierniczki zmielonymi orzechami, płatkami migdałowymi i gorzkim kakao. Dzięki dodaniu ziemniaków, pierniczki są puszyste i miękkie. W przyszłym roku też na pewno je upiekę.




Chrupki z brązowym cukrem

100 g pestek słonecznika
100 g pestek dyni
100 g ziaren sezamu
50 g orzechów włoskich
200 g brązowego cukru
6-8 łyżek mleka kokosowego

Na suchej patelni prażymy wszystkie pestki, ziarenka i orzechy, aż będą złote, następnie wsypujemy cukier i karmelizujemy całą mieszankę. Kolejno dodajemy mleko kokosowe, cały czas mieszając. Kiedy wszystko zacznie się kleić, formujemy przy pomocy łyżeczki quasi kuleczki (trzeba to robić ostrożnie, bo wszystko jest bardzo gorące, ale jak najszybciej) i układamy na papierze do pieczenia lub wkładamy do malutkich papilotek muffinkowych. Nie miałyśmy papilotek, a kształt naszych chrupek odbiegał daleko od kuleczek, ale ten smak... ;) Nad podziw szybko znikają :)


Cranberry Noel

225 g masła
1/2 szklanki cukru
2 łyżki mleka
1 łyżeczka ekstraktu wanilii
1/2 łyżeczki soli
2,5 szklanki mąki, przesianej
3/4 szklanki suszonej żurawiny
1/2 szklanki posiekanych włoskich orzechów
wiórki kokosowe (opcjonalnie)

Masło miksujemy z cukrem na puszysty krem. Ciągle  miksując dodajemy dwie łyżki mleka, wanilię, sól i stopniowo mąkę. Następnie dodajemy bakalie, dobrze mieszamy. Kiedy ciasto jest gotowe, dzielimy je na dwie części i formujemy z nich rulony. Jeśli chcemy użyć wiórków kokosowych, przy pomocy silikonowego pędzla delikatnie nawilżamy rolki ciasta wodą i obtaczamy je w wiórkach. U mnie ten pomysł nie przeszedł ;) Następnie zawijamy rulony ciasta w folię i wkładamy do lodówki, najlepiej na całą noc. Następnego dnia kroimy zrolowane ciasto (najlepiej nożem z piłeczką) na pojedyncze ciasteczka o grubości około 5 mm i układamy na blasze wyłożonej papierem. Pieczemy w 190 stopniach około 12 minut, do zezłocenia. Ciasteczka są aromatyczne i chrupiące, poza tym ładnie wyglądają dzięki przekrojowi żurawinowo-orzechowemu. To ciasteczka, które można zostawić Mikołajowi ze szklanką mleka ;)




Orzechowe rogaliki Cioci Magdy

1/2 kg mąki
200 g masła
200 g orzechów włoskich, zmielonych
1 całe jajko + jedno żółtko
2 łyżki śmietany (użyłam 18%)
3 łyżki cukru pudru
1 opakowanie (15g) cukru waniliowego (zapomniałam... ;)...)

Masło siekamy z przesianą mąką, dodać orzechy, jajko i żółtko, cukier puder, śmietanę. Szybko zagniatamy gładkie ciasto, formujemy kullę, owijamy ją folią i wkładamy do lodówki na około 1,5 godziny. Następnie wyjmujemy ciasto z lodówki, dzielimy na dwie części, jedną odkładamy do lodówki (ciasta jest sporo, nie mam sensu, żeby wysychało), a z drugiej odrywamy po małym kawałku i formujemy małe rogaliki, które układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Potem tak samo postępujemy z drugą częścią ciasta. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni, pieczemy rogaliki około 10 minut, aż zaczną się złocić. Po wystudzeniu posypujemy szczodrze cukrem pudrem. Orzechowe rogaliki Magdzi to jedne z ulubionych ciastek w rodzinie, stary, sprawdzony przepis. Co prawda moje rogaliki (niektóre...) przypominały bardziej, mhm..., podkowy, ale zapewniam, że są przepyszne :)





Jeśli nie udało Wam się jeszcze niczego upiec na święta, wybierzcie któryś z powyższych przepisów. Są proste i nie zajmują wiele czasu. Nie ma jak domowe ciasteczka, no i jak pięknie będzie Wam pachniało Boże Narodzenie... 








