-->

cover

czwartek, 30 października 2014

Czas zadumy. I słodko - słono z dedykacją dla Oli i Kevina :)

Przed nami dzień Wszystkich Świętych, chwile zadumy, może również łzy, które uronimy z serdeczną myślą o tych, za którymi wciąż tęsknimy, choć już nie mogą z nami być... Niby co roku ten sam rytuał, kwiaty, znicze, a jednak tęsknota i wzruszenie niezmiennie nam towarzyszą. Zwłaszcza, kiedy patrząc na rozświetlone cmentarze jeszcze mocniej uświadamiamy sobie kruchość ludzkiego istnienia. I nie ma chyba w tej materii trafniejszej wskazówki, niż słowa księdza Twardowskiego, które większość z nas już dobrze zna - "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..." 




A miłość można okazywać na wiele sposobów :) Ten Hipopotamowy już pewnie znacie. Dziś post krótki, ale pysznościowy :) I deklaruję to z czystym sumieniem, bo przepis testowaliśmy w dwóch kuchniach -  smakowało zarówno Polakom, jak Anglikom ;)




Sałatka z gruszką, serem blue i orzechami  (przepis z książki Diane Henry "Roast Figs Sugar Snow")

1 mała czerwona cebula
3 gruszki
30 g masła
60 g orzechów laskowych, uprażonych na suchej patelni i przekrojonych na pół
150 g mieszanki sałat
100 g sera blue, pokruszonego

Sos:
4 łyżki oliwy
1/4 łyżeczki musztardy Dijon
1 i 1/2 łyżeczki octu z białego wina
1 łyżeczka miodu

Zaczynamy od przygotowania sosu. Składniki mieszamy w miseczce, doprawiamy do smaku i odstawiamy do "przegryzienia". Cebulę przecinamy na pół i kroimy w półksiężyce (piórka). Na niedużej patelni rozgrzewamy odrobinę oliwy z oliwek i podsmażamy cebulę, żeby się odrobinę zbrązowiła. Doprawiamy ją odrobiną soli i pieprzu i przykrywamy, żeby nie wystygła. Gruszki obieramy ze skórki, przekrawamy na pół i kroimy na grubsze plastry. Na patelni rozpuszczamy masło i podsmażamy gruszki, żeby się zezłociły z każdej strony, ale nie zaczęły rozpadać. W misce mieszamy sałatę z orzechami i większością sosu. Rozkładamy sałatę na talerze (4-6 porcji), układamy plastry gruszki, cebulę i posypujemy pokruszonym serem. Skrapiamy pozostałym sosem i rozkoszujemy się jesiennym wieczorem :)






piątek, 24 października 2014

Jeśli dziś piątek, to pora na kuskusik! Podwójny!

Przyrzekłam sobie, że tym razem słowa nie będzie o pogodzie, która zdecydowanie nas nie rozpieszcza ;) Cieszę się za to, że trochę sobie połazikowałam w poszukiwaniu czerwieni, czyli mojego ulubionego koloru z bogatej palety jesiennych barw. Jest chłodno i wilgotno, ale mimo wszystko pięknie :) Przejmujące zimno (choć może takie dopiero nadejdzie...?) nastraja mnie na comfort food, więc ma być pysznie, aromatycznie i dobrze się kojarzyć z miłymi chwilami. Uświadomiłam też sobie ostatnio, że w życiu bardzo się nam przydają nasze małe rytuały, drobne rzeczy, które robimy regularnie i które zawsze poprawiaja nam nastrój, a do tego jeszcze w jakiś sposób porządkują nam rzeczywistość. Są więc popołudniowe herbatki, weekendowe szaleństwa z przyjaciółmi, brydżowe wtorki w przytulnym pubie w mojej miejscowości. Oczywiście, jest tego więcej, bo każdy ma swoje "ulubione" i zdecydowanie powinniśmy się tego trzymać. Jednym z moich ulubionych "rytuałów" było jedzenie kuskusu w każdy piątek, w czasie, który spędziłam w Maroku. I nieważne, czy było to w eleganckim hotelu czy gdzieś przy stole przykrytym ceratą na środku jakiegoś targowiska, po prostu piątek bez kuskusu nie był piątkiem ;) I była to nie tylko okazja, żeby trochę połasować, ale również, aby w spokoju spotkać się ze znajomymi i porozmawiać o wszystkim i o niczym. Jeśli pamiętacie post z przepisem na kurczaka ze śliwkami i miodem , to pewnie wiecie, że w Maroku najchętniej siada się do stołu z przyjaciółmi, zatem podwójna przyjemność - można się cieszyć towarzystwem życzliwych osób, a do tego jeszcze niespiesznie rozkoszować posiłkiem. Zapraszam zatem na kuskus :)






