-->

cover

piątek, 17 stycznia 2014

Marine leci do Katmandu :)

Teheran, Taszkient, Cape Town, Delhi... Do tylu fantastycznych miejsc można by stąd polecieć... Niedawno przytrafiła mi się długa noc na dużym lotnisku. Stanęłam przed tablicą informującą o odlotach, wytyczając w myślach trasy moich kolejnych podróży. Lotnisko ze swoją atmosferą wielkiego centrum handlowego jakoś nie przypadło mi do gustu, ale też nigdzie wcześniej nie udało mi się zobaczyć tylu osób w barwnych, narodowych strojach. Korzystając z okazji przyglądałam się bajecznym odzieniom Afrykanek i kobiet pochodzących z byłych republik radzieckich. Nawet w trakcie wielogodzinnych podróży, mimo niewygód, nie tracą niczego ze swej tożsamości i kobiecości... Ja w dżinsach i bluzie z kapturem mogłabym pochodzić jednocześnie z 50 krajów. Nie myślałam o robieniu zdjęć (wszystko, co obejrzałam, trafi więc do folderu "fotografii utraconych w biegu", wypełnionego już po brzegi), chciałam się po prostu nasycić tymi niezwykłymi obrazami...




Nie miałam ochoty na przemierzanie pasaży handlowych i chciałam trochę odpocząć po poprzednim locie. Postanowiłam dołączyć do grupy kobiet, które otoczone plecakami piknikowo się rozsiadły przy jednym z przejść. Podobnie jak one, zdjęłam buty, oparłam głowę na zrolowanej bluzie i z ogromną ulgą na moment zamknęłam oczy. Po czym przypomniałam sobie, że mam w plecaku śliwki w czekoladzie...Chwilę później pałaszowałam je z uroczą Francuzeczką, której samolot do Katmandu spóźniał się już siódmą (!) godzinę, z czekającymi na ten sam samolot wciąż roześmianymi mieszkankami Nowego Jorku, z ciemnooką irańską poetką i sympatycznym chłopakiem z Dżibuti, wracającym po wakacjach u mamy do chłodnej Szwecji, której, jak twierdził, oddał swoje serce.





Niesamowite, jak szybko i naturalnie tworzą się między ludźmi w podróży ciepłe i bezpośrednie relacje. Ktoś częstuje owocami, ktoś popilnuje Twojego plecaka, kiedy musisz na moment się zdrzemnąć. Wszyscy są bardzo siebie nawzajem ciekawi. Zawsze w takich momentach czuję, że to jest właśnie esencja mojego życia. Bycie w podróży. I że tak naprawdę świat jest bardzo mały, a przyjazne dusze można znaleźć wszędzie. I zawsze jest mnóstwo wspólnych tematów. Współczesnych nomadów, bez namiotów i wielbłądów, podróżujących za to w towarzystwie laptopów, iPadów czy innych wynalazków, nadal najbardziej fascynuje spotkanie z drugim człowiekiem. Dużo było rozmów, żartów, pytań o to, jak wygląda życie tam, skąd pochodzimy. Atmosfera była naprawdę wspaniała. Na koniec ktoś powiedział: "Pal licho te siedem godzin! Katmandu zostanie tam, gdzie jest i na nas zaczeka, a gdyby ten samolot odleciał o czasie, to przecież nigdy byśmy się tu nie spotkali...". No właśnie :) Moją marokańską siostrę Naimę również poznałam w podróży - gdzieś między Agadirem a Casablanką... :)


Śliwki w czekoladzie
 (na bazie przepisu Trufli)

200 g gorzkiej czekolady, roztopionej w kąpieli wodnej z 1 łyżką masła i 1 łyżką miodu
300 g suszonych śliwek

Czekoladę (ja użyłam gorzkiej, wy użyjcie ulubionej, można też je pomieszać) rozpuszczamy w kąpieli wodnej z łyżką masła i łyżką miodu. Gdy masa jest jedwabista, zanurzamy w niej pojedynczo śliwki ponabijane wcześniej na wykałaczki. Kiedy nadmiar czekolady spłynie, Trufla radzi wbić wykałaczki np. w ziemniaki, aby czekolada mogła stężeć. Moich śliwek było sporo, więc układałam je z wykałaczkami na tacy wyłożonej folią aluminiową, a potem odstawiłam na kilka godzin w chłodne miejsce. Śliwki były prezentem dla mojego Taty, ale trochę też podkradłam na podróż ;) Następnym razem użyję większej ilości śliwek, bo przy dwóch tabliczkach czekolady, trochę mi jej później zostało. Choć wiadomo - od nadmiaru czekolady głowa nas nigdy nie boli :)






Irańska poetka naprawdę tam była ... :)

poniedziałek, 6 stycznia 2014

A w Nowym Roku chcę więcej...