środa, 18 grudnia 2013

Małe puchatkowe Conieco ze świąteczną nutą

Dziś krótko i na temat, jako że świąteczne przygotowania w toku :) U Marty z Jadłonomii wynalazłam przepis na krem daktylowy. Daktyle to jedne z moich ulubionych owoców i na pewno jeszcze się na blogu pojawią, tymczasem chcę wam pokazać przepis na pyszną daktylową pastę, która po dodaniu gorzkiego kakao staje się quasi nutellą z nutką piernikową :) Nadaje się do kanapek, naleśników, przekładania ciasteczek i do białego sera jeśli lubimy wersję na słodko. I zdecydowanie, tak jak napisała autorka tego przepisu, w kryzysowych momentach można go po prostu wyjadać łyżeczką ze słoika :) Marta napisała również, że można ten krem przechowywać w lodówce, w szczelnie zamkniętym słoiku nawet do dwóch miesięcy, ale biorąc pod uwagę ten smak, daję mu dwa, najwyżej trzy dni :)




Daktylowa świąteczna nutella z piernikową nutką


1,5 szklanki suszonych daktyli namoczonych w wodzie przez noc
szczypta soli
pół łyżeczki przyprawy piernikowej
2 łyżeczki gorzkiego kakao

Daktyle delikatnie odcedzamy, nie wylewamy wody. Dodajemy szczyptę soli, przyprawę piernikową oraz kakao i miksujemy przy pomocy blendera na gładki krem. Jeśli wydaje się za gęsty, możemy dodać odrobinę wody, w której daktyle się moczyły. Przekładamy krem do słoika i trzymamy w lodówce. I już :)



wtorek, 17 grudnia 2013

My Moroccan soul czyli kurczak z miodem i śliwkami

Niemal każdy ma w swojej pamięci miejsca, które od razu kojarzą się nam z konkretnymi smakami, zapachami czy wrażeniami. Są letnie romantyczne kolacje pachnące świeżymi ziołami na leniwym południu Europy, jest aromat grzanego wina po narciarskim szaleństwie, są gorące pączki z okienka na Chmielnej w Warszawie i wspomnienia zimowych spacerów z przyjaciółmi. Jest jedyny w swoim rodzaju zapach t e j szarlotki mojej Babci Haliny, który potrafi sprawić, że miejsce staje się domem, że przestrzeń pozwala się oswoić...
Niektórych smaków nie jesteśmy w stanie odtworzyć z daleka od takich miejsc. Choć wszystkie składniki są pod ręką, chociaż przepis krok po kroku tłumaczy, jak to wszystko przyrządzić, jakoś się nie udaje, czegoś wciąż brakuje. To samo danie pod innym niebem, w innym towarzystwie smakuje nam zupełnie inaczej. Maroko, z którym wiąże się fragment mojego życia, to kraj o imponującej tradycji kulinarnej. Bogactwo marokańskich przysmaków oparte jest na prostych, umiejętnie zestawionych składnikach odpowiedniej jakości, mnóstwie dobrze dobranych przypraw i inspiracji kulinariami innych narodów, które pojawiały się przez wieki na tle dziejów królestwa Maroka.
Kiedy tęsknię do kraju zachodzącego słońca, do moich przyjaciół, krajobrazów, śpiewu pustyni, tęsknię również za smakiem, jaki miało moje marokańskie życie. Zabrałam z Maroka mnóstwo przypraw, książek i przepisów, ale na początku moje próby kulinarne nie były zbyt udane. Dobrze dobrane przyprawy... No właśnie, "dobrze" w większości przepisów oznacza "na oko", a tego sformułowania bałam się kiedyś jak ognia. Upłynęło trochę czasu, czegoś się nauczyłam, po wielu próbach udało mi się przygotować zaalouk czyli pastę z bakłażana i pomidorów, która smakowała dokładnie jak TAM. Cóż to była za satysfakcja :) Potem przyszła pora na gulasz z soczewicy, a dziś chciałam się z Wami podzielić przepisem na kurczaka ze śliwkami i miodem. To proste danie, które zaskakuje bogactwem smaku i doskonale nadaje się na chłodne dni.




Usiadłam przy stole z moim przyjacielem,  z miseczką złocistego kurczaka posypanego sezamem, podanego (a jakże by inaczej) z kaszą kuskus. To był naprawdę dobry wieczór. Nie tylko ze względu na fakt, że udało mi się doścignąć jeden z moich ulubionych smaków. Przypomniało mi się też, jak słyszałam w Maroku, że do stołu powinno się siadać z ludźmi, którzy są nam życzliwi, bo dobre towarzystwo znaczy więcej niż najdroższe przyprawy...