Bardzo się zaprzyjaźniłam z kuskusową sałatką, która świetnie się nada na szybką przekąskę w ciągu dnia i drugie śniadanie do pracy. Do tego bardzo ładnie się prezentuje :) Najlepiej przygotować ją dzień wcześniej i włożyć na noc do lodówki, żeby smaki się przegryzły. Ważne również, aby nie przesadzić z ilością wody w trakcie zalewania kuskusu wrzatkiem, by kasza była sypka. Ja zwykle na 100 g kuskusu przygotowuję 140 ml wrzątku i dwie łyżki oliwy, więc łatwo sobie obliczyć proporcje na większą ilość kaszy.


Sałatka z kuskusem, selerem naciowym i jabłkiem  (inspiracja stąd )

150 g kaszy kuskus
garść orzechów włoskich, uprażonych i posiekanych
garść suszonej posiekanej żurawiny
2-3 łodygi selera naciowego, pokrojone na nieduże kawałki
1/2 małej cebuli, drobno posiekanej
1 jabłko, obrane ze skórki i pokrojone na małe kawałki
1 pęczek szczypiorku, drobno posiekanego
1 pęczek natki pietruszki, drobno posiekanej
sok z jednej dużej cytryny
sól, pieprz, oliwa z oliwek

Kuskus w płaskim naczyniu zalewamy wrzątkiem (200 ml wody + dwie łyżki oliwy), mieszamy, przykrywamy i odstawiamy na około 20 minut. Na patelni rozgrzewamy jedną łyżkę oliwy, dokładamy cebulę i seler, dodajemy szczyptę soli i pieprzu i dusimy około 5 minut na małym ogniu, a potem wykładamy do misy sałatkowej. Następnie dorzucamy do misy pietruszkę, szczypiorek i żurawinę, a potem kawałki jabłka, które skrapiamy sokiem z cytryny, żeby nie zrobiły się brązowe. Teraz pora na dodanie kuskusu i orzechów. Całość mieszamy, skrapiamy oliwą, a potem doprawiamy do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny.






Z okazji piątku postanowiłam przygotować kuskus na ciepło, właśnie taki, jak w Maroku. Kiedy podniosłam pokrywkę garnka, w którym powoli dusił sie warzywny gulasz, otuliła mnie znajoma woń przypraw, przywodząca sympatyczne wspomnienia marokańskiego biesiadowania. Ta wersja kuskusu z warzywami mogłaby śmiało uczestniczyć w konkursie na ulubione danie Shreka z bagien, bo niestety, "wyględna" nie jest za grosz ;)  Na pewno znalazłoby się więcej jedzenia typu "brzydkie, a dobre", ale muszę przyznać, że trochę się wahałam nad publikacją zdjęć, tym bardziej, że skończyła mi się zielenina do okrasy ;) Pomyślałam jednak, że ten sycący, gęsty i naprawdę bardzo smaczny gulasz z bakłażanem, kalafiorem i cieciorką mimo wszystko zasługuje na zaistnienie u Hipopotama. W końcu hipopotamom przecież do Shreka niedaleko ;)




Piątkowy kuskus z warzywnym gulaszem  (przepis z książki Diane Henry "Food from Plenty")

250 g kaszy kuskus (to jest porcja dla 4-5 osób, można przygotować więcej, bo gulaszu jest sporo)
1 i 1/2 cebuli, pokrojonej w półplasterki
2 bakłażany, pokrojone w niedużą kostkę
400 g ciecierzycy z puszki, odsączonej
50 g daktyli, wypestkowanych, pokrojonych na małe kawałki
1 mały kalafor, podzielony na różyczki
3 ząbki czosnku, zmiażdżone lub drobno posiekane
1/2 łyżeczki imbiru (sproszkowanego)
1/2 łyżeczki płatków chilli
1 łyżeczka kuminu (w przepisie 1 i 1/2, można by dać połowę, albo pominać, ale kumin daje "ten" smak)
1 kawałek kory cynamonowej
szczypta szafranu (nie miałam niestety)
1 litr bulionu lub wody (dodałam bulionu drobiowego, to dobry pomysł)
pęczek kolendry, posiekanej
sól, oliwa z oliwek

