-->

cover

środa, 24 grudnia 2014

Jest taki dzień...




Kochani,
życzę Wam serdecznie na święta przychylności Nieba i ludzkiej życzliwości...
Życzę, abyście spędzili te szczególne dni z ludźmi, których kochacie,
 otuleni miłością i zapachem choinki i pierniczków.
Radosnego Bożego Narodzenia!


Marta


tu jeszcze piękna kolęda dla Was... 

wtorek, 23 grudnia 2014

Siła prostoty. Śledzie na święta.

Choinka ubrana, światełka ładnie migoczą, a pod drzewkiem piętrzą się pięknie zapakowane pudełka. Ciekawe, kto był w tym roku taki grzeczny...? Śniegu ani na lekarstwo, ale świąteczna atmosfera już się wszystkim udzieliła, a radosne dzwoneczki słychać chyba w każdej radiostacji. Moje świeta w tym roku bez karpia, makowca i barszczu. Będzie za to indyk, brukselka, świąteczny pudding z mnóstwem bakalii i mince pies, rozkoszne kruche babeczki z korzennym nadzieniem. Jednak jakiś polski akcent również się pojawi, przygotowałam śledzie, podobne do tych od Sztuki Śledzia , których miałam okazję spróbować odwiedzając w październiku katowicką MENUfakturę. Są wymarzone na święta - mają ciekawy smak, można je bardzo szybko przygotować, no i te kolory - zdecydowanie pasują do choinki :)






Ekspresowe matjasy z żurawiną, dymką i prażonymi pestkami


600 g śledzi matjasów
pęczek dymki
2-3 łyżki suszonej żurawiny
3-4 łyżki uprażonych na suchej patelni pestek (u mnie dynia, słonecznik i sezam)
oliwa z oliwek
sól i świeżo zmielony pieprz

Śledzie kroimy na kawałki wielkości kęsa. Mieszamy je w misce z grubo pokrojoną dymką, żurawiną i pestkami. Możemy dodać łyżkę lub dwie oliwy z oliwek, a całość doprawiamy solą i świeżo zmielonym pieprzem. Chwila w lodówce i gotowe.







niedziela, 21 grudnia 2014

Trufle czyli świąteczny prezent last minute i chwila w ogrodzie.

Nie znoszę prezentów takich jak świąteczne zestawy kosmetyków czy słodyczy. Nie lubię wybieranych w pośpiechu "gotowców", którymi można by właściwie obdarować każdego. Do świątecznych podarunków warto się dobrze przygotować. Znam ludzi, którzy przez cały rok polują na sympatyczne drobiazgi dla bliskich i gromadzą je w "prezentowych szufladach". Czasami, czy to gdzieś w dalekiej podróży, czy spacerując po ulicach dobrze nam znanego miasta, można się natknąć na rzeczy, które sprawią radość przyjaciołom lub komuś w rodzinie. Bardzo lubię takie okazje. Warto się więc rozglądać, ale warto też uważnie ludzi słuchać, żeby gdzieś mimochodem dowiedzieć się, co sprawiłoby im przyjemność... Wszyscy wiemy, że tak naprawdę w święta najbardziej liczy się pamięć i fajne pomysły. Ja bardzo lubię prezenty własnoręcznie zrobione, a z oczywistych względów przepadam wręcz za upominkami do schrupania. Słodkie czy słone, nieważne. Istotne, że komuś się po prostu chciało i przygotował je specjalnie dla mnie, wkładając w to kawałek swojego serducha. Dobrym pomysłem na prezent dla tych, co to już wszystko mają i kochają czekoladę są moje dzisiejsze trufle. Ja również przygotowałam je w ramach choinkowej niespodzianki. Mam nadzieje, że osoba, która je ode mnie dostanie, ucieszy się... :) A przygotowywanie tych trufli, topienie czekolady, krojenie i podjadanie suszonych owoców przy słuchaniu świątecznej muzyki jest fantastycznym zajęciem :)






Trufle czekoladowe z suszonymi owocami i rumową nutką  (około 30 sztuk)

250 g dobrej gorzkiej czekolady (moja miała 70% kakao)
150 ml śmietanki kremówki
2 łyżki zmielonych migdałów
120 g suszonych owoców, drobno posiekanych (u mnie śliwki, morele i żurawina)
odrobina rumu (lub innego ulubionego alkoholu, ilość zależy od naszych upodobań)
do obtoczenia: mielone migdały, posiekane migdały lub orzechy laskowe

Czekoladę topimy w kąpieli wodnej, zdejmujemy z ognia i dodajemy do niej kremówkę. Mieszamy, aż dobrze się połączą i dodajemy suszone owoce, zmielone migdały i alkohol do smaku. Całość wlewamy do płaskiego naczynia, wyrównujemy powierzchnię masy czekoladowej i odstawiamy w chłodne miejsce lub do lodówki na około godzinę. Potem łyżeczką nabieramy porcje czekoladowej masy i formujemy kulki (mniej więcej kulki, nie muszą mieć regularnego kształtu) wielkości orzechów włoskich. Na końcu obtaczamy trufle w migdałach, zmielonych lub posiekanych, albo w orzechach laskowych. Czekoladki ładnie się prezentują w malutkich papierowych papilotkach, albo po prostu ułożone w świątecznej puszce. Przechowujemy je w chłodnym miejscu.