Marokański kurczak z miodem i śliwkami

1 kg filetów z kurczaka
2 cebule
200 g suszonych śliwek
szczypta szafranu
1/2 łyżeczki cynamonu
szczypta gałki muszkatołowej
2 łyżki miodu
1 łyżka ziaren sezamu uprażonych na suchej patelni
olej, sól, pieprz

Śliwki zalewamy wodą na 20 minut. Cebulę kroimy w cienkie półplasterki, na głębokiej patelni rozgrzewamy olej, wkładamy cebulę, pokrojone w kostkę filety z kurczaka i dodajemy szczyptę szafranu. Kiedy cebula i mięso zmiękną, dolewamy 3/4 szklanki wody i gotujemy na średnim ogniu przez około 20 minut. Następnie dokładamy na patelnię odsączone śliwki, a po 15 minutach dodajemy cynamon, gałkę muszkatołową i miód. Gotujemy na małym ogniu pod przykryciem przez 20 minut, a na koniec doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Przed podaniem posypujemy kurczaka uprażonymi ziarnami sezamu, serwujemy z kaszą kuskus lub ryżem. 












wtorek, 10 grudnia 2013

Kraków przed świętami i czekoladowe przyjemności

Aura jakoś nie może się zdecydować. Miota się gdzieś między jesienią i zimą, nękając nas wiatrem, chłodem i wilgocią. Niełatwo teraz o dobre samopoczucie, ale robię wszystko, co w mojej mocy... Poza tym dostarczono mi (dosłownie) mnóstwa inspiracji, kiedy paczka od Mikołaja z Anglii do mnie dotarła :) Pysznie się zapowiada i może nawet nie spojrzę na pluchę za oknem wybierając przepisy z moich nowych książek :) Dziękuję, Mikołaju :)
Kilka dni temu, kiedy pogoda była jeszcze łaskawsza, wybrałam się do Krakowa. Magiczne miasto nad Wisłą, pełne uroczych zakamarków i nastrojowych uliczek, przygotowuje się do Bożego Narodzenia. Na krakowskim rynku czekają zaczarowane dorożki, mieszkańcy miasta i zagraniczni turyści z upodobaniem fotografują się na tle pięknej choinki, karmią gołębie i delektują się przysmakami na gorąco, wybierając świąteczne ozdoby. A wieczorami chronią się przed grudniowym chłodem w klimatycznych kafejkach pijąc grzane wino i gorącą czekoladę.





Kraków jest przytulnym i gościnnym miastem. Nie odwiedzam go zbyt często (a szkoda), ale i tak mam już moje małe krakowskie rytuały. Przechadzam się niespiesznie wąskimi uliczkami, zastanawiając się, kto przemierzał je wieki wcześniej, robię zdjęcia, kupuję obwarzanki posypane solą, a wieczorem lubię pójść z przyjaciółmi do Alchemii na Kazimierzu. Na mapie Krakowa pojawiło się mnóstwo kulinarnych przybytków, które chciałabym odwiedzić, ale zostawiam to już na kolejną wizytę.







Moja siostra miała dziś urodziny. Chciałam upiec jej coś dobrego, a ponieważ, jak wiemy, czekolada jest dobra na wszystko z pogodą łącznie, a za mną wciąż chodzi wspomnienie gorącej pysznej czekolady z Krakowa, oto co z moich zamiarów wyniknęło...






Tarta i tarteletki z czekoladowym kremem i bakaliami

Pamiętacie szarlotkę, którą upiekłam dla Mamy? Skorzystałam z tego przepisu na kruche ciasto, tyle tylko, że użyłam 1/3 składników. Z tej ilości ciasta wyszła mi dzisiaj niewielka tarta (20 cm) oraz 10 małych tarteletek. Natłuszczone foremki wylepiłam schłodzonym wcześniej w lodówce ciastem, podpiekłam w 180 stopniach przez jakieś 10 minut i odstawiłam, żeby trochę ostygły.
Potem przygotowałam nadzienie:

Krem czekoladowy:
100 g gorzkiej czekolady
250 g serka mascarpone
1 łyżka miodu (lub więcej, do smaku, jeśli chcemy, aby krem był słodszy)
2-3 łyżki alkoholu (podkradałam Tacie wiśniówkę, myślę, że amaretto czy brandy również by się nadały)