Kuskus zalewamy wrzątkiem i odstawiamy pod przykryciem na 20 minut. W naczyniu, w którym będziemy gotować gulasz rozgrzewamy 2 łyżki oliwy i szklimy cebulę, a potem dodajemy do niej czosnek, imbir, kumin i chilli i podgrzewamy na średnim ogniu, jakieś 2 minuty. Na dużej patelni rozgrzewamy 2 łyżki oliwy i podsmażamy kawałki bakłażana, aż się zarumienią. Kawałki bakłażana dodajemy do cebuli, dodajemy litr bulionu lub wody, szczyptę szafranu, daktyle i ciecierzycę. Całość doprowadzamy do wrzenia, a potem przykrywamy i na małym ogniu gotujemy 10 minut. Następnie dokładamy do gulaszu  różyczki kalafiora i gotujemy, aż kalafior będzie miękki, ale nie rozgotowany. Kiedy gulasz będzie gotowy, dodajemy do niego posiekaną kolendrę i podajemy z kuskusem.








sobota, 18 października 2014

Na pluchę. Uzależniające!

Marzyło mi się romantyczne zbieranie kasztanów w jesiennej kolorowej alejce, a tymczasem chłód i deszcz skutecznie pokrzyżowały moje plany. Kasztany zaś zostały zdobyte podstępem :) Zdecydowanie zaczyna się pora zaszywania się pod kocem z książką i naturalnie czymś smakowitym. W kuchni wciąż króluje dynia, która tym razem przydała się do aksamitnego, lekko cynamonowego sernika. Warstwa brownie jest upieczona bez dodatku mąki, za to ze sporą ilością orzechów. Musiałam więc trochę ich sobie zorganizować. Stwierdzam, że łuskanie orzechów może być przyjemną czynnością z gatunku tzw. małych codziennych medytacji, no chyba, że łupiny będą twarde jak diabli, jak u mnie, wtedy czasami trudno o osiągnięcie stanów wyższej świadomości i zaczynamy szukać młotka ;) Orzechowe posty na horyzoncie, więc możecie sobie już medytować i łuskać, na pewno się przydadzą :)


w wydrążonej łupinie orzecha
można zmieścić dom
i powietrze potrzebne na ćwierć
oddechu
i można go wysłać jedwabiem
wymościć płatkami kwiatów
i szczelnie od góry zamknąć
druga połową
i nazwać światem
a potem 
zapomnieć że rósł

Halina Poświatowska






Tymczasem przed Wami sernikowo - czekoladowa rozkosz, która oswoi najbardziej paskudną pogodę i trudno będzie poprzestać na dwóch kawałkach ;) Może, jeśli się trochę wypogodzi, prysnę sobie z tą wspaniałością w pudełku do parku i z nikim się nie podzielę :)




Łaciate sernikobrownie z dynią  (zmodyfikowany przepis od Moniki )

Brownie:
200 g dobrej gorzkiej czekolady
200 g masła
4 jajka
1 szklanka orzechów włoskich, zmielonych na proszek
2 łyżki gorzkiego kakako
3 łyżki miodu

Sernik:
400 g trzykrotnie zmielonego twarogu
1 szklanka puree z dyni
1 jajko
3 łyżki miodu
1/2 łyżeczki cynamonu

Czekoladę z masłem rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Odstawiamy do ostudzenia. Jajka i miód ucieramy na puszystą masę, dodajemy czekoladę i dokładnie mieszamy. Dodajemy orzechy i przesiane kakao i delikatnie mieszamy do połączenia. Dwie trzecie masy brownie wykładamy na spód formy (u mnie 28 x 23 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. W innym naczyniu miksujemy wszystkie składniki sernika, kiedy masa będzie gładka, rozprowadzamy ją równomiernie na spodzie brownie. Resztę masy brownie wykładamy na warstwę sernikową, tworząc wzorek.  Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni i pieczemy przez około 40 min. Po wystudzeniu wkładamy sernikobrownie do lodówki, najlepiej na noc.








poniedziałek, 13 października 2014

Akcji Dynia ciąg dalszy. O szarlotce i Apetycie.