Nic nie wskazuje na białe święta w mojej okolicy... Można się za to wybrać do ogrodu i tam właśnie powstały fragmenty truflowej sesji ;) Słońca niestety brakowało, było za to dużo zieleni, królicze norki i przebiegający tu i ówdzie biały terrier... Nic, tylko z talerzem trufli poszukać Szalonego Kapelusznika, który na pewno gdzieś w okolicy urządza podwieczorek :) Pamiętacie? Tylko wariaci są coś warci :) 








sobota, 20 grudnia 2014

Coraz bliżej święta :) Czekoladowy keks Nigelli.

Kiedy w ubiegłym roku obejrzałam filmik, na którym Nigella przygotowuje świąteczny, niemalże ekspresowy keks, wiedziałam, że po prostu muszę go upiec... Zerknijcie sobie na ten filmik, umieściłam go tutaj na końcu posta. Ciekawa jestem bardzo, czy Wasze odczucia będą podobne :) Zaczęłam przygotowywać to ciasto i szybko zrozumialam, dlaczego Nigella ma taki rozanielony wyraz twarzy... Kiedy w dużym garnku wymieszałam bakalie z miodem, rumem, kakao i całą aromatyczną resztą, kuchnia pachniała jak prawdziwa esencja Bożego Narodzenia. Nawet sobie pomyślałam, że byłoby cudownie mieć malutką fiolkę z tym zapachem i sięgać po nią, kiedy tylko w ciągu całego roku mamy jakiś gorszy dzień czy spadek nastroju. Nigella dodaje do swojego ciasta mixed spice, czyli angielską korzenną przyprawę do świątecznych wypieków. Postanowiłam, że nie sięgnę po typową, gotową mieszankę do piernika, tylko przygotuję własną mixed spice, na podstawie tego przepisu . To był bardzo dobry pomysł. Przyprawa, którą sobie ukręciłam w starym młynku do kawy, nie ma nic wspólnego z tymi sklepowymi, ma za to bogaty skład i wspaniale pachnie.




Mixed spice, czyli angielska przyprawa do świątecznych wypieków

1 łyżka cynamonu
1 łyżka kolendry (zmielonych ziarenek)
3/4 łyżki gałki musztatołowej (najlepiej świeżo otartej)
1/2 łyżki imbiru
1/2 łyżki ziela angielskiego
1/4 łyżki zmielonych goździków

W oryginale receptura podana jest w łyżeczkach, ale ja chciałam mieć tej przyprawy więcej, w puszce, pod ręką do kolejnych ciast. Przygotowanie mixed spice jest bardzo proste, wszystkie przyprawy zmielone na proszek mieszamy ze sobą w podanej proporcji i zamykamy w szczelnym pudełku.




Świąteczne ciasto Nigelli jest tak kuszące jak ona sama ;) Mnóstwo bakaliowych dobroci w środku, nutka czekolady i alkoholu i aromat pomarańczy. Dla mnie to doskonałe połączenie. Ciasto można upiec dużo wcześniej (choć to już chyba opcja na kolejne świeta...) i przechowywać szczelnie zamknięte i zapakowane w papier, albo też popełnić je w wieczór przed Wigilią - będzie wtedy równie smakowitym towarzyszem Bożego Narodzenia :)


Czekoladowy keks Nigelli
   (z moimi zmianami)

350 g suszonych śliwek, posiekanych
250 g rodzynek
125 g suszonej żurawiny
175 g masła
140 g cukru trzcinowego
150 ml miodu
150 ml rumu
sok i skórka otarta z 2 pomarańczy
1 i 1/2 łyżeczki przyprawy mixed spice
3 łyżki dobrego kakao
3 jajka
150 g mąki
75 g mielonych migdałów
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody

W dużym garnku mieszamy bakalie, masło, cukier, miód, rum, sok i skórkę pomarańczową, mixed spice i kakao. Podgrzewamy, aż całość zacznie się delikatnie gotować. Mieszamy i podgrzewamy na małym ogniu 10 minut. Potem odstawiamy mieszankę, aż ostygnie do temperatury pokojowej. W miseczce lekko ubijamy jajka i dodajemy je do ostudzonej masy, a potem dosypujemy mąkę, zmielone migdały, sodę i proszek. Starannie mieszamy, aż wszystko się dobrze połączy. Piekarnik nagrzewamy do 150 stopni. Dno i boki formy wykładamy papierem do pieczenia. Papier powinien wystawać nad ciasto (powinien być raz wyższy niż bok tortownicy), żeby w trakcie długiego pieczenia wierzch ciasta nie wysychał i nie przypalał się. Nigella używa specyficznej tortownicy, o średnicy 20 cm i wysokości 9 cm. Moje ciasto też zostało w takiej upieczone, bo akurat niedawno sobie ją sprezentowałam i muszę przyznać, że wyglądało uroczo - było nieduże, ale wysokie i ciężkie. Myślę natomiast, że można spokojnie upiec to ciasto w większej, niekoniecznie tak wysokiej foremce. Przy podanych wymiarach, ciasto powinno się piec 90 - 120 minut. W większej foremce potrwa to krócej, po prostu trzeba będzie zaglądać częściej do piekarnika. Z powodu dużej ilości bakalii nie do końca sprawdza się tutaj zasada suchego patyczka, ciasto ma być po upieczeniu błyszczące i lepkie, a patyczek wciąż lekko wilgotny.