Czekoladę rozpuściłam w kąpieli wodnej, kiedy odrobinę ostygła, dodałam ją do miseczki z mascarpone, miodem i wiśniówką. Wymieszałam dokładnie całość łyżką i wypełniłam nadzieniem spód tarty i tarteletki. Udekorowałam je później orzechami włoskimi, laskowymi, suszoną żurawiną i płatkami migdałowymi, a potem schowałam do lodówki. Po około godzinie już się nadawały do pałaszowania. Solenizantka ponoć zadowolona ;)




Dziś w kuchni towarzyszyła mi taka muzyka (zdecydowanie pasuje do czekolady...) :





środa, 4 grudnia 2013

Czekać... Jak to łatwo powiedzieć ;)

Jak to u Was jest z czekaniem? Po co się w ogóle na coś czeka? Czemu nie można mieć wszystkiego tak od razu, natychmiast, już...? Można czekać na to, co już zaplanowane, obmyślone, w jakiś sposób przewidziane. Czekać na zamierzony efekt. Można czekać z ciekawością, nie mając pojęcia, co nam się objawi na końcu drogi, czy będzie to miła niespodzianka, czy też gorzki posmak zawodu.
Czekamy na pojawienie się tej jedynej osoby,  na łaskawe lato, na zawodowy sukces, na stabilizację finansową. Uważamy to za zwykłą kolej rzeczy, a czasami za przedłużającą się w nieskończoność karę. Czekanie potrafi nas uspokajać i zabijać. Czekanie nas uskrzydla i przyprawia o bezsenność. Po co to wszystko? Tłumaczę sobie, że czekanie w pewnym stopniu kształtuje nasz charakter, uczy nas jakoś bardziej cieszyć się z różnych rzeczy.  Czy cieszylibyśmy się latem nie marznąc w zimie? Czy docenilibyśmy bliskość nie doświadczając wcześniej samotności?
A, co ważne dla tego bloga, czekanie może też nadawać smak. Już za trzy tygodnie Wigilia, zacznie się magiczny czas, na który pewnie większość z  nas czeka.
Ja upiekłam dziś ciasto, na które poczekamy... do Bożego Narodzenia. Trzy tygodnie... Wtedy będzie najlepsze, choć podobno już po czterech dniach smakuje pysznie. Sądząc po zapachu, który dziś wypełnił kuchnię, powinnam czekać z ciekawością i nadzieją, że smak tego wypieku nas nie rozczaruje. I uroczyście przyrzekam, że nie będę się potajemnie zakradać do szczelnie zapakowanej paczki z ciastem...




Świąteczne ciasto dla cierpliwych


2 szklanki cukru
2 szklanki gorącej wody
2 łyżki masła
1,5 łyżeczki soli
2 łyżeczki cynamonu
2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
450 g rodzynek
2 łyżeczki sody
3 szklanki mąki

W garnku mieszamy gorącą wodę z cukrem, masłem, solą, rodzynkami i przyprawami. Doprowadzamy do wrzenia, a potem jeszcze gotujemy na malutkim ogniu 5 minut. Sodę mieszamy z jedną łyżką gorącej wody i dodajemy do garnka, nie należy już mieszać całej mikstury. Po 5 minutach zdejmujemy mieszankę z palnika i studzimy do temperatury pokojowej i dodajemy mąkę. Nagrzewamy piekarnik do 160 stopni, smarujemy masłem formę z kominkiem i wysypujemy bułką tartą. Wypełniamy foremkę masą i pieczemy około 55 minut, do suchego patyczka. Moje ciasto potrzebowało godziny. Gdy ciasto się upiecze, wyjmujemy je z formy, studzimy, a potem owijamy papierem do pieczenia i folią aluminiową. Teraz pozostaje już tylko znaleźć mu ustronną miejscówkę w chłodzie, a ja chyba na wszelki wypadek ustawię alarm w telefonie, ot tak, żeby w święta nie zapomnieć ;)




Szukam jeszcze kilku przepisów na ciasteczka, wybieram świąteczną muzykę, kompletuję prezenty i czytam sobie "Tajemnicę świąt Bożego Narodzenia" Josteina Gaardera. Poza tym uwielbiam oglądać świąteczne wystawy, nawet jeśli czasem są trochę kiczowate. Nastrojowe grudniowe czekanie to chyba jedyne, które naprawdę bardzo lubię. I myślę, że nasze niepozorne ciasto bardzo nas w te święta zaskoczy :)