-->

cover

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

O ostatnim chińskim kucharzu i sałatka wieczorową porą

Właśnie skończyłam czytać niezwykle wciągającą opowieść. Amerykańska dziennikarka Maggie prowadząca rubrykę kulinarną wyjeżdża do Chin, aby uporządkować pewne sprawy rodzinne i przeprowadzić wywiad z rokującym wielkie nadzieje adeptem chińskiej sztuki kulinarnej Samem. To książka o poszukiwaniu domu i własnej tożsamości, ale chyba przede wszystkim fascynująca historia chińskiej kuchni oraz związanych z nią zwyczajów i filozofii. Chińczycy uczynili z jedzenia sztukę, a z gotowania rytuał. Ludzi, którzy potrafili gotować wedle ściśle określonych kanonów obdarzano w ich kraju ogromnym szacunkiem. Dowiedziałam się, że przepisów niemal nigdy nie zapisywano... Jedyną drogą do ich opanowania pozostawało obserwowanie mistrzów, a później (jeśli mieli cierpliwość) przygotowywanie potraw pod ich kierunkiem. Wielu młodych kucharzy tak jak Sam musiało wyrzucać (!) dania, które ogółowi smakowały, ale mistrz nie doszukał się w nich właściwej harmonii ;) Pewnie nie zacznę gotować po chińsku ze względu na brak mistrza i wielu niezbędnych składników...
A na poważnie, polecam książkę nie tylko amatorom kulinariów, Ostatni kucharz chiński to naprawdę ciekawa pozycja, opowieść o innej kulturze, której warto się przyjrzeć. Co mi  się szczególnie spodobało? Nieco humorystycznie - kiedy Sam przybywa do swego wuja i mistrza Xie, ten prosi, aby młody kucharz pokazał mu ... swoje nadgarstki. Dobrze rokujący i pracowity kucharz powinien bowiem mieć na rękach oparzenia, albo generalnie rzecz ujmując inne widoczne ślady po kuchennej "walce". Patrzę tak sobie i... jest chyba dla mnie nadzieja ;) A inna rzecz? Pamiętacie przepis na marokańskiego kurczaka ze śliwkami i miodem ? Było tam słów kilka o marokańskiej filozofii jedzenia... Właśnie odkryłam, że chińska jest bardzo podobna: "Wspaniałego jedzenia nie wolno spożywać samemu. Jaką można mieć przyjemność z jedzenia wykwintnych potraw, jeśli nie zaprosi się najlepszych przyjaciół, nie ułoży wyrażającego oczekiwanie na nich wiersza, żeby go wysłać w zaproszeniu, i nie liczy dni pozostałych do uczty...?" 
Tymczasem wiosna nabrała rozpędu i proszę, kwiecień na finiszu... Część z Was już pewnie myślami na majówce, choć słyszę, że pogoda w kratkę. U jednych słońce, u innych deszcz ;) Jakiś czas temu w poście o ratatouille wspomniałam o sałatce ziemniaczanej i zupełnie o niej zapomniałam... Tymczasem dziś przygotowałam ją po raz kolejny i podaję Wam przepis, bo myślę, że chłodniejsze wieczory już wkrótce odejdą w niepamięć, a podany na ciepło treściwy miks ziemniaków i soczewicy (przepis stąd) bardzo się nada na kolację o takiej właśnie porze...