środa, 10 grudnia 2014

Życie zmiennym jest, a śledzik zawsze dobry :)

Z grudniem przywitałam się ekstremalnie. Dosłownie. Ledwo wyszłam z domu i już wywinęłam orła. Za to w jakim pięknym stylu ;) Nadałoby się to widowisko z pewnością do show typu "on ice"... A z przyjemniejszych rzeczy - rozpoczęło się wertowanie książek kucharskich i czasopism, żeby poszukać inspiracji przed Bożym Narodzeniem. Popełniłam też niezwykle smakowite ciasto, wymarzone na święta i już niedługo Wam o nim napiszę.




Tymczasem piję mocną herbatę z odrobiną mleka, z wielkiego kubka i otulona ciepłym swetrem patrzę z kuchni na ogródek, a właściwie podziwiam niebo, którego kolor co i rusz się zmienia. W listopadzie planowałam zmiany i już się zaczęło... Mikołaj przyniósł mi nowe widoki za oknem, nową rzeczywistość i naturalnie nowe wyzwania. Zapowiada się ciekawie, ale najważniejsze, że otoczenie jest bardzo przyjazne :) Zmiany bardzo mnie cieszą, nawet jeśli idą w parze z jakąś formą straty... Dlatego zanim dotrzemy do przepisu, mam jeszcze dla Was jeden z moich ulubionych wierszy, który najbardziej mi się podoba w oryginale:

One Art

The art of losing isn't hard to master;
so many things seem filled with the intent
to be lost that their lost is no disaster.

Lose something every day. Accept the fluster
of lost door keys, the hour badly spent.
The art of losing isn't hard to master.

Then practice losing farther, losing faster:
places, and names, and where it was you meant
to travel. None of these will bring disaster.

I lost my mother's watch. And look! My last, or
next-to-last, of three loved houses went.
The art of losing isn't hard to master.

I lost two cities, lovely ones. And, vaster,
some realms I owned, two rivers, a continent.
I miss them, but it wasn't a disaster.

- Even losing you (the joking voice, a gesture
I love) I shan't have lied. It's evident
the art of losing's not too hard to master
though it may look like (Write it!) like disaster.

Elizabeth Bishop




Przepis na śledzie z daktylami wynalazłam w ubiegłym roku u Ewelajny i zapałałam do nich płomiennym uczuciem ;) Moje śledziowe upodobania są powszechnie znane, gdybym mogła, to upiekłabym i sernik ze śledziem... Po śledziach curry i śledziach z buraczkami mojej Mamy przyszła pora na korzenne śledzie z daktylami, które będą doskonałą przekąską na Boże Narodzenie, choć smakują tak samo wyśmienicie również o innych porach roku.


Korzenne śledzie z daktylami

10 solonych śledziowych filetów
2 posiekane cebule
20 daktyli, pokrojonych w krążki, jak oliwki

Olej:
1 szklanka oleju
4 ząbki czosnku, drobniutko posiekane
2 pokruszone liście laurowe
2 czubate łyżeczki mielonej słodkiej papryki
7 ziarenek pieprzu, 7 ziarenek ziela angielskiego i 7 goździków
po 10 ziarenek kolendry, gorczycy, jałowca
pół łyżeczki cynamonu

Zaczynamy od przygotowania aromatycznego oleju, warto to zrobić nawet 2-3 dni wcześniej. Wszystkie przyprawy kruszymy w moździerzu (nie musi być na proszek) i mieszamy z liściem laurowym, czosnkiem, papryką i cynamonem. Taką pastę zawijamy w gazę i naszą "sakiewkę" zalewamy w słoiku olejem. Zakręcamy i odstawiamy w ciepłe miejsce. Im dłużej olej postoi, tym lepiej, powinien mieć ładną bursztynową barwę i pięknie pachnieć. Śledzie moczymy w wodzie, kilka godzin lub całą noc, a potem tniemy na kawałki wielkości kęsa i układamy w słoiku na przemian z cebulą i daktylami. Całość zalewamy korzennym olejem. Słoik wstawiamy do lodówki, na przynajmniej 3 dni. Polecam przygotowanie podwójnej porcji :)




















piątek, 28 listopada 2014

Jesieni na do widzenia...

To była dłuuuuuuga noc... Jednak z jakichś powodów właśnie noc to najlepsza pora dla mojej twórczości, nie tylko kulinarnej. Na studiach również moje nasłynniejsze dzieła powstawały nad ranem ;) Jeśli macie podobnie i chcecie się trochę odstresować w kuchni wieczorową porą, może spróbujecie upiec domowy chleb ? U mnie tym razem do zrobienia było sporo, bo jak już Wam napisałam, hipopotamowe specjały zagoszczą na imprezie andrzejkowej. I tak, po nocy spędzonej na produkcji kruchego ciasta i nadzienia do tart, na mieleniu maku, ścieraniu cytrynowych skórek, powolnym gotowaniu pysznej zupy i dekorowaniu czekoladą obłędnego murzynka, mogę Wam przedstawić moje andrzejkowe menu dla Pubu Bibelot :)


***
Zupa z soczewicy z warzywami i kiełbaskami
Tarta cukiniowo - pieczarkowa z dwoma serami, podana z kolorową sałatą
Muffiny Nigelli z jabłkami i rodzynkami
Murzynek bakaliowy z ganaszem z gorzkiej czekolady i mascarpone
Ciasto makowe Babci Haliny z cytrynową nutką