W ubiegłym roku pisałam o smakach , które przypominają nam o różnych miejscach, sympatycznych spotkaniach czy chwilach spędzonych z przyjaciółmi. Pewnie każdy z nas ma taką swoją "listę ulubionych", a lista Hipopotamowa wydłuża się proporcjonalnie do powstawania kolejnych kuchennych produkcji ;) Niedawno widziałam gromadkę uroczych przedszkolaków maszerujących w parach na spacer i zbierających z radością kasztany. Pewnie teraz będą fabrykować ludziki na zapałkowych nóżkach ;) Obiecałam sobie, że przy najbliższej okazji też nazbieram! Uwielbiam kolor kasztanów i ich gładką błyszczącą skórkę, mogą być fantastyczną jesienną dekoracją domu. Patrząc na rozbrykane przedszkolaki przypomniałam sobie o pewnym soku, który bardzo lubiłam zabierać do szkoły. Niedawno z sentymentu kupiłam ten sok i byłam bardzo rozczarowana :( Wymyśliłam zatem, że upiekę ciasto, które będzie go w smaku przypominać i udało się :) Zmodyfikowałam nieco przepis, który od dawna był w kolejce do wypróbowania. Ciasto zrobiłam z mąki gryczanej - miało lekko orzechowy posmak i było baaardzo kruche. A w trakcie przygotowywania nadzienia, dodałam do dyni i jabłek skórkę otartą z pomarańczy i kuchnię wypełnił boski zapach, zupełnie jakby grzanego wina :) Do tego jeszcze chrupiąca kruszonka z cynamonem i już mamy niezwykle satysfakcjonującą szarlotkę :)




Jeśli szukacie czytelniczej inspiracji na jesienne wieczory, to bardzo Wam polecam "Apetyt" Philipa Kazana. Tytuł wydatnie sugeruje treść ;) "Apetyt" to ponad pięćset stron opowieści rozgrywającej się w piętnastowiecznej Italii. To historia Nina, Florentczyka, genialnego kucharza, który wie, jak za pomocą jedzenia wyrażać miłość, smutek czy... pogardę. Spotkamy również Leonarda i Sandra, terminujących w pracowni malarskiej, będziemy śledzić niecodzienne losy uczucia Nina i Tessiny, a wszystko to w towarzystwie uczt godnych Medyceuszy. Na końcu odkryjemy zwykły/niezwykły sekret smaku flaczków, przygotowywanych i sprzedawanych każdego dnia przez Ugolina. Trudno było się oderwać od tej książki :)




Kubusiowa szarlotka z dynią, jabłkami i nutką pomarańczową  (na podstawie przepisu Trufli )

Kruche ciasto:
200 g mąki (u mnie gryczana)
100 g zimnego masła
100 g cukru
1 żółtko
szczypta soli
2 łyżeczki śmietany

Nadzienie:
400 g dyni (miąższu pokrojonego w drobną kostkę)
600 g jabłek, obranych ze skórki, pokrojonych w drobną kostkę
kilka łyżek soku pomarańczowego (ewentualnie wody)
łyżeczka skórki otartej z pomarańczy
100 g cukru (lub mniej, do smaku)
1/2 łyżeczki cynamonu
3 goździki utłuczone w moździerzu

Kruszonka: (jak z ulubionej drożdżówki , ale w wersji cynamonowej)
50 g masła
1/2 szklanki mąki
2/3 szklanki cukru
1/4 - 1/2 łyżeczki cynamonu

Zaczynamy od przygotowania kruchego ciasta, zagniatamy je szybko, formujemy kulę lub od razy wylepiamy foremkę (moja miała 28 cm) nakłuwając dno i wkładamy do lodówki/zamrażalnika na godzinę. W tym czasie przygotowujemy wypełnienie. Dynię z jabłkami dusimy do miękkości, dodając kilka soku pomarańczowego (lub wody) i przyprawy. Pod koniec słodzimy do smaku. Kiedy już zmiękną, możemy (choć ja tego nie zrobiłam) zmiksować je na mus. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni, podpiekamy kruche ciasto przez około 15 minut, a potem wypełniamy je nadzieniem, posypujemy kruszonką i pieczemy mniej więcej 40 minut.





niedziela, 12 października 2014

MENUfaktura czyli dzieje się kulinarnie na Śląsku...