Sałatka z ziemniaków i soczewicy

2 cebule, obrane, jedna drobno posiekana, druga przekrojona na pół
tymianek, 4 łodyżki (nie miałam, użyłam 1 łyżeczki suszonego)
1 mały liść laurowy
1 szklanka soczewicy brązowej lub zielonej
1/2 kg ziemniaków
2 łyżki octu winnego
1-2 ząbki czosnku, zmiażdżone
1 łyżka musztardy Dijon (inna też może być)
1/4 szklanki oliwy z oliwek
2 łyżeczki drobno posiekanych kaparów
2 łyżki posiekanych korniszonów
1/2 szklanki posiekanej natki pietruszki lub koperku
pieprz i sól




Soczewicę płuczemy i gotujemy w 4 szklankach wody z przekrojoną na pół cebulą, liściem laurowym, tymiankiem i solą. Uważamy, aby ziarenka soczewicy się za bardzo nie rozgotowały. W niewielkiej ilości wody gotujemy pokrojone na nieduże kawałki ziemniaki i również pilnujemy, aby nie zaczęły się rozpadać. W miseczce posiekaną drobno cebulę zalewamy octem, a po około 5 minutach dodajemy czosnek, musztardę, kapary, korniszony oraz oliwę. Doprawiamy sos do smaku solą i pieprzem. Ugotowaną soczewicę mieszamy z ziemniakami, polewamy sosem i szczodrze posypujemy zieleniną. Sałatkę pałaszujemy i na ciepło i na zimno.







sobota, 19 kwietnia 2014

Wielkanocnie czyli z jajem

Życzę Wam radosnej i spokojnej Wielkanocy :) Mam nadzieję, że spędzicie ten czas z najbliższymi, przy świątecznym stole, babach i mazurkach. A jeśli pogoda dopisze, koniecznie wybierzcie się na spacer! Dla tych, którzy szukają jeszcze pomysłu na lekką przekąskę na święta, mam hipopotamowy przepis na jajka faszerowane awokado. Awokado urzeka delikatnością i kremową konsystencją, co nawet nas, majonezowych maniaków, przekonało, aby tym razem przygotować jajka w lżejszej wersji. Tak akurat, na wiosnę ;)    


          


Jajka faszerowane awokado i kaparami

6 jajek
1 duże awokado, ewentualnie dwa mniejsze
1 czubata łyżka drobno posiekanej cebuli
2 łyżki drobno posiekanych kaparów
1 łyżka posiekanego koperku
1 łyżka posiekanej pietruszki lub kolendry
1 łyżka drobniutko pokrojonej zielonej papryki chilli (opcjonalnie)
2-3 łyżeczki soku z limonki
sól, pieprz
słodka papryka

Jajka gotujemy na twardo. Studzimy, przekrawamy każde jajko na pół i delikatnie wyjmujemy żółtka. Miąższ awokado rozdrabniamy widelcem i mieszamy z trzema ugotowanymi żółtkami, tak aby powstała w miarę gładka pasta. Dodajemy do niej cebulę, kapary, koperek, pietruszkę i ewentualnie chilli. Skrapiamy całość sokiem z limonki. Mieszamy i doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Nadzieniem wypełniamy połówki jajek. Podajemy posypane słodką papryką lub posypane świeżą zieleniną.














wtorek, 15 kwietnia 2014

Akcja Pisanka ;)

Cóż. Muszę przyznać, że nie zostałam obdarzona talentami plastycznymi... Moje wszelkie rysunki były, mhm, w jakiś sposób do siebie podobne i chyba tylko Mama była zawsze wierną fanką moich "arcydzieł"... W kwestii pisankowej też nie było wiele lepiej... Pamiętam malowanie wzorków na jajkach, kredkami czy farbkami. Dziś od biedy można by to nazwać awangardą, ale moja ówczesna twórczość była katastrofą w czystej postaci. Kiedy wszyscy sąsiedzi wyruszali z koszykami na święcenie, zawsze miałam ochotę gdzieś te moje jajka schować ;)
W tym roku, po raz pierwszy w życiu postanowiłam się zabawić w kraszenie jajek i muszę przyznać, że z ciekawością przedszkolaka sporządziłam trzy mikstury, a potem niecierpliwie (przez jakieś bagatela 15 godzin) czekałam na efekt, który okazał się całkiem, całkiem... Nie zbierałam wcześniej cebulowych łupinek, czy czegoś podobnego, wszystko sobie sprytnie przygotowałam w kilka minut, a wcześniej jeszcze przeczytałam o kraszankachChilliBite. Ugotowałam kilka jajek na twardo i ...