Mam nadzieję, że wszystko będzie smakowało, a andrzejkowe przepowiednie okażą się pomyślne ;) Ja z pewnością jutro sięgnę po ciasteczko z wróżbą w Bibelocie :) A dziś mam dla Was tartę z dynią, tak trochę symbolicznie, żeby pożegnać Panią Jesień. Zrobiło się już na tyle chłodno, że trzeba się naprawdę opatulić, żeby spacery były przyjemne... Przyjemne będzie również z pewnością oczekiwanie na Boże Narodzenie :) Już Was namawiam do upieczenia świątecznego ciasta dla cierpliwych . Jest bardzo proste, a smakuje naprawdę wspaniale, poza tym może być również sympatycznym prezentem na święta :)






Tarta z dynią, szpinakiem i gorgonzolą  (na podstawie przepisu z książki Diane Henry "Roast Figs Sugar Snow")

Kruche ciasto:
250 g mąki
125 g masła
1 jajko
1/2 łyżeczki soli
1-2 łyżki śmietany (12-18%)

Wypełnienie:
350 g dyni (bez miąższu i pestek, pokrojonej w niedużą kostkę)
200 g szpinaku
125 g gorgonzoli, pokruszonej
50 g cheddara, startego na drobnej tarce
125 ml śmietany 18%
2 jajka
świeżo starta gałka muszkatołowa
oliwa
sól, pieprz

Z podanych składników szybko zagniatamy kruche ciasto, rozwałkowujemy i wykładamy nim natłuszczoną foremkę do tarty (26-28 cm). Dno nakłuwamy widelcem, żeby ciasto się nie wybrzuszało przy zapiekaniu. Foremkę wkładamy do zamrażalnika, na godzinę lub dłużej (często zostawiam ją na noc). Kolejny krok to podpieczenie tartowego spodu, bez nadzienia, około 15-20 minut, w 180 stopniach, aż się lekko zezłoci. Nadzienie warto przygotować wcześniej. Dyniowe kostki mieszamy z odrobiną oliwy, dodajemy trochę soli i pieprzu, układamy na blasze i pieczemy w 180 stopniach około 20 minut, do miękkości. Szpinak (najlepiej w garnku z szerokim dnem) zalewamy ciepłą wodą (tylko, żeby przykryła listki) i pod przykryciem na średnim ogniu gotujemy przez około 4 minuty. Następnie dobrze odsączamy listki i odstawiamy do ostygnięcia. W miseczce przygotowujemy zalewę: lekko ubite jajka mieszamy ze śmietaną i startym serem, doprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Na dnie tarty układamy szpinak, na nim kawałki dyni, zalewamy je śmietaną z jajkami i serem, a całość posypujemy pokruszoną gorgonzolą. Pieczemy tartę w 180 stopniach, przez około 40 minut, do momentu, kiedy wierzch się ładnie zetnie i zarumieni. Pyszności!







środa, 26 listopada 2014

Kiedy życie i pogoda atakują...

Listopad na finiszu wyraźnie posmutniał. Zrobiło się chłodno i szaro. Właściwie w powietrzu czuć już zimę. Momentami wydaje mi się, że czegokolwiek bym nie włożyła, i tak zmarznę. Spotykane na spacerach istoty przeróżne też wyglądały na zziębnięte. Jakby tego wszystkiego było mało, kilka bolesnych prawd życiowych, takich, co to najlepiej słyszeć o nich z daleka, zapukało i do mnie. Niestety wcale nie było łatwo otworzyć im drzwi... Na szczęście jednak w tej jesiennej szarzyźnie pojawiło się kilka iskierek. Ktoś się bardzo ucieszył z mojego ciasta - niespodzianki, zupa dyniowa umiliła popołudnie pewnej Pani, a już za chwilę na imprezie andrzejkowej zostaną zaserwowane hipopotamowe przysmaki :) Zakupy już poczynione, zaraz kuchenna mobilizacja :) Tymczasem zapraszam Was na curry, jedno z najprostszych na świecie, idealne na to, co za oknem.










Curry z ziemniakami i groszkiem to typowy comfort food i moje ulubione jednogarnkowe danie. Proste i szybkie w przygotowaniu ma zaskakująco wyrazisty smak. W sam raz na chłodne wieczory, żeby na sofie pod kocem raczyć się miseczką czegoś dobrze doprawionego, sycącego i rozgrzewającego. I posłuchać dobrej muzyki. Albo komedię romantyczną obejrzeć, nawet tę, którą już sto razy widzieliśmy ;)




Curry z ziemniakami i groszkiem  
(przepis stąd )

olej
2 duże cebule, drobno posiekane
5 pomidorów, obranych ze skórki, pokrojonych na małe kawałki
700 g ziemniaków, obranych, pokrojonych na niewielkie kawałki
1 szklanka zielonego groszku (może być mrożony)
1 zielona papryka chilli, drobno pokrojona (usuwamy ziarenka), ewentualnie 1-2 małe suszone chilli
1 kawałek kory cynamonowej
8 ziaren kardamonu
2 liście laurowe
kawałek imbiru, ok. 5 cm, starty
sól
400 ml mleka kokosowego
garść posiekanej kolendry lub pietruszki