W ostatnią sobotę w Katowicach odbyła się druga edycja MENUfaktury czyli Miejskiego Festiwalu Kulinarnego. Industrialne surowe wnętrza dawnej fabryki porcelany były tłem dla spotkań szefów kuchni, lokalnych restauratorów, blogerów kulinarnych oraz wszystkich tych, którzy kochają dobrą kuchnię. W ciekawym programie zawarto m.in. bezpłatne warsztaty na temat savoir-vivre przy stole, a także opowieści o winie oraz oliwie. Na imprezie pojawili się również kucharze znani z programu Top Chef. Można było skosztować m.in. sushi, tart słodkich i słonych, ekologicznych serów i rewelacyjnych holenderskich śledzi oraz obłędnych wręcz słodkości :) Nie zabrakło również foodtrucków, z których serwowano zapiekanki, sałatki i wspaniałe burgery. Dla odwiedzających organizatorzy przygotowali leżaki i kosze, podobne do tych plażowych, pogoda dopisała i wydarzenie odbyło się w sympatycznej piknikowej atmosferze. Rzadko mamy do czynienia z tyloma różnymi pysznościami w jednym miejscu ;) Hipopotamowo życzymy sobie więcej tego typu inicjatyw i niecierpliwie czekamy na kolejną imprezę w podobnym stylu :)















niedziela, 5 października 2014

Teraz dynia!

Jesień w ten weekend jest łaskawa :) Miło posiedzieć na tarasie przed domem wystawiając twarz do słońca. Wrzosy wyglądają wspaniale, to ich pora. Motyle też korzystają z ostatnich ciepłych chwil i buszują w kwiatach, których wkrótce już nie będzie. Mimo, że klimat bardzo się zmienia i pory roku już nie są takie oczywiste jak dawniej, to i tak odczuwamy pewien porządek rzeczy, pewną kolejność w kalendarzu matki Natury. Jesień to dla mnie pora pełni i wspaniałych warzyw. To czas przetworów, niezliczonych wersji szarlotki, jabłek na sto sposobów. To również pora na dynię. Z dynią zaprzyjaźniłam się na dobre w ubiegłym roku, szukając doskonałego przepisu na zupę i piekąc jedne z najlepszych muffinów na świecie - dyniowych z gruszkami. Lekkie, wilgotne, pełne jesiennego smaku - powinniście ich spróbować! Dynia, podobnie jak jabłko, sprawdzi się w wielu kulinarnych przygodach. Wypieki, desery, zapiekanki czy warzywne gulasze to kilka możliwości. Warto przytaszczyć do domu pokaźną dynię i przygotować dyniowe puree (przepis w poście z muffinami), można je potem trzymać w lodówce lub zamrozić i mieć bazę do eksperymentów. W tym miesiącu mam dla Was kilka dyniowych propozycji. Zaczynam od zupy, którą bardzo lubię i mam nadzieję, że Wam również będzie smakowała :)






Zupa dyniowa z jabłkami i mlekiem kokosowym

1 kg dyni (miąższu bez pestek i włókien, pokrojonego w niedużą kostkę)
1 cebula, drobno pokrojona
2 jabłka, obrane ze skórki, pokrojone w plasterki
2 ząbki czosnku, pokrojone w cienkie plasterki
kawałek imbiru, około 2 cm, starty
400 ml mleka kokosowego
1 szklanka wody
1 łyżka curry
1 łyżka skórki otartej z pomarańczy (opcjonalnie, ale warto)
1/2 łyżeczki kuminu
sól, pieprz
oliwa

Rozgrzewamy w garnku kilka łyżek oliwy i dodajemy cebulę z czosnkiem i imbirem. Kiedy cebula się zeszkli, dodajemy jabłka, kumin, curry i skórkę z pomarańczy. Na niedużym ogniu mieszamy całość przez kilka minut, żeby jabłka nieco zmiękły i nabrały aromatu curry. Następnie dokładamy do garnka dynię, mieszamy z jabłkami i wlewamy mleko kokosowe oraz szklankę wody. Pod przykryciem gotujemy zupę około 15 minut, na średnim ogniu, aż dynia będzie miękka. Potem blenderem miksujemy zupę na gładki krem, doprawiając ją do smaku solą i świeżo zmielonym pieprzem. Można ją podać z grzankami, dodać śmietany albo jogurtu. Zupa z dyni jest naprawdę smaczna i odkąd mam swój ulubiony przepis, przygotowuję ją z podwójnej porcji - szybko znika :)







środa, 1 października 2014

Ależ mi się upiekło :) I pierwsze urodziny Hipopotama.

