-->

cover

sobota, 22 lutego 2014

50 twarzy hummusu i tęsknota za...

Mam mnóstwo polskich znajomych, którzy od lat mieszkają za granicą. Różnie się ludziom układa, wiadomo. Jedni pojechali na studia. Inni na kilka miesięcy, żeby trochę dorobić. Jeszcze inni po prostu wybrali się zwiedzać świat. Koniec końców wybrali życie pod innym niż polskie niebem. Podobno tam, gdzie nas nie ma, trawa jest zawsze bardziej zielona, a niebo bardziej błękitne... I podobno też wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma... Cóż. Tak już na poważnie. Niektórzy zakochali się w innej kulturze, odnaleźli się tysiące kilometrów od ojczyzny, poczuli, że właśnie tam ich miejsce. Mają dzieci, domy, psy i ogródki i spokojnie zasypiają. Innych wygnała z Polski brutalna i dziwna rzeczywistość, w której nie można być tak po prostu sobą, nie można zarabiać na tym, w czym się jest naprawdę dobrym (wiem, niektórym się udaje i to fantastyczna sprawa :) ... ). Wcale nie planowali żadnych wyjazdów, tak się po prostu złożyło, że po latach nędznych zarobków i bezsilnego walenia głową w polski mur postanowili poszukać szczęścia gdzie indziej. Uważam, że wszyscy ci ludzie bardzo odważnie postąpili. Bo czy to w pogoni za marzeniem, czy w poszukiwaniu godziwej pracy, wszyscy zaczęli nowe życie na nowym, obcym gruncie i musieli nie tylko szlifować nowe języki, ale również otworzyć się na inną kulturę, zaakceptować inną tradycję, uszanować zupełnie inne zwyczaje. Nie każdy to potrafi.
Co łączy tych ludzi, którzy postanowili mieszkać poza Polską? Słyszałam o kiszeniu kapusty w Tunezji, o suszonych grzybach wysyłanych przez mamę do San Francisco, żeby były do świątecznych pierogów, o próbie gotowania bigosu przy użyciu lokalnych, jak dla Polaków trochę dziwnych wędlin, ale myślę, że tak najbardziej brakuje nam smaku polskiego chleba. Ze mną jest bardzo podobnie. Jem mnóstwo dobrych rzeczy, ale czasami wszystko bym oddała za... kanapkę. Z polskiego chleba i z majonezem Kieleckim ;) Mam nadzieję, że już wkrótce będę mogła się tutaj pochwalić smakowitym bochenkiem z chrupiącą skórką, a tymczasem podzielę się z wami przepisem niezawodnej Liski z bloga White Plate, dzięki której upiekłam ekspresowo pyszne bułki. 




Bułki pszenne

250 g mąki
15 g świeżych drożdży (użyłam dwóch łyżeczek drożdży instant)
2 łyżeczki cukru
140 g wody (lekko podgrzałam)
czubata łyżka pełnotłustego mleka w proszku (pominęłam)
30 g masła, roztopionego i ostudzonego
1 łyżeczka soli

Drożdże mieszamy z cukrem, wodą i łyżką mąki, odstawiamy na 15 minut. Następnie wsypujemy do miski mąkę, dodajemy do niej drożdżowy zaczyn i pozostałe składniki. Jeśli użyjecie tak jak ja drożdży instant, to wszystkie składniki przepisu od razu mieszamy w misce. Kolejny krok to wyrobienie miękkiego i elastycznego ciasta, z którego formujemy kulę, wkładamy do miski, szczelnie przykrywamy i odstawiamy do wyrastania na godzinę do półtorej. Następnie formujemy bułki i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, a potem przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na około 40 minut. Piekarnik rozgrzewamy do 230 stopni. W bułkach robimy nacięcia, spryskujemy delikatnie wodą i pieczemy 12-15 minut.
Tak jak zaznaczyła autorka przepisu, wyszło mi osiem niewielkich bułek i biorąc pod uwagę szybkość przygotowania muszę przyznać, że byłam bardzo mile zaskoczona ich smakiem :)