Rozgrzewamy w garnku trzy łyżki oleju, wkładamy cynamon, kardamon, liście laurowe, mieszamy. Kiedy olej zacznie pachnieć przyprawami, dodajemy cebulę, chilli i starty imbir. Mieszając smażymy, aż cebula się zeszkli. Jeśli chcemy, można teraz wyjąć z garnka liście laurowe i kardamon. Dodajemy pomidory i gotujemy na średnim ogniu, mieszając, aż pomidory zmiękną i się rozpadną, około 10-15 minut. Teraz pora na dodanie ziemniaków, groszku i mleka kokosowego. Całość solimy do smaku i gotujemy pod przykryciem na małym ogniu, aż ziemniaki będą miękkie. Jeśli całość będzie zbyt gęsta, możemy dolać odrobinę zwykłego mleka. Posypujemy kolendrą/pietruszką i podajemy.











czwartek, 20 listopada 2014

Le Beaujolais Nouveau est arrivé !

Minutę po północy, w każdy trzeci czwartek listopada, ponad milion skrzynek z winem wyrusza z regionu Beaujolais, przez pogrążoną we śnie Francję, do Paryża, skąd wino będzie rozesłane do różnych krajów. Wkrótce, niemal na całym świecie, od Nowego Jorku po Pekin wielbiciele wina odkorkują swoje butelki, aby z ciekawością spróbować smaku młodziutkiego Beaujolais, stworzonego z tegorocznych zbiorów. Francuzi będą próbować tego wina w domach, barach, restauracjach, cieszyć się nim w gronie znajomych w ramach Festiwalu Beaujolais Nouveau. Niektórzy winiarze z Beaujolais będą kosztować młodego wina... połączeni z klientami z odległych krajów przez skypa ;)  Wyczytałam, że zaraz po mieszkańcach Francji, najwięcej entuzjastów Beaujolais pochodzi z ... Japonii :)
Co powoduje, że każdego roku ponad 70 milionów butelek przemierza świat, a ponieważ każdy chciałby je zaserwować jako pierwszy, wino podróżuje motocyklem, helikopterem, rikszą, balonem, a czasem nawet... na słoniu? Trudno uwierzyć, że kiść winogron sprzed zaledwie kilku tygodni, mieni się już w kieliszku radosną czerwoną barwą i uwodzi owocowym bukietem. Świętowanie zbiorów i picie młodego wina to stara burgundzka tradycja, o której świat usłyszał w latach osiemdziesiątych dzięki wydatnym staraniom winiarza z rejonu Beaujolais, George'a Duboeuf, nazywanego często królem czy nawet papieżem Beaujolais. Młode wino pochodzi wyłącznie ze szczepu Gamay, winogrona są zawsze zbierane ręcznie, a krótki proces fermentacji powoduje, że jest wino jest lekkie i ma owocowy posmak. Daleko mu do wielkich win, bywa nazywane płaskim i łatwym, ale w przypadku Beaujolais Nouveau esencjonalna jest raczej smakowa niespodzianka i cieszenie się winem w gronie przyjaciół.  Każdego roku Beaujolais smakuje inaczej, a pytanie typu "jak będzie smakowało tegoroczne?" podobno wśród koneserów nie uchodzi ;)






Schłodzone Beaujolais może towarzyszyć różnym potrawom i przekąskom, u mnie czeka na niego wytrawny keks.




Wytrawny keks z gruszkami, gorgonzolą i orzechami włoskimi  (upiekłam na podstawie pomysłu Rachel Khoo)

250 g mąki (użyłam po połowie pszennej i razowej)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 jajka
150 ml oliwy
100 ml mleka
2 łyżki jogurtu naturalnego
150 g gorgonzoli (lub innego sera z niebieską/zieloną pleśnią), pokrojonej w kostkę
garść orzechów włoskich, grubo posiekanych
1 duża lub 2 mniejsze gruszki, obrane ze skórki i pokrojone w kostkę
sól, pieprz

Mąkę z proszkiem przesiewamy do miski, dokładamy gruszki, orzechy, gorgonzolę i mieszamy. W innym, większym naczyniu ubijamy jajka, aż masa będzie jasna i puszysta. Dolewamy oliwę, mleko, jogurt, delikatnie miksujemy, dodajemy sól i pieprz do smaku (pamiętamy, że ser jest słony). Do składników mokrych dodajemy suche, delikatnie, ale dokładnie mieszamy, aby wszystko się dobrze połączyło i wlewamy masę do keksówki (np. 25 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni 40-50 minut, do suchego patyczka. Zanim spróbujemy keksu, pozwólmy mu dobrze wystygnąć. Według mnie najlepiej smakuje następnego dnia.