Początek nowego roku to zawsze szczególny czas. Nowa data dostarcza nam energii do planowania przyszłości i wiary w to, że realne zmiany w naszym życiu są jak najbardziej możliwe. Cieszymy się zatem z nowego rozdziału i postanawiamy... Tuż przed sylwestrem odnalazłam jeden z moich dawnych kalendarzy, a w nim słuszną listę Realnych (!) Noworocznych Postanowień i... komentarze, które się przy nich końcem roku pojawiły ("naprawdę?", "no, prawie...", "cóż, superaktualne", "uhahahahaha"...) Niektórzy traktują sprawę poważniej i zamiast spisywać postanowienia, po prostu od razu ruszają z kopyta - oświadczają się, rzucają pracę, wyjeżdżają na koniec świata, aby zamieszkać w miejscu, o którym zawsze marzyli. Bardzo mi się to podoba i czasami zwyczajnie zazdroszczę im odwagi. Ja zaczynam nowy rok tworząc kolaż, swoistą mapę marzeń na wewnętrznej stronie okładki mojego kalendarza. Pozytywne hasła, zdjęcia ukochanych miejsc, wiersze, przepisy - to wszystko będzie mi przypominać o moich noworocznych założeniach. W tym roku wyjątkowo daruję sobie odwieczną listę postanowień, ale z całą pewnością wiem, czego musi być w nim więcej niż do tej pory. Więcej snu, więcej rozmów z przyjaciółmi, więcej czerwonej szminki, więcej książek, więcej przytulania, więcej dobrej muzyki, więcej warzyw i nowych przypraw, więcej zachodów słońca, więcej śmiechu do łez, więcej samotnych wypraw, więcej wiary, więcej pracy nad zdjęciami i przepisami, więcej wewnętrznego spokoju. Jednym słowem metoda małych kroków, która wydaje się pomocna na drodze do spełnienia i szczęśliwości.




Dziś mam dla Was przepis z jednej z moich mikołajowych książek. Danie jest proste, smaczne i doskonale nadaje się na poświąteczny oraz posylwestrowy detoks. Będzie też zgodnie z założeniem "więcej zieleniny" :)




Burgery z ciecierzycy  (z książki Sophie Dahl "Na każdą porę. Rok w przepisach.")

oliwa
1 cebula, drobno posiekana
2 ząbki czosnku, drobno posiekane lub zmiażdżone
500 g ugotowanej i odsączonej ciecierzycy (poszłam na skróty, kupiłam 2 puszki ciecierzycy, w sumie miałam jej ok. 400 g)
garść grzybów pokrojonych w kawałki (w przepisie świeże, ja użyłam mrożonych)
2 łyżeczki mielonego kuminu (dałam trochę mniej)
2 łyżeczki mielonej kolendry (pominęłam)
garść posiekanej natki pietruszki
3 łyżki mąki pszennej lub orkiszowej
1 jajko (przepis go nie zawiera, ale uważam, że warto dodać)
sól
pieprz

Na patelni rozgrzewamy trochę oliwy. Dodajemy cebulę i czosnek, podsmażamy, aż się zeszklą i zmiękną. Pozostałe składniki łączymy w misce, dodajemy cebulę z czosnkiem i miksujemy blenderem, aby uzyskać masę o konsystencji okruchów. Doprawiamy do smaku i formujemy burgery. Smażymy na rozgrzanej oliwie po kilka minut z każdej strony, aż będę złociste i chrupiące.




Autorka przepisu proponuje podawać ciecierzycowe kotleciki z sosem tahini (3 łyżki oliwy, 1 łyżka pasty sezamowej i sok z 1/2 cytryny), ale ja miałam ochotę na dodatek prostej i zaskakująco smacznej surówki z kiszonej kapusty:

Surówka z kiszonej kapusty z żurawiną i orzechami

300 g kiszonej kapusty
niewielka cebula drobno posiekana
garść suszonej żurawiny
garść drobno posiekanych orzechów włoskich
kilka łyżek oliwy z oliwek, do smaku