Oto moje pomysły:

Beżowo-zielone jajka ze wzorkiem "moro" powstały dzięki wywarowi z zieleniny. Zawsze mam w domu kilka pęczków koperku, natki pietruszki, kolendry. Zalałam je niewielką ilością wody, doprowadziłam do wrzenia i gotowałam 15 minut. Po zdjęciu z palnika dodałam łyżkę zielonej pasty curry i łyżkę octu. Do takiej mieszanki wrzuciłam gorące ugotowane kilka minut wcześniej jajka na twardo i wymieszałam je z zieleniną, tak, żeby jajka były nią owinięte.




Szarobłękitne jajka, które mnie zupełnie zachwyciły, wylegiwały się w kubku, w którym zaparzyłam herbatę z hibiskusa z dwóch torebek i dodałam łyżkę octu. Kiedy wyjęłam te jajka rano na talerzyk, zaniemówiłam. Były... mhm... czarne! Na szczęście czarna była tylko "skórka" która się wytworzyła wokół skorupki. Po jej zdjęciu okazało się, że jajka mają bardzo ciekawy kolor i piękny wzorek. Taka hibiskusowa niespodzianka ;)





I wreszcie jajka żółto-pomarańczowe. Te z kolei spędziły noc zalane 1,5 szklanki wrzątku wymieszanego z trzema łyżkami kurkumy i łyżką octu. W tym wypadku efekt był przewidywalny ;)

Wszystkie jajka spędziły w koloryzujących mieszankach 15 godzin. Co prawda trochę mi brakuje pisanek czerwonych, ale... W przyszłym roku też będzie Wielkanoc ;)





sobota, 12 kwietnia 2014

Everything will be allright in the end...

and if it's not allright, it's not yet the end :)

Od jakiegoś czasu chciałam już napisać o filmie, z którego pochodzi to optymistyczne stwierdzenie, ale jakoś nie bardzo mi szło. Właściwie nigdy nie pisałam o filmach... The Best Exotic Marigold Hotel, bo to właśnie o nim mowa, jest jednym z moich ulubionych obrazów. Pewnie macie takie ukochane filmy, które już sto razy widzieliście, ale obejrzycie i sto pierwszy raz, z jednakową przyjemnością, bo zawsze Wam poprawiają nastrój... W moim przypadku ta opowieść o grupie Anglików, którzy decydują się na przeprowadzkę do Indii, jest właśnie takim obrazem. Piękne zdjęcia, rewelacyjne dialogi i dobrze dobrani aktorzy (w tym moi ulubieni Judi Dench i Bill Nighy) i historia m.in. o tym, że życie przynosi wiele niespodzianek, tym bardziej pozytywnych, im bardziej z ciekawością i dobrym nastawieniem ich oczekujemy. Mogę powiedzieć, że znam ten film już niemal na pamięć, a i tak za każdym razem odkrywam w nim coś nowego i za to również tak bardzo go lubię. Jeśli nie znacie tej historii, obejrzyjcie, to właściwie gwarancja miłego wieczoru. Miałam ochotę napisać Wam o kilku wątkach z filmu, ale zamiast tego, będzie kilka tekstów w moim bardzo wolnym przekładzie. One same już w jakiś sposób oddają klimat tej opowieści. A przepis, którym chcę się dzisiaj z Wami podzielić znalazłam na blogu A Brown Table. Autor bloga kocha indyjską kuchnię, a poza tym robi dobre zdjęcia, więc z przyjemnością od czasu do czasu przeglądam jego propozycje.

Dlaczego nie wyjdziesz na zewnątrz? Jest tyle do zobaczenia...




Światło, kolory, uśmiechy... Ludzie, którzy postrzegają życie jako przywilej, a nie prawo... To wszystko czegoś mnie uczy.