Korzystałam ze stron:
http://www.intowine.com/beaujolaisnouveaufacts.html
http://winofil.blogspot.com/2012_11_01_archive.html
http://www.businessinsider.com/afp-world-braces-for-rude-spirited-beaujolais-nouveau-2014-11





wtorek, 11 listopada 2014

Pasta. Papryka. Dobre :)

Wciąż można przytaszczyć do domu dynię , na sto sposobów wykorzystać gruszki , a poza tym jest przecież jeszcze wspaniała papryka . Coś dawno nie było u Hipopotama makaronu, a ponieważ ostatnia pasta, czyli rurki rogate z paprykowo - orzechowym pesto bardzo mi smakowała, serwuję Wam dziś przepis na łatwy, treściwy, a do tego niezwykle smakowity makaron. Do konsumpcji wskazane: śródziemnomorska radość życia + przyjaciele + butelka dobrego wina :)




Dzisiejszy przepis dedykuję wszystkim tym, dla których szklanka jest jednak zawsze do połowy pusta, życiowym cierpiętnikom, księżniczkom na ziarnku grochu, obrażalskim, sfrustrowanym, złośliwcom, zrzędom, marudom, zazdrośnikom i może jeszcze tym, którzy bez sensu trwonią czas innych ludzi. Skosztujcie makaronu i niech się Wam w życiu przejaśni... :)




Makaron penne z paprykowo - orzechowym pesto  (na podstawie przepisu z BBC Good Food ME June 2014)

400 g makaronu penne
100 g orzechów włoskich, uprażonych na suchej patelni i zmielonych (2-3 orzechy grubo siekamy, posypiemy nimi makaron przy podawaniu)
3 czerwone papryki, upieczone w piekarniku i obrane ze skórki
30 g parmezanu, albo żółtego sera o ostrzejszym smaku, startego (odkładamy trochę do posypania)
1 ząbek czosnku, zmiażdżony
kilka listków bazylii
2-3 łyżki śmietany (12-18%)
oliwa, sól, pieprz

Papryki możemy sobie upiec dzień wcześniej, układamy je na blasze w całości i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Pieczemy do momentu, kiedy skórka papryk zacznie robić się miejscami czarna. Wyjmujemy papryki z pieca, wkładamy do garnka, przykrywamy pokrywką, a po mniej więcej 30 minutach obieramy je ze skórek i usuwamy nasionka. Paprykowe filety* mieszamy z orzechami, parmezanem, czosnkiem, bazylią i 2 łyżkami oliwy. Całość blendujemy na gładki sos. Dodajemy śmietanę, doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Podgrzewamy sos na małym ogniu, jeśli wydaje się nam zbyt gęsty, możemy do niego dodać odrobinę wody z gotowania makaronu. Makaron gotujemy al dente, odsączamy i mieszamy z paprykowym pesto. Przed podaniem posypujemy go posiekanymi orzechami i serem. Podane proporcje wystarczą na 4-6 porcji.

* papryki warto upiec sobie więcej, jest przepyszna! Obraną ze skórki zalewamy oliwą zmieszaną z odrobiną soli, a do słoika dodajemy np. rozmaryn i pokrojone w grube plasterki ząbki czosnku. Przechowujemy w lodówce. Po około tygodniu smakuje wspaniale :) Wykorzystałam taką paprykę do kanapek i fajnej sałatki (papryka, mozarella, czarne oliwki, czerwona cebula, zielenina i kapusta pekińska + najprostszy sos, czyli oliwa z oliwek, sok z cytryny i sól). Pycha!








środa, 5 listopada 2014

November... Sun :)

Niedawno przeczytałam, że listopad jest ostatnim miesiącem jesieni, ale jednocześnie początkiem nowej przygody. To czas ryzyka i nieoczekiwanych decyzji. Niezła definicja :) U mnie właściwie podobna sytuacja i wiele jeszcze może się wydarzyć :) Kilka bliższych i dalszych projektów na horyzoncie... Póki co, korzystając z łaskawego błękitu nad głową spaceruję po sympatycznych miejskich zaułkach, rozkoszuję się gorącą czekoladą i herbatą w dobrym towarzystwie i buszuję w nowościach wydawniczych - do niektórych wzdycham z utęsknieniem, a niektóre już za jakiś czas pojawią się na mojej półce. Baaardzo spodobała mi się ścieżka dźwiękowa z filmu Dracula Untold. Obserwuję też bliźnich, przysłuchuję się rozlicznym rozmowom o życiu i czasem wydaje mi się, że z tego też byłaby już książka ;) Bawią mnie, a może częściej zastanawiają ludzkie reakcje, często ich całkowity brak, albo jakaś dziwna obojętność... Niedawno w jednym urzędzie natknęłam się na chłopaka z nalepką na głowie ;) Wszyscy mu się z uśmieszkami przyglądali, zamiast zwyczajnie mu o tej nalepce powiedzieć. Takie tam drobnostki... Generalnie jednak moja jesień jest sympatyczna, spotykam bratnie dusze, serdeczne i życzliwe, nie brakuje również Artystów (Pani Basiu - serducho wirtualne posyłam!). A poza tym coraz więcej ludzi odpowiada uśmiechem na uśmiech i bardzo się z tego cieszę :)






Chowder warzywny z łososiem  (inspirowany przepisem z książki Sophie Dahl "Na każdą porę. Rok w przepisach")

1 nieduży kalafior, podzielony na różyczki
3 ziemniaki, obrane i pokrojone w małą kostkę
5 łodyg selera naciowego, drobno pokrojonych
2 cebule, drobno posiekane
1 cukinia, drobno pokrojona
200 g wędzonego łososia (ścinki sałatkowe będą jak znalazł)
pęczek natki pietruszki, drobno posiekanej
1,5 l bulionu drobiowego
2 szklanki mleka
6 łyżek śmietany (12 lub 18 %)
oliwa 
sól, pieprz

