-->

cover

piątek, 21 marca 2014

Banany i kakao. Murzynek na piątkowy wieczór.

Piątkowy wieczór. Chyba najprzyjemniejszy moment w całym tygodniu. Mieszkanie ogarnięte (tylko piramidka do prasowania sprytnie ukryta....). Parzę herbatę i wybieram film. Mam ogromną ochotę na ciasto. Proste. Najlepiej murzynka. W kuchni spoglądam na piegowate banany, którymi zdecydowanie trzeba się zająć i zastanawiam się, co by tu z nimi... Finalnie żadnej filozofii, żadnego odkrywania Ameryki. Moje ciasto na weekend jest połączeniem murzynka i chlebka bananowego. Gorzkie kakao i banany to trafiony duet :) Szybkie w przygotowaniu, nie za słodkie. Ciasto jest wilgotne i delikatne i doskonale smakuje też dwa - trzy dni po upieczeniu. Żadnej polewy, lukrowania. Co najwyżej łyżeczka dżemu truskawkowego, jeśli ciasto przetrwa trzy dni i podgrzeję sobie kawałek w piekarniku... Same zalety! A do tego dostałam od koleżanki bardzo fajną foremkę i bardzo chciałam ją wypróbować :) 






Ciasto bananowo - kakaowe


400 g bananów, rozgniecionych widelcem
150 g miękkiego masła
2 jajka
200 g cukru
2 czubate łyżki jogurtu naturalnego
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
60 g gorzkiego kakao

Masło, jajka i cukier ubijamy mikserem na gładki krem. Dodajemy jogurt, a potem mąkę wymieszaną z kakao i proszkiem do pieczenia. Miksujemy do połączenia składników. Dodajemy banany, mieszamy dokładnie. Przygotowujemy foremkę (moja ma średnicę 24 cm) i nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. Pieczemy ciasto około godziny, do suchego patyczka. 




















wtorek, 18 marca 2014

Smak szczęścia

Czytam książki kulinarne do poduszki. Zupełnie jak powieści. Nigdy mi się to nie nudzi. Wiem, że dziś tak naprawdę jednym kliknięciem można otworzyć tysiące przepisów w internetowej otchłani bez dna, ale ja tak staromodnie uwielbiam papier, pewien porządek, spisy treści i możliwość zaznaczania tego, co mi najbardziej przypada do gustu. A strony na pewno nazajutrz nie znikną... Moje książki pełne są zakładek i żółtych karteczek z notatkami, bo usilnie staram się powstrzymać od pisania na marginesach... I żałuję tylko, że nie mogę ich wszystkich ze sobą zabierać, kiedy podróżuję, bo zawsze brakuje mi akurat tej, której nie wzięłam ;)
Uważam, że dobrymi przepisami należy się dzielić. Żywot nasz jest relatywnie krótki, więc jeśli coś nam szczególnie zasmakuje, podzielmy się tym odkryciem z resztą populacji ;) Ci, którzy mnie trochę już znają, wiedzą, że nie tylko dzielę się przepisami, ale również  z ogromną przyjemnością przygotowuję przyjaciołom ulubione smakołyki (wiem, wiem, puttanesca się trochę spóźnia...). Dziś publikuję przepis znaleziony w Food from Plenty, niezwykłej książce kucharskiej, która towarzyszy mi od kilku wieczorów i w której jestem absolutnie zakochana. 300 apetycznych stron, potrawy przygotowywane z tego, czym nas akurat matka natura obdarza, mnóstwo pomysłów na wykorzystanie tego, co nam zostało z obiadu. Warzywa, owoce, mięso. Żadnych dziwactw, co w dobie dzisiejszego kulinarnego szaleństwa jest dość niezwykłe. Książka, z której mam ochotę wypróbować co drugi przepis :) 
Zatem czytam sobie książkę do poduszki. Lody truskawkowo-różane. To brzmi dobrze. Uwielbiam truskawki. I mam akurat kilogram. W lodówce jest kremówka. I nie potrzeba maszynki do lodów :) Po 10 minutach jestem w kuchni, kroję truskawki, ubijam kremówkę. Przygotowywanie tych lodów jest rozkoszne. Nie wiadomo, czy wyjadać kremówkę czy raczej obłędne truskawkowe puree - przyznaję się do obu przestępstw :) Noc zaliczamy do nieprzespanych, bo lody po przygotowaniu trzeba jeszcze kilka razy wyjąć z zamrażalnika, ale kiedy po południu nałożyłam sobie (a jakże) szczodrą porcję i spróbowałam, pomyślałam: SMAK SZCZĘŚCIA !!!  Koniecznie musicie sobie te lody przygotować :)




Lody truskawkowo-różane

450 g truskawek
sok z 1/2 cytryny (dodałam soku z 1 limonki)
120 g cukru
5 łyżek wody różanej (dzięki niej lody mają ciekawy, kwiatowy posmak, ale myślę, że nie jest niezbędna)
250 ml schłodzonej śmietany kremówki

