-->

cover

czwartek, 14 sierpnia 2014

Figowe love na doły i dołki ;)

Tak to już w życiu bywa, że nas czasami jakiś niespodziewany ciężar przygwoździ i nijak nie możemy się z pod niego wygramolić... Wydaje nam się, że nie mamy już ani grama siły i że niebo się prędko nie wypogodzi... Dobrze mieć swoje sprawdzone sposoby na takie chwile. Niektórzy idą na spacer, inni (czy raczej "inne" hi hi) wybierają się na zakupy, są tacy, którzy włączają ulubioną muzykę na cały regulator i siedzą sobie w kąciku, albo wręcz przeciwnie, tańczą i skaczą, żeby odpędzić złe wibracje. Ciekawa jestem, jakie są Wasze sposoby na takie momenty? Może wspomnicie o nich w komentarzach? Hipopotamowo rzecz ujmując, ustawiamy sobie listę piosenek, tych najbardziej ulubionych, parzymy dobrą herbatę w hurtowej ilości i (co pewnie nikogo nie zdziwi) zaszywamy się w kuchni... Figi, miód i migdały dobrze sobie radzą w dołkowatych momentach ;) 







Ciasto Donny Hay z figami, migdałami i miodem przypomina nieco wypieki z Bliskiego Wschodu. Mocno wyczuwalny aromat pomarańczy i cytryny nadaje mu charakteru, tu i ówdzie zaplącze się chrupiący płatek migdałowy, a całość jest rozkosznie nasączona miodem i wprost zachęca do łasuchowania ;)




Ciasto z figami, migdałami i miodem  (przepis z magazynu Donna Hay April/May 2014)

130 g miękkiego masła
165 g cukru pudru
1 łyżka skórki otartej z cytryny
1 łyżka skórki otartej z pomarańczy
3 jajka
180 g mąki migdałowej
75 g mąki pszennej (przesianej)
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
80 g płatków migdałowych
1/4 szklanki miodu
6 fig pokrojonych na ćwiartki

Miksujemy masło z cukrem i skórką pomarańczową i cytrynową około 6 minut na lekki puszysty krem. Następnie dodajemy po jednym jajku, miksując po dodaniu każdego. Dodajemy mąkę, mąkę migdałową i proszek do pieczenia, mieszamy. Na końcu dosypujemy płatki migdałowe i znów mieszamy. Foremkę do tarty (28 cm) smarujemy masłem i przekładamy do niej masę. Wyrównujemy wierzch szpatułką i układamy ćwiartki fig delikatnie je dociskając. Nagrzewamy piekarnik do 170 stopni i pieczemy nasze ciasto około 45 - 50 minut, do zezłocenia. Po wyjęciu z piekarnika, gorące, smarujemy miodem.






niedziela, 10 sierpnia 2014

AAA nauczę się gotować po włosku...

Była sobie raz dziewczyna, która tuż po odebraniu dyplomu i latach wkuwania formułek co-to-może-się-kiedyś-przydadzą-ale-nie-na-pewno postanowiła, że od tej chwili zrobi wszystko, żeby zajmować się w życiu tym, co naprawdę kocha. Najbliższe jej były kulinaria i śródziemnomorska radość życia, więc na jednym z portali społecznościowych napisała, że chce się uczyć gotować po włosku. Wszechświat ponoć sprzyja tym, którzy bardzo czegoś pragną i... po godzinie zadzwonił do niej szef kuchni jednej z warszawskich restauracji. Następnego dnia się spotkali, on trochę się zdziwił, bo spodziewał się szkoły gastronomicznej, ale przekonała go, że bardzo jej zależy na takiej pracy i zgodził się. Kilka dni później, po dopełnieniu niezbędnych formalności, ubrana w bluzę kucharza pierwszy raz weszła do kuchni. Naczytała się wcześniej o gastronomii, naoglądała, wyobrażała sobie, że znajdzie swojego mistrza i z taką rozmarzoną głową, zjawiła się, pełna entuzjazmu, gotowa na nowe wyzwania i przygodę. Weszła, a w kuchni czekało na nią trzech Panów Kucharzy, opartych o blat, z założonymi rękami i miną pt. "teraz zobaczysz, gdzie twoje miejsce, kiciu...". Na rękach zegarki na grubych bransoletach, na twarzach żadnego wyrazu sympatii. Tak się rozpoczęły kuchenne przygody naszego dziewczęcia. Zaczęła od najprostszych czynności, zmywała blaty i naczynia, myła warzywa, układała przywożone produkty w chłodni. Chciała się jak najwięcej nauczyć, więc kiedy tylko mogła, podpatrywała Panów Kucharzy w ich pracy. Oni niestety zupełnie nie chcieli dzielić się swoim doświadczeniem, kiedy chciała przemieszać zupę, krzyczeli - "odejdź, jeszcze coś zepsujesz!!!". Kiedy pytała o sos szafranowy, mówili: "akademia Kurta Schellera to w tamtą stronę, panienko...". I w takich oto niezwykle przyjaznych warunkach starała się dziewczyna nauczyć, ile tylko mogła o swojej wymarzonej kuchni włoskiej