W dużym garnku rozgrzewamy dwie łyżki oliwy, dodajemy cebulę, ziemniaki i seler. Podsmażamy warzywa około 5 minut, często mieszając. Następnie dolewamy do garnka bulion i szklankę mleka, na średnim ogniu gotujemy kolejne 5 minut, a potem dokładamy kalafior, cukinię i łososia i gotujemy na małym ogniu około 15 minut, aby warzywa zmiękły, ale nie były rozgotowane. W czasie gotowania powoli dolewamy pozostałe mleko. Przed podaniem dodajemy do zupy śmietanę, posiekaną natkę pietruszki i doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Warto odłożyć odrobinę łososia i pietruszki, żeby udekorować zupę przed podaniem. Możemy również przygotować stostowane pieczywo - ciepłe chrupiące kromki są tutaj świetnym dodatkiem.








czwartek, 30 października 2014

Czas zadumy. I słodko - słono z dedykacją dla Oli i Kevina :)

Przed nami dzień Wszystkich Świętych, chwile zadumy, może również łzy, które uronimy z serdeczną myślą o tych, za którymi wciąż tęsknimy, choć już nie mogą z nami być... Niby co roku ten sam rytuał, kwiaty, znicze, a jednak tęsknota i wzruszenie niezmiennie nam towarzyszą. Zwłaszcza, kiedy patrząc na rozświetlone cmentarze jeszcze mocniej uświadamiamy sobie kruchość ludzkiego istnienia. I nie ma chyba w tej materii trafniejszej wskazówki, niż słowa księdza Twardowskiego, które większość z nas już dobrze zna - "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..." 




A miłość można okazywać na wiele sposobów :) Ten Hipopotamowy już pewnie znacie. Dziś post krótki, ale pysznościowy :) I deklaruję to z czystym sumieniem, bo przepis testowaliśmy w dwóch kuchniach -  smakowało zarówno Polakom, jak Anglikom ;)




Sałatka z gruszką, serem blue i orzechami  (przepis z książki Diane Henry "Roast Figs Sugar Snow")

1 mała czerwona cebula
3 gruszki
30 g masła
60 g orzechów laskowych, uprażonych na suchej patelni i przekrojonych na pół
150 g mieszanki sałat
100 g sera blue, pokruszonego

Sos:
4 łyżki oliwy
1/4 łyżeczki musztardy Dijon
1 i 1/2 łyżeczki octu z białego wina
1 łyżeczka miodu

Zaczynamy od przygotowania sosu. Składniki mieszamy w miseczce, doprawiamy do smaku i odstawiamy do "przegryzienia". Cebulę przecinamy na pół i kroimy w półksiężyce (piórka). Na niedużej patelni rozgrzewamy odrobinę oliwy z oliwek i podsmażamy cebulę, żeby się odrobinę zbrązowiła. Doprawiamy ją odrobiną soli i pieprzu i przykrywamy, żeby nie wystygła. Gruszki obieramy ze skórki, przekrawamy na pół i kroimy na grubsze plastry. Na patelni rozpuszczamy masło i podsmażamy gruszki, żeby się zezłociły z każdej strony, ale nie zaczęły rozpadać. W misce mieszamy sałatę z orzechami i większością sosu. Rozkładamy sałatę na talerze (4-6 porcji), układamy plastry gruszki, cebulę i posypujemy pokruszonym serem. Skrapiamy pozostałym sosem i rozkoszujemy się jesiennym wieczorem :)






piątek, 24 października 2014

Jeśli dziś piątek, to pora na kuskusik! Podwójny!

Przyrzekłam sobie, że tym razem słowa nie będzie o pogodzie, która zdecydowanie nas nie rozpieszcza ;) Cieszę się za to, że trochę sobie połazikowałam w poszukiwaniu czerwieni, czyli mojego ulubionego koloru z bogatej palety jesiennych barw. Jest chłodno i wilgotno, ale mimo wszystko pięknie :) Przejmujące zimno (choć może takie dopiero nadejdzie...?) nastraja mnie na comfort food, więc ma być pysznie, aromatycznie i dobrze się kojarzyć z miłymi chwilami. Uświadomiłam też sobie ostatnio, że w życiu bardzo się nam przydają nasze małe rytuały, drobne rzeczy, które robimy regularnie i które zawsze poprawiaja nam nastrój, a do tego jeszcze w jakiś sposób porządkują nam rzeczywistość. Są więc popołudniowe herbatki, weekendowe szaleństwa z przyjaciółmi, brydżowe wtorki w przytulnym pubie w mojej miejscowości. Oczywiście, jest tego więcej, bo każdy ma swoje "ulubione" i zdecydowanie powinniśmy się tego trzymać. Jednym z moich ulubionych "rytuałów" było jedzenie kuskusu w każdy piątek, w czasie, który spędziłam w Maroku. I nieważne, czy było to w eleganckim hotelu czy gdzieś przy stole przykrytym ceratą na środku jakiegoś targowiska, po prostu piątek bez kuskusu nie był piątkiem ;) I była to nie tylko okazja, żeby trochę połasować, ale również, aby w spokoju spotkać się ze znajomymi i porozmawiać o wszystkim i o niczym. Jeśli pamiętacie post z przepisem na kurczaka ze śliwkami i miodem , to pewnie wiecie, że w Maroku najchętniej siada się do stołu z przyjaciółmi, zatem podwójna przyjemność - można się cieszyć towarzystwem życzliwych osób, a do tego jeszcze niespiesznie rozkoszować posiłkiem. Zapraszam zatem na kuskus :)