Truskawki kroimy na małe kawałki, mieszamy z cukrem, wodą różaną i sokiem z cytryny. Odstawiamy na godzinę, żeby puściły sok, a potem dokładnie miksujemy całość blenderem.
Kremówkę ubijamy i dodajemy do niej truskawkową mieszankę. Mieszamy dokładnie, można delikatnie zmiksować. Całość przekładamy do płaskiego pojemnika i wkładamy do zamrażalnika. Autorka przepisu radzi, żeby potem 3-4 razy, co kilka godzin, wyjąć pojemnik i dokładnie przemieszać lody widelcem. Truskawkowa mieszanka najszybciej zamarza na brzegach, więc to, co zamarznięte zgarniamy do środka, żeby lody się równomiernie schłodziły. Ja w sumie wyjęłam lody trzy razy, co półtorej godziny, zupełnie wystarczyło.

















czwartek, 13 marca 2014

Kiedy życie przynosi cytryny

... a nie macie pod ręką tequili, upieczcie tartę cytrynową :)




Pogoda w Hurghadzie dziwna. Była burza z piorunami, jakiej dawno nikt tu nie widział. Strumienie wody z nieba nieco oczyściły przykurzone miasto, obnażyły też bylejakość egipskiego budownictwa. W niektórych hotelach, ba, nawet na lotnisku, sufity nie wytrzymały naporu wody. Droga z Hurghady do Kairu jest w wielu miejscach zupełnie zrujnowana. Kiedy oglądałam zdjęcia z internetowych newsów, przychodziły mi na myśl filmy zwiastujące zagładę cywilizacji. Pogodowe anomalia nie biorą się niestety z niczego, działalność tzw. istot rozumnych ma z tym wiele wspólnego... Brak możliwości przejścia przez ulicę suchą stopą nie był może do końca komfortowy, że nie wspomnę już o podtopionych sklepach i mieszkaniach, ale można też było zaobserwować obrazki komiczne, jak na przykład dzieciaki przemierzające zalane ulice na deskach surfingowych :)
Pogoda jeszcze nie wróciła do normy. Miasto trochę już podeschło, ale zrobiło się nieco chłodniej, a silny wiatr unosi żółty kurz i śmieci, których mnóstwo na tutejszych ulicach. Na moim targu warzywnym nie ma prądu ;) Nie przewidziałam tego, wybierając się na łowy i sporządzając jak zwykle dłuuugą listę. Ponieważ niewiele dało się w egipskich ciemnościach dostrzec, kupiłam trochę limonek i postanowiłam upiec tartę cytrynową, bo od dawna miałam ochotę jej spróbować, a poza tym umówiłyśmy się z dziewczynami na ploty i coś słodkiego było wysoce wskazane :) 




Nadzienie tarty cytrynowej to amerykański przepis z tej strony. Przepis amerykański, a tarta wyszła po egipsku ;) Jednym słowem obłędnie słodka. Następnym razem dodam zdecydowanie mniej cukru. A kruche ciasto na tartę, pyszne, słodkie i maślane znalazłam kiedyś na jednej z francuskich stron kulinarnych i jest to zdecydowanie moje ulubione ciasto do tart deserowych. Z podanej proporcji piekę jedną tartę (26 cm średnicy) i przygotowuje sobie jeszcze sześć tarteletek (średnica 8 cm), które zamrażam na kilka dni, a potem są jak znalazł w przypływie nowego natchnienia ;)




Tarta cytrynowa

Kruche ciasto:
250 g mąki
125 g masła
80 g cukru
2 jajka
szczypta soli

Na blacie mąkę i cukier łączymy z kawałkami masła najlepiej przy pomocy noża z szerokim ostrzem. Dodajemy jajka, sól i staramy się jak najszybciej uformować z ciasta kulę, którą owijamy folią i wkładamy do lodówki przynajmniej na godzinę. Potem smarujemy masłem blaszkę do tarty, wykładamy ją rozwałkowanym ciastem, nakłuwamy spód widelcem, w wielu miejscach, aby ciasto się nie wybrzuszało i pieczemy około 15 minut w piekarniku nagrzanym do 180-200 stopni, tak, aby ciasto nam się ładnie zezłociło. Kolejno wyjmujemy je z piekarnika, studzimy przez chwilę i wypełniamy nadzieniem.

Nadzienie cytrynowe:
6 jajek
2 szklanki cukru
1/2 szklanki soku z cytryny
60 g roztopionego masła, ostudzonego
1/4 łyżeczki mąki /skrobii kukurydzianej (dodałam 1 łyżkę mąki)
1/4 łyżeczki soli

W misce mieszamy jajka z cukrem, do połączenia składników, a potem dodajemy sok z cytryny, masło, mąkę i sól i znowu mieszamy do połączenia składników (zmiksowałam całość delikatnie). Podpieczony spód tarty wypełniamy nadzieniem i pieczemy w 180 stopniach około 30-40 minut, aż nadzienie się zetnie, a wierzch tarty zezłoci.  Moja tarta piekła się w sumie około godziny, jak zwykle zależy to od piekarnika. 