A do bułek ukręciłam sobie hummus czyli pastę z ciecierzycy. To popularna na Bliskim Wschodzie potrawa, która wprost kipi od dobroczynnych dla naszego organizmu witamin i składników mineralnych jest bardzo popularna wśród wegetarian, ale sądzę, że mięsożerni również się w niej rozsmakują. Podstawowe składniki to ciecierzyca, sok z cytryny, pasta sezamowa i oliwa. O proporcje doskonałe można by się długo spierać, bo inaczej smakuje hummus Libańczyka, innego spróbujemy w Izraelu. W każdym razie ta gładka, kremowa pasta jest bazą do niezliczonych kulinarnych eksperymentów i może nawet posiada więcej niż tytułowe 50 twarzy... Można nastroić sobie hummus klasyczny, dobierając proporcje według osobistych upodobań. Możemy również przygotować hummus czosnkowy, dyniowy, kolendrowy, cytrynowy, hummus z pieczoną marchewką, hummus w wersji chilli... Najpiękniejszy hummus, którego co prawda jeszcze nie próbowałam, ale na pewno to zrobię, znalazłam u Moniki z Gotuje bo lubi. To przepis na hummus z dodatkiem buraków, a prezentowana na zdjęciach miseczka jest jakby wyjęta z Baśni z tysiąca i jednej nocy... Całe mnóstwo hummusowej dobroci, którą można pałaszować z pieczywem jak kanapkę, albo wyjadać smakowite puree łyżeczką bez żadnych dodatków.  Warto się w hummusie zakochać na dłużej ;)


Hummus z pieczoną czerwoną papryką


2 i 1/2 szklanki ciecierzycy
1 duża czerwona papryka
6 łyżek oliwy
1/4 szklanki wody
1 duża łyżka pasty sezamowej tahini
2 łyżeczki słodkiej papryki
1 łyżeczka kuminu
2 ząbki czosnku
sok z dwóch limonek
sól

Nagrzewamy piekarnik do około 200 stopni. Paprykę kroimy w cienkie paski pozbawiając nasion i układamy na blasze posmarowanej oliwą. Pieczemy kilkanaście minut, aż skórka papryki zacznie brązowieć i odkładamy na chwilę, aby wystygła. W misce mieszamy pozostałe składniki i przy pomocy blendera starannie łączymy całość. Kiedy papryka wystygnie, dokładamy ją do miski i blendujemy kilka minut, aby uzyskać jak najgładszą pastę. Jeśli hummus wydaje się nam zbyt suchy, dodajemy oliwę według uznania lub odrobinę wody. Solimy do smaku. Serwujemy hummus na dużym talerzu lub w miseczce, hojnie skropiony oliwą i udekorowany wedle naszej fantazji :)





sobota, 15 lutego 2014

It's a sin

Grzech.

Popełniamy.
Przemilczamy.
Współuczestniczymy.
Potępiamy.
Zatracamy się w nim.
Lubimy go nawet.

Od dziś możemy go również... UPIEC :)




Oto proste, ale niezwykłe ciasto czekoladowe. Wygląda zupełnie niepozornie, ale jego intensywny, bogaty smak jest bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Żadne tam bla bla, tylko mocne czekoladowe doznanie. Takie, które nigdy się nie nudzi. Można go podać z dodatkiem owoców i bitej śmietany, ale zupełnie solo też zrobi wrażenie. Doskonałe ciasto na wieczorne rozmowy z przyjaciółkami albo na finał romantycznej kolacji. Polecam upiec wcześniej - noc w lodówce dobrze mu robi.




Grzeszne ciasto czekoladowe 

200 g ciemnej czekolady dobrej jakości (użyłam Krakowskiej z firmy Wawel)
200 g masła
1 i 1/3 szklanki cukru
5 dużych jajek
1 łyżka gorzkiego kakao (oryginalny przepis z tej strony zawiera 1 łyżkę mąki)

Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, stopniowo dodajemy do niej masło i cukier. Starannie mieszamy aż do rozpuszczenia. Zestawiamy całość z ognia, przelewamy do większej miski i studzimy. Następnie dodajemy po jednym jajku, za każdym razem miksując masę. Teraz pora na łyżkę kakao, ponownie miksujemy, masa powinna być jedwabista i gładka. Przygotowujemy foremkę, można ją po prostu wyłożyć folią aluminiową. Użyłam formy do tarty o średnicy 25 cm. Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni i pieczemy nasze ciasto około 25 minut. Powierzchnia powinna być błyszcząca i delikatnie popękana. Po upieczeniu i ostudzeniu możemy szczelnie zapakowane ciasto włożyć do lodówki, smakuje później jeszcze lepiej.




czwartek, 6 lutego 2014

Zapach Indii i biryani z Kerali

Do tej pory kiedy myślałam o Indiach, przewijało mi się przed oczami mnóstwo kolorowych obrazów. Taj Mahal, pałace Rajastanu, bajecznie wystrojone panny młode, sari we wszystkich kolorach tęczy i naturalnie bollywoodzkie filmy. Wszystko to w sumie niezwykle kuszące, ale muszę przyznać, że Indie nie były na liście moich wymarzonych podróży.




Później... przeczytałam Tygrysie Wzgórza i  Sto odcieni bieli. Indie mnie ogromnie zaciekawiły. Kupiłam jeszcze Lalki w ogniu i ... przepadłam. Po pierwsze dlatego, że dla mnie Paulina Wilk pisze jak Kapuściński i Marquez. Poza tym to po prostu wspaniała opowieść o codziennym życiu w Indiach, które wydają się magiczne i przerażające jednocześnie. Lalki w ogniu to barwna indyjska mozaika, przeczytamy m.in. o religii, o kinie, o seksie po indyjsku i naturalnie o hinduskich kulinariach. To jedna z moich ulubionych książek, kilka razy przeczytałam całą, a teraz, od czasu do czasu dla przyjemności wracam do poszczególnych rozdziałów. W święta znalazłam pod choinką Podróż na sto stóp, a nieco wcześniej moja koleżanka Marta przywiozła mi z Indii kardamon i paczuszkę garam masali. Wszystko zaczęło się tak jakoś smacznie składać... 
Jakiś czas potem ugotowałam moje pierwsze curry, a dziś wrzuciłam na rozgrzany olej kawałek cynamonowej kory, kilka goździków i ziarna kardamonu. I ... jeśli tak pachną Indie, to chcę tam kiedyś pojechać !!!
Poniższy przepis na biryani, czyli indyjskie danie z ryżem znalazłam na tej stronie. Spodobał mi się, bo po pierwsze uwielbiam połączenie ryżu i warzyw, a poza tym w przepisach, które do tej pory przeglądałam, biryani było przygotowywane na gazie, w dużym garnku pod przykryciem i dolna warstwa dania była niemal zawsze skazana na spalenie ;) ... W przepisie, który wybrałam nic się nie ma prawa spalić, a całość jest naprawdę pyszna i muszę przyznać, że choć uwielbiam mięso, to po spróbowaniu marokańskich i indyjskich warzywnych potraw, przyszło mi do głowy, że mogłabym zostać wegetarianką.
Pamiętam, że kiedy pierwszy raz czytałam przepisy na indyjskie dania, przeraziła mnie wręcz ilość przypraw niezbędna do ich przygotowania. Z czasem odkryłam, że przyprawy łatwo kupić, a potem są tysiące możliwości, żeby je pysznie wykorzystać. Zaprzyjaźniłam się również z mlekiem kokosowym, które niemal zawsze jest w mojej kuchni i obiecuję jeszcze kiedyś przepis, tym razem już nie wegetariański, na bardzo smaczne curry z kurczakiem.