Miała również okazję poznać mroczną twarz miasta stołecznego, kiedy wracała do domu nocnym autobusem, słuchając Czajkowskiego i gapiąc się na księżyc. Jej wolny dzień niemal zawsze wyglądał tak samo... W kalendarzu miała plan, zapisany punkt po punkcie, co trzeba zrobić, ale ponieważ była w stanie otworzyć oczy dopiero koło jedenastej, połowę planu od razu skreślała. Potem chwila w wannie z bąbelkami, dobre śniadanie i wyprawa do empiku. Zostawała tam do wieczora ze stosem kulinarnych włoskich czasopism. Nie mogła ich wszystkich kupić, bo były drogie, ale zaszyta w przytulnym kącie uważnie je przeglądała i zapisywała w notesie, czasem przepisy, czasem jedynie pomysły i inspiracje. Nie znała włoskiego, ale kiedyś miała lektorat z łaciny i uczyła się francuskiego, więc rozumiała sporo i dużo się z tych gazet dowiedziała. Również w kwestii sosu szafranowego ;) Z czasem z kuchni przeniosła się na salę dla gości, w miejsce, gdzie przygotowywano sałatki, pizze, przekąski i makarony. Czuła, że już wiele się tam nie nauczy. Zdarzały się rzadkie okazje, kiedy szef miał dobry nastrój, żeby zajrzeć do kuchni i przygotowywać pod jego okiem tortelli czy caramelle, ale to nie wystarczało. Odkryła, że tak naprawdę szef kuchni, mimo młodego wieku, wcale nie lubi swojej pracy i niewiele jej przekaże... Praca w restauracji była wyczerpująca i choć nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, to mimo wszystko, tak jak w życiu, było wiele momentów, dla których nigdy nie żałowała, że tam trafiła. Nauczyła się m.in. robić pizzę i opowiadała, jak kiedyś, już bardzo późno, kiedy koledzy już wyszli, pojawiło się zamówienie na pizzę właśnie, więc miała swój "pierwszy raz" z piecem i drewnianą "łopatą". Wcale nie było tak łatwo wsunąć pizzę do pieca, zachowując jej kształt, ale wszystko się na szczęście udało. Niedawno widziała zdjęcia z restauracji, która już się inaczej nazywa i ma innych właścicieli... Był na zdjęciach również ten piec :) Wspominała też o jednym z pierwszych weekendów w pracy i o odbywającym się wtedy weselu. Na deser podano tiramisu. W kuchni, na ogromnym blacie czekało czterdzieści talerzyków z tiramisu, pokrojonym jak tort, ozdobionym kakao i listkami mięty. To był dopiero widok... 




Tiramisu 

8 żółtek
8 łyżek cukru
1 kg serka mascarpone
2-3 opakowania biszkoptów "lady fingers"
3 szklanki świeżo zaparzonej mocnej kawy
100 ml amaretto (mniej lub wiecej, do smaku)

Zaczynamy od zaparzenia kawy, bo potrzeba nam będzie schłodzona. Następnie miksujemy żółtka z cukrem na kremowy kogel mogel, do którego dodajemy mascarpone i mieszamy całość (jeśli nas korci, żeby zmiksować to delikatnie i 3 sekundy, żeby serek się nie zwarzył...). Okrągłą foremkę z odpinaną obręczą, o średnicy 24 cm, wykładamy folią, żeby uniknąć katastrofy w lodówce (okrągła foremka to opcja dla tych, którzy chcą podać tiramisu pokrojone w elegancki sposób jak tort, ale można spokojnie przygotować je w innej formie lub w pucharkach). Do schłodzonej kawy dodajemy amaretto. Biszkopty pojedynczo zanurzamy w kawie (na sekundkę, bo nie mogą za bardzo nasiąknąć!) i układamy jeden obok drugiego na dnie foremki. Tak powstaje spód naszego tiramisu. Na biszkoptach rozsmarowujemy połowę masy mascarpone, a na niej układamy kolejną warstwę nasączonych kawą biszkoptów i przykrywamy je mascarpone (w zależności od użytego naczynia warstw może być więcej). Wygładzamy wierzch deseru szpatułką i wkładamy owiniętą folią foremkę do lodówki na przynajmniej 3 godziny (najlepiej jednak na całą noc, jeśli chcemy później pokroić tiramisu na ładne kawałki). A jako że pora roku owocowa, możemy przygotować do tiramisu wspaniały sos malinowy, miksując maliny z cukrem (do smaku), przecierając je przez sitko i zagotowując z odrobiną czerwonego wina.


