Październik zaczął się u nas chłodnawo i deszczowo, ale ja mimo to mam doskonały nastrój. Właśnie dziś Hipopotamowy blog kończy roczek :) A skoro mamy urodziny, to naturalnie, musi być ciasto i to nie byle jakie! Do tematu ciasta zaraz powrócimy, a tymczasem chciałam się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami, czy może bardziej wrażeniami towarzyszącymi tworzeniu bloga. Blogowanie kulinarne może się niektórym wydawać lekkie, łatwe i przyjemne, ale pozory mylą... Na pewno jest smaczne, ale moim zdaniem nie należy do najłatwiejszych. Myślę, że najlepiej wiedzą o tym ci, którzy sami prowadzą podobne strony i zastanawiają się, jak po raz pięćdziesiąty sfotografować kawałek ciasta czy też inne danie, żeby zdjęcie nie było nudne i zachęcało do wypróbowania przepisów. Znajomi wiedzą o moich ustawicznych poszukiwaniach fajnych naczyń (talerze po babci hi hi hi...) i ciekawych tkanin. Niektórzy odnoszą się do tego ze zrozumieniem, a niektórzy za nic nie pojmują tych "fanaberii" i pięćdziesięciu zdjęć kawałka szarlotki na talerzyku... Jestem fotograficzną amatorką, brakuje mi wielu "technicznych" umiejętności, ale (takie mam przynajmniej wrażenie) trochę się już nauczyłam i zrobię co w mojej mocy, żeby się rozwijać w kwestiach fotografii i stylizacji jedzenia. Zdjęcia to jeden z elementów układanki, bardzo ważne są też naturalnie przepisy. Postawiłam sobie za punkt honoru publikację przepisów na potrawy, które mnie naprawdę ujęły. Zwracam również baczną uwagę na proporcję i sposób wykonania, bo nie raz już się zdarzyło, że testowany przepis, czy to z innego bloga, czy z jakiegoś czasopisma, okazywał się kompletną klapą i składniki szły na marne. Podaję Wam zatem przepisy, które sama wypróbowałam, często również zmodyfikowałam i mam pewność, że ryzyko katastrofy jest zminimalizowane ;)  Czasami mam kilka fajnych przepisów w kolejce, a brakuje mi weny i pyszności muszą trochę poczekać. Nie zawsze mi się to udaje, ale staram się, żeby w każdym poście było kilka sensownych linijek i żeby przyjemnie było go poczytać. A z jakim efektem...? To już właściwie pytanie do Was... :)




Zaczęłam prowadzić tego bloga, żeby swoim pasjom nadać pewnej systematyczności, ale również, aby zachęcić do kulinarnych przygód tych wszystkich, co to się trzymają z dala "od garów". Bo jedzenie jest po prostu fajne - można nim okazywać miłość i troskę, można świętować... Jedzenie to bez wątpienia jedna z tych małych, prostych przyjemności, którą możemy sobie sami zagwarantować. A co o Was, czyli moich czytelnikach...? Pamiętacie film Julie & Julia? Julie zakłada bloga, zaczyna pisać i eksperymentować w kuchni, a tymczasem w sieci... cisza, zero reakcji. I kiedy wreszcie pojawił się pierwszy, upragniony komentarz, okazało się, że to... od mamy ;) Pierwszy komentarz u Hipopotama też był od mojej Mamy :) Muszę przyznać, że Wy, którzy czytacie Hipopotama, nie jesteście najbardziej aktywni w komentowaniu na stronie bloga i czasem mi tego brakuje, ale innymi drogami docierają do mnie Wasze opinie i wrażenia, wiem, że kilka osób naprawdę polubiło moją "twórczość". Bardzo się cieszę z tych oznak sympatii, są dla mnie ogromnym źródłem motywacji i "dają kopa", kiedy siedzę przed białą przestrzenią ekranu i zaczynam pisać. Tak więc dzięki, że jesteście, że czytacie i korzystacie z przepisów :) A teraz może poświętujemy...? :)





Sernik chałwowy  (przepis z książki Doroty Świątkowskiej "Moje wypieki i desery")

Spód:
200 g ciastek pełnoziarnistych, drobno zmielonych
80 g masła, roztopionego

Masa serowa:  (pamiętajmy, że składniki powinny mieć temperaturę pokojową)
1 kg trzykrotnie zmielonego twarogu
400 g chałwy (takiej, jaką lubicie, w przepisie - waniliowa), pokruszonej na kawałki
3/4 szklanki cukru
5 jajek
1/2 szklanki śmietanki 30%
3 łyżki mąki ziemniaczanej