Biryani z Kerali

Ryż:
2 szklanki ryżu (najlepszy będzie basmati, ale użyłam zwykłego)
1/4 szklanki posiekanych nerkowców (pominęłam)
2 gałązki curry (nie miałam, pominęłam)
1/4 szklanki rodzynek
1/2 szklanki cebuli pokrojonej w cieniutkie półplasterki
4-5 łyżek oleju
szczypta szafranu lub kurkumy rozmieszana w 1 i 1/2 łyżki wody
sól do smaku

Warzywne curry:
2 szklanki warzyw pokrojonych na kawałki (w przepisie bakłażan, ziemniaki, marchewka, groszek,
ale można wybrać inne, ja zastąpiłam ziemniaki cukinią, a marchewkę starłam)
1 i 1/2 szklanki cebuli pokrojonej w cieniutkie półplasterki
kawałek kory cynamonowej (ok. 5 cm)
8 goździków
4 ziarna kardamonu
2 szklanki mleka kokosowego (użyłam 400 ml, jednej puszki)
1 łyżka pasty imbirowo-czosnkowej (starłam kawałek imbiru (ok. 2 cm) i roztarłam go z jednym zmiażdżonym ząbkiem czosnku)
2 zielone papryki chilli drobno posiekane (użyłam tylko jednej i oczyściłam ją z pestek)
1/2 szklanki wody
1 łyżeczka suszonej kolendry
1 łyżeczka kopru (nie miałam, dodałam 1/2 łyżeczki kuminu)
1/2 łyżeczki czarnego pieprzu (pominęłam)
1/4 łyżeczki chilli
1/4 łyżeczki kurkumy
1 łyżka soku z cytryny lub 1/4 szklanki jogurtu naturalnego (wybrałam cytrynę)
1/2 szklanki posiekanej mięty i kolendry

Zaczynamy od przygotowania ryżu. Przepis zaleca, żeby najpierw zalać go czterema szklankami wody, a po 30 minutach ugotować, odrobinę al dente. Ja chciałam oszczędzić czas i ugotowałam ryż od razu, bez moczenia w wodzie. Kiedy ryż się gotuje, rozgrzewamy na patelni 5 łyżek oleju, dorzucamy 1/2 szklanki cebuli i smażymy na złoto. Kolejno dodajemy nerkowce, rodzynki i listki curry. Smażymy na małym ogniu, aż wszystko będzie złotobrązowe. Następnie całą mieszankę wyjmujemy z patelni, starając się, aby zostało na niej jak najwięcej oleju, i dodajemy ją do ugotowanego ryżu. Mieszamy.




Kolejny krok to przygotowanie warzyw. Dodajemy odrobinę oleju do tego, w którym smażyła się mieszanka do ryżu. Rozgrzewamy i wkładamy na patelnię cynamon, goździki i ziarna kardamonu. Smażymy chwilę, żeby olej się zaromatyzował (po kilku minutach wyłowiłam z patelni wszystkie przyprawy), po czym dodajemy cebulę. Kiedy cebula będzie już szklista, dodajemy pastę imbirowo-czosnkową i posiekane papryki chilli. Smażymy przez około minutę i dodajemy resztę przypraw i smażymy kilka chwil. Następnie dodajemy na patelnię warzywa, wszystko dokładnie mieszamy, wlewamy mleko kokosowe, wodę i sok z cytryny (ewentualnie jogurt). Solimy do smaku. Przykrywamy patelnię i gotujemy warzywa na niewielkim ogniu, aż zmiękną, a mleko kokosowe trochę się zredukuje i całość będzie przypominała gulasz.
Kiedy sos warzywny jest gotowy, przygotowujemy żaroodporne naczynie i natłuszczamy je masłem lub olejem. Na dno naczynia wlewamy część sosu, na warzywach rozkładamy warstwę ryżu, posypujemy go miętą i kolendrą, kropimy wodą z szafranem lub kurkumą, a potem odrobiną oleju. I powtarzamy tę czynność, na ryżu układamy kolejno warzywne curry, ryż, zioła, kropimy wodą i odrobiną oleju. Ilość warstw będzie naturalnie zależała od wymiarów naczynia, ja użyłam okrągłej formy do ciasta o średnicy 27 cm i wyszły mi po dwie warstwy warzyw i ryżu. 
Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni, nasze naczynie przykrywamy folią aluminiową i wkładamy do rozgrzanego piekarnika na 25-30 minut. Biryani podajemy gorące lub ciepłe. Można się pokusić o prostą sałatkę, np. z jogurtowym sosem. Myślę, że dobrze by smakowało z mizerią. Taka porcja wystarcza na posiłek dla 4-5 osób.