piątek, 1 sierpnia 2014

Jej puchatość na lato czyli mój ósmy cud świata :)

Trudno dowieźć do domu owocowe letnie zakupy. Zagrożona jest zwłaszcza torba cudownych, dojrzałych, niemal czarnych czereśni. Nie muszę dziś prowadzić samochodu, więc wykradam bezwstydnie jedną czereśnię za drugą i myślę, że to jeden z polskich smaków lata. Duża czereśnia w ogrodzie moich Dziadków była naszym ulubionych "drzewem wspinaczkowym", a latem chowanie się wysoko w cieniu gałęzi i zajadanie czereśni - to dopiero była zabawa :) Zbieranie porzeczek już nie było tak atrakcyjne, zresztą wcale za nimi jako dziecko nie przepadałam. Mama dawała mi sporą miskę i wydawało mi się zawsze, że jej napełnianie nie ma końca ;) Jak smakuje polskie lato? Właśnie jak czereśnie, jak maliny, jak truskawki, jak poziomki :) A w kwestii letnich wypieków? Dla mnie zdecydowanie jak drożdżówka, czyli ciasto moich cioć. Jakże by teraz było rozkosznie siedzieć na huśtawce w Wilkowicach, w ogrodowym cieniu, majtać sobie radośnie nogami i zajadać niezrównaną drożdżówkę cioci Tereni, taką specjalną, z borówkami... :) Albo na przykład, usiąść z rodziną przy dużym stole w Szubinie, ciesząc się wspólnie puchatą drożdżówką ze śliwkami posypaną taaaką kruszonką... :) Ciocia Ania i ciocia Ela, obie jak uosobienie dobroci i serdeczności to drożdżówkowe mistrzynie świata. Kiedyś poprosiłam ciocię Anię o małą lekcję i tuż przed jej pójściem do pracy, bardzo wcześnie rano, spotkałyśmy się w kuchni. Drożdże ładnie wyrosły, potem ciocia wyrabiało ciasto (takie się to wydawało łatwe....), podpowiadając mi, że przy tej czynności można dać upust wielu emocjom, co daje widoczne efekty przy wyrastaniu ciasta, a potem przy jego puszystości. To była bardzo cenna wskazówka :) Finalnie ciasto wyrosło pięknie i drożdżówka była idealna. Kilka lat później, mając w pamięci tę poranną lekcję w Szubinie, zabrałam się za swoje pierwsze drożdżowe. I... niektórzy moi znajomi już słyszeli o tym "sukcesie", jak to się Marcie upiekło drożdżowe twarde jak tablice dekalogu. I absolutnie niejadalne. I wtedy sobie pomyślałam - co?! Ja nie upiekę idealnej drożdżówki? To się jeszcze okaże... Kiedy mi bardzo na czymś zależy, albo, jak to się się mówi, kiedy mi ktoś "wjedzie na ambicję", zrobię WSZYSTKO (no, prawie...), żeby osiągnąć, co zamierzam. Trochę się mąki oraz innych ingrediencji zmarnowało, nie przeczę, wiele prób się odbyło, trochę sobie poczytałam (są życzliwe dusze, które się w sieci podzieliły swoim doświadczeniem, bardzo moim zdaniem pomocnym, zobaczcie m.in.  tu , tu i jeszcze tu). 




Nauka finalnie nie poszła w las, a wysiłki się opłaciły i zostały nagrodzone. Okazało się, że i ja mogę upiec wspaniałą, puchatą drożdżówkę, z ulubionymi letnimi owocami, posypaną najlepszą kruszonką na świecie. Upiec, obdzielić przyjaciół, a potem tylko słuchać pomruków zadowolenia ;) Największa frajda, to pod koniec pieczenia, kiedy tak pachnie cudnie owocowo - maślano... Potem chwila (jakże ona się dłuży...) na ostygnięcie, kroję ciasto na szczodre kawałki, a pierwszy z nich, jeszcze z reguły lekko ciepły, kradnę dla siebie i zajadam z łobuzerskim uśmiechem dziecka, które coś ukradkiem pałaszuje w spiżarni :) Z pośród wielu wypróbowanych przepisów najlepszym i ulubionym okazał się przepis Moniki z Gotuje bo lubi . Zamieniłam jedynie maślankę na jogurt i dodałam nieco więcej drożdży. Od Moniki jest na moim blogu również przepis na chleb , który bardzo lubię i mam nadzieję, że go wypróbujecie.