Bardzo się zaprzyjaźniłam z kuskusową sałatką, która świetnie się nada na szybką przekąskę w ciągu dnia i drugie śniadanie do pracy. Do tego bardzo ładnie się prezentuje :) Najlepiej przygotować ją dzień wcześniej i włożyć na noc do lodówki, żeby smaki się przegryzły. Ważne również, aby nie przesadzić z ilością wody w trakcie zalewania kuskusu wrzatkiem, by kasza była sypka. Ja zwykle na 100 g kuskusu przygotowuję 140 ml wrzątku i dwie łyżki oliwy, więc łatwo sobie obliczyć proporcje na większą ilość kaszy.


Sałatka z kuskusem, selerem naciowym i jabłkiem  (inspiracja stąd )

150 g kaszy kuskus
garść orzechów włoskich, uprażonych i posiekanych
garść suszonej posiekanej żurawiny
2-3 łodygi selera naciowego, pokrojone na nieduże kawałki
1/2 małej cebuli, drobno posiekanej
1 jabłko, obrane ze skórki i pokrojone na małe kawałki
1 pęczek szczypiorku, drobno posiekanego
1 pęczek natki pietruszki, drobno posiekanej
sok z jednej dużej cytryny
sól, pieprz, oliwa z oliwek

Kuskus w płaskim naczyniu zalewamy wrzątkiem (200 ml wody + dwie łyżki oliwy), mieszamy, przykrywamy i odstawiamy na około 20 minut. Na patelni rozgrzewamy jedną łyżkę oliwy, dokładamy cebulę i seler, dodajemy szczyptę soli i pieprzu i dusimy około 5 minut na małym ogniu, a potem wykładamy do misy sałatkowej. Następnie dorzucamy do misy pietruszkę, szczypiorek i żurawinę, a potem kawałki jabłka, które skrapiamy sokiem z cytryny, żeby nie zrobiły się brązowe. Teraz pora na dodanie kuskusu i orzechów. Całość mieszamy, skrapiamy oliwą, a potem doprawiamy do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny.






Z okazji piątku postanowiłam przygotować kuskus na ciepło, właśnie taki, jak w Maroku. Kiedy podniosłam pokrywkę garnka, w którym powoli dusił sie warzywny gulasz, otuliła mnie znajoma woń przypraw, przywodząca sympatyczne wspomnienia marokańskiego biesiadowania. Ta wersja kuskusu z warzywami mogłaby śmiało uczestniczyć w konkursie na ulubione danie Shreka z bagien, bo niestety, "wyględna" nie jest za grosz ;)  Na pewno znalazłoby się więcej jedzenia typu "brzydkie, a dobre", ale muszę przyznać, że trochę się wahałam nad publikacją zdjęć, tym bardziej, że skończyła mi się zielenina do okrasy ;) Pomyślałam jednak, że ten sycący, gęsty i naprawdę bardzo smaczny gulasz z bakłażanem, kalafiorem i cieciorką mimo wszystko zasługuje na zaistnienie u Hipopotama. W końcu hipopotamom przecież do Shreka niedaleko ;)




Piątkowy kuskus z warzywnym gulaszem  (przepis z książki Diane Henry "Food from Plenty")

250 g kaszy kuskus (to jest porcja dla 4-5 osób, można przygotować więcej, bo gulaszu jest sporo)
1 i 1/2 cebuli, pokrojonej w półplasterki
2 bakłażany, pokrojone w niedużą kostkę
400 g ciecierzycy z puszki, odsączonej
50 g daktyli, wypestkowanych, pokrojonych na małe kawałki
1 mały kalafor, podzielony na różyczki
3 ząbki czosnku, zmiażdżone lub drobno posiekane
1/2 łyżeczki imbiru (sproszkowanego)
1/2 łyżeczki płatków chilli
1 łyżeczka kuminu (w przepisie 1 i 1/2, można by dać połowę, albo pominać, ale kumin daje "ten" smak)
1 kawałek kory cynamonowej
szczypta szafranu (nie miałam niestety)
1 litr bulionu lub wody (dodałam bulionu drobiowego, to dobry pomysł)
pęczek kolendry, posiekanej
sól, oliwa z oliwek

Kuskus zalewamy wrzątkiem i odstawiamy pod przykryciem na 20 minut. W naczyniu, w którym będziemy gotować gulasz rozgrzewamy 2 łyżki oliwy i szklimy cebulę, a potem dodajemy do niej czosnek, imbir, kumin i chilli i podgrzewamy na średnim ogniu, jakieś 2 minuty. Na dużej patelni rozgrzewamy 2 łyżki oliwy i podsmażamy kawałki bakłażana, aż się zarumienią. Kawałki bakłażana dodajemy do cebuli, dodajemy litr bulionu lub wody, szczyptę szafranu, daktyle i ciecierzycę. Całość doprowadzamy do wrzenia, a potem przykrywamy i na małym ogniu gotujemy 10 minut. Następnie dokładamy do gulaszu  różyczki kalafiora i gotujemy, aż kalafior będzie miękki, ale nie rozgotowany. Kiedy gulasz będzie gotowy, dodajemy do niego posiekaną kolendrę i podajemy z kuskusem.