Alicja & Aya - dobra była cytrynowa...? ;)









czwartek, 6 marca 2014

Herezja po prowansalsku i powrót weny twórczej

Marzec jakoś tak mi się zaczął bez weny... Nie bardzo wiedziałam, jak się zabrać do pisania, a przede wszystkim właściwie do fotografowania, bo moja kuchnia w fazie powstawania nie jest jeszcze szczególnie zasobna w naczynia, które sobie umyśliłam do kolejnych sesji. W kuchni tymczasem trochę się działogrzeszne ciasto czekoladowe upiekłam trzy (!) razy na wyraźne żądanie tych, co to się w nim absolutnie zakochali. Była też kontynuacja indyjskiego zauroczenia czyli curry w dwóch warzywnych wersjach i sałatka ziemniaczana, o której niebawem. 
Poszłam sobie na kawę do Costa Coffee i zamówiłam z ciekawości (no dobrze i z łakomstwa też...) ciasto czekoladowe, które okazało się kompletną klęską. Prezentowało się owszem, owszem, ale było zupełnie pozbawione smaku, a czekolady nikt by tam nie wyczuł. Młody kelner, który przyszedł zapytać, czy ciasto mi smakuje, był zaszokowany moją opinią i nie pokazał się już, nawet z rachunkiem wysłał kolegę ;) Żeby sobie zrekompensować nieudany (i wcale nie tani) deser, wybrałam się na targ warzywny i tym sposobem wena powróciła, a plan na wieczór się wyklarował. Nie mogę się oprzeć dorodnym, błyszczącym bakłażanom i cudownym mięsistym paprykom, uwielbiam delikatną cukinię. A w szufladzie od jakiegoś czasu leżał przepis do wypróbowania. Ratatouille. Francuski warzywny gulasz pachnący Prowansją.
Postanowiłam przygotować ratatouille wg przepisu mamy Helene Dujardin. Helene prowadzi blog Tartelette , robi niesamowite zdjęcia i uczy fotografii kulinarnej. A jej mama podzieliła się z czytelnikami swoim przepisem na ratatouille zastrzegając skromnie, że nie ma żadnego profesjonalnego przygotowania, prezentuje jedynie rodzinną recepturę. Mówiła, że każdy kucharz w Prowansji ma swoja wersję ratatouille, którą naturalnie uważa za jedynie słuszną. Ach, ci Francuzi ;) Wspominała też o sąsiadce, która czyjś sposób gotowania ratatouille nazwała herezją :) Niepozbawiona poczucia humoru mama Helene stwierdziła na koniec, że herezją może być jedynie gotowanie czegoś, co finalnie nie zostanie zjedzone - i tego się trzymajmy :)



Dziś po południu siedziałam sobie na balkonie z miseczką ratatouille i bagietką nucąc Heaven, I am in heaven... To jest naprawdę bardzo dobre :)




Ratatouille

1 cebula, posiekana
1 bakłażan, pokrojony w kostkę
3-4 cukinie, pokrojone w półplasterki (moje cukinie były małe, użyłam sześciu)
1 czerwona papryka
1 zielona papryka (kupiłam żółtą)
4 pomidory (obrałam ze skórki, pokroiłam w kostkę)
1 puszka pomidorów (zamiast pomidorów w puszce użyłam 3 dodatkowych świeżych)
5 ząbków czosnku (można użyć całych, ja pokroiłam je na dość grube plasterki)
zioła prowansalskie (użyłam 1 szczodrej łyżki)
sól, pieprz
oliwa

Rozgrzewamy oliwę i szklimy cebulę. Dokładamy bakłażana i smażymy na złoto (w moim garnku było to trochę trudne, następnym razem cebulę i bakłażana podsmażę na patelni, a potem całość przełożę do garnka, jako że potrzebne nam naczynie z pokrywką). Dolewamy odrobinę oliwy i dokładamy do bakłażana cukinie, pomidory, czosnek i paprykę. Dodajemy sól, pieprz i zioła prowansalskie. Nie mieszamy. Pod przykryciem na średnim ogniu gotujemy warzywa około 15 minut, potem mieszamy całość i dalej pod przykryciem gotujemy na małym ogniu 30-40 minut. Ostatni etap to 20-30 minut gotowania na małym ogniu, aby nasze danie jeszcze trochę odparowało.
Ratatouille można podać na wiele sposobów, na ciepło i na zimno, jako warzywny dodatek, danie głównie z pieczywem albo na przykład z jajkiem sadzonym. Smakuje naprawdę wyśmienicie - jak lato w Prowansji :)