Możesz mieć, cokolwiek zechcesz. Musisz jedynie przestać czekać na kogoś, kto ci powie, że na to zasługujesz.




Czasami coś, co się nam przytrafia ZAMIAST, to naprawdę dobre rzeczy.

Jedyną prawdziwą porażką jest, kiedy nie próbujemy. A miarą sukcesu jest to, jak sobie radzimy z rozczarowaniem.




Nigdy nie jest za późno.

Po prostu powinniśmy wszystko robić najlepiej, jak potrafimy.




Zupa z soczewicy z tahini


1 i 1/2 szklanki czerwonej soczewicy
3 łyżki oliwy
3 zmiażdżone ząbki czosnku
2-3 suszone papryczki chilli, pokruszone lub 1 łyżeczka płatków chilli
6 szklanek wody
3 łyżki pasty sezamowej tahini
sok z 2 limonek
pół szklanki posiekanego koperku
sól, pieprz, suszony czosnek

Zaczynamy od opłukania soczewicy. Kolejny krok to rozgrzanie w garnku oliwy, na którą wrzucamy czosnek i chilli, na niewielkim płomieniu aromatyzujemy oliwę i ciągle mieszamy całość, żeby czosnek się nie spalił. Teraz pora na dołożenie soczewicy. Mieszamy ją z oliwą, całość zalewamy czterema szklankami wody i doprowadzamy do wrzenia, a następnie redukujemy płomień do najmniejszego i gotujemy do miękkości soczewicy. Moja była gotowa bardzo szybko, po około 10 minutach. Kiedy soczewica jest już ugotowana, dodajemy pozostałe 2 szklanki wody, żeby zupa nie była zbyt gęsta. Następnie dodajemy pastę sezamową i dokładnie mieszamy, a potem sok z limonek, koperek i sól do smaku. Ja doprawiłam jeszcze moja zupę pieprzem i czosnkiem w proszku. Wyszła naprawdę pysznie, kremowa, gęsta o wyrazistym smaku. Autor przepisu radzi, żeby ją jeszcze na koniec posypać koperkiem, ale mnie się bardziej podobała z papryką ;) Miseczka takiej zupy to sama radość!




Wszystko, co wiemy o przyszłości, to że będzie inna... Być może towarzyszy nam obawa, że nic się nie zmieni, więc... każda zmiana to właściwie okazja do świętowania ;)




wtorek, 8 kwietnia 2014

Słodka wiosna jest TWOJĄ porą...

Wiosna w pełni. Niebo błękitne, słońce świeci, aż miło i eksplozja zieleni dokoła. Taki wiosenny czas, podobnie jak początek roku sprzyja różnym planom i zmianom w naszym żywocie. To dobry moment na porządki, te dosłowne i te odrobinę w przenośni. Można pójść na długi spacer, pooddychać głęboko, poukładać sobie różne sprawy w głowie i pozbyć się złych emocji na rzecz nowej wiosennej energii. Można całkowicie odmienić kierunek życiowej wędrówki i zdecydować się na jakąś rewolucję... W pełnym słońcu nowe drogi wydają się jeszcze bardziej kuszące...
Mniej więcej rok temu o tej właśnie porze zaczęłam robić pierwsze "kulinarne" zdjęcia i zakiełkował mi w głowie pomysł na bloga. Wiosenny pomysł był jak uparte ziarenko fasoli, którego zielone pędy szybko pną się w górę, więc nie dało się go zignorować i blog się pojawił. Mam nawet wrażenie, że ma już kilku swoich stałych czytelników, co naturalnie bardzo pozytywnie mnie za każdym razem mobilizuje.
Co jeszcze wiosną? Nie tylko pierwsze kroki w nieznane, ale może też świadome opuszczenie swojej strefy komfortu? Może wyjście gdzieś dalej poza "nasz" świat? Nie wiem czemu, pomyślałam właśnie o K., który mi powiedział, że mieszkanie ma, na brak gotówki też nie narzeka, ale nie jest szczęśliwy, albowiem brakuje mu Miłości. Takiej przez duże M, naturalnie. I tak sobie myślę, drogi K., że jeśli wraz z wiosennym dobrym czasem pozbędziesz się różnych emocji zakorzenionych w czasie przeszłym i zaakceptujesz fakt, że ktoś się może w Twoim życiu pojawić tak nagle, jak burza i pogmatwać Ci plany i naruszyć porządek książek, które idealnie układasz na półkach.... to kto wie :) Może być pięknie... Będę trzymać kciuki! No i powodzenia w Rzymie!
A dziś chcę się z Wami podzielić przepisem na tartę cukiniową. Pyszną, delikatną i wiosenną. Rok temu upiekłam tartę w podobnym stylu, ale dzisiejsza jest o niebo lepsza, bo to nasz autorski hipopotamowy przepis. Mam nadzieję, że będzie Wam smakowała. I na ciepło, parę chwil po wyjęciu z piekarnika i na zimno, jeśli zabierzecie ją na piknik. Nadaje się doskonale!






Wiosenna tarta cukiniowa

Ciasto kruche:
250 g mąki
125 g masła
1 jajko
3/4 łyżeczki soli
kilka łyżek zimnej wody

Nadzienie:
6-8 małych cukinii pokrojonych w 0,5 cm półplasterki
oliwa
1 niewielka albo pół dużej cebuli, pokrojonej w cienkie półplasterki
1- 1,5 łyżeczki ziół prowansalskich
2 ząbki czosnku, zmiażdżone
suszony czosnek w proszku (opcjonalnie)
100 g sera feta
80 g sera cheddar
duża garść posiekanej natki pietruszki
2 jajka
3/4 szklanki jogurtu naturalnego
sól, pieprz




Z podanych powyżej składników zagniatamy kruche ciasto. Mąkę z solą siekamy szerokim nożem z kawałkami masła, a potem dodajemy jajko i zimną wodę, tyle, aby ciasto było spójne. Zamiast formować z ciasta kulę i wkładać ją owiniętą folią do lodówki, teraz wolę od razu wyłożyć rozwałkowanym ciastem natłuszczoną formę do tarty (25 cm), nakłuć spód ciasta w wielu miejscach widelcem, żeby się nie wybrzuszało przy pieczeniu, a następnie włożyć do zamrażalnika. Na godzinę lub dłużej. Z moich doświadczeń wynika, że ciasto jest potem smaczniejsze, chrupkie, a boki tarty nie opadają dramatycznie ;) Schłodzone ciasto wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i podpiekamy około 15 minut, aby trochę się zarumieniło. Podpieczony spód tarty odstawiamy na moment do ostygnięcia.
Kiedy ciasto się chłodzi, przygotowujemy nadzienie. Na patelni rozgrzewamy kilka łyżek oliwy, szklimy cebulę, a potem dodajemy cukinię i zmiażdżone ząbki czosnku. Doprawiamy całość ziołami prowansalskimi, pieprzem, solą i ewentualnie jeszcze suszonym czosnkiem. Cukinię dusimy około 5 minut, żeby trochę zmiękła i nabrała aromatu przypraw, ale nie rozpadała się. Kiedy cukinia jest gotowa, odstawiamy ją na chwilę do wystygnięcia. W miseczce lekko ubijamy jajka widelcem, dodajemy jogurt, starty cheddar oraz odrobinę soli i pieprzu.
Na spód tarty wykładamy cukinię, posypujemy posiekaną natką pietruszki i pokruszonym serem feta, a całość zalewamy mieszanką jajek, jogurtu i sera. Wkładamy tartę do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni i pieczemy około 30-40 minut, do momentu, kiedy wierzch tarty ładnie się zetnie i zezłoci.