Puszysta drożdżówka z owocami lata i kruszonką

3 szklanki mąki (przesianej!)
1/2 szklanki cukru + 1 łyżka (ta dodatkowa łyżka to do drugiej wersji przygotowania)
1 i 1/2  łyżeczki drożdży instant
1/2 szklanki mleka
2/3 szklanki jogurtu naturalnego (w pokojowej temperaturze!)
50 g masła
1 łyżeczka cukru wanilinowego
3 żółtka (w pokojowej temperaturze!)
ulubione owoce (ja użyłam czereśni, nektarynki, śliwek i brzoskwini)

Kruszonka:
50 g masła
1/2 szklanki mąki
2/3 szklanki cukru

Moją drożdżówkę przygotowuję na dwa sposoby, w zależności od tego, ile mam czasu i cierpliwości ;) :

Sposób I - "szybki", czyli krok po kroku jak u autorki przepisu, Moniki:

Masło rozpuszczamy w rondelku, dodajemy do niego mleko i jogurt. W misce mieszamy ze sobą mąkę, cukier, cukier wanilinowy i drożdże. Robimy dołek, wlewamy masło i dodajemy żółtka. Mieszamy całość drewnianą łyżką, wykładamy ciasto na blat i starając się podsypywać jak najmniej mąki wyrabiamy gładkie ciasto. Nie jest łatwo, bo ciasto się bardzo klei, ale oprócz podsypania odrobiny mąki, możemy też natrzeć delikatnie dłonie oliwą, wyczytałam kiedyś, że to bardzo ułatwia sprawę i potwierdzam :) Kiedy ciasto będzie elastyczne i zacznie odchodzić od ręki, formujemy z niego kulę, wkładamy do lekko natłuszczonej miski, przykrywamy (folią spożywczą lub wilgotnym kuchennym ręcznikiem) i odstawiamy do wyrośnięcia. Zajmie to pewnie godzinę - półtorej. W tym czasie możemy sobie przygotować kruszonkę, rozcierając palcami masło z cukrem i mąką, a potem wstawiamy ją do zamrażalnika. Kiedy nasze ciasto wyrośnie, wyjmujemy je z miski, wyrabiamy chwilkę (dobrze nim najpierw rzucić o blat, uwielbiam to, hi hi hi, ciasto się odgazuje...), a potem rozkładamy je na blasze (okrągła foremka 26 cm lub prostokątna 20 na 30 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. Rozkładamy na cieście owoce, delikatnie je dociskając i posypujemy szczodrze kruszonką (zwykle zużywam całą...). Odstawiamy ciasto na jakąś godzinę, do kolejnego wyrośnięcia, a potem nagrzewamy piekarnik do 180 stopniu i pieczemy przez około 45 minut.


Sposób II - "slow", czyli kiedy ciasto chcę upiec na drugi dzień, a wieczorem chcę się trochę "powyżywać" w kuchni, podpatrzony u
 Margotki

Zaczynamy od delikatnego (!) podgrzania mleka, ma być tylko lekko ciepłe. W miseczce mieszamy drożdże z łyżką cukru, zalewamy mlekiem, mieszamy i odstawiamy. Kiedy drożdże podwoją objętość, w większej misce miksujemy żółtka z cukrem i cukrem wanilinowym, aby uzyskać gładki kogel-mogel. Do jajek dodajemy drożdże i delikatnie mieszamy, następnie dosypujemy mąkę, znowu mieszamy i dodajemy jogurt oraz roztopione i ostudzone masło. Całość wyrabiamy chwilę w misce drewnianą łyżką, a potem na blacie wyrabiamy gładkie ciasto jak w opisie powyżej, po czym formujemy z ciasta kulę, wkładamy ją do natłuszczonej miski i owijamy folią spożywczą, po czym wkładamy na noc do lodówki. "Na noc" czyli na minimum 12 godzin. Przygotowujemy też kruszonkę i wkładamy do zamrażalnika. Nazajutrz wyjmujemy ciasto z lodówki, trzeba je odgazować, więc czemu by nie huknąć nim malowniczo o blat ;) ? Potem układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, kładziemy na nim owoce, posypujemy kruszonką i odstawiamy do wyrośnięcia, na mniej więcej godzinę. Pieczemy w 180 stopniach około 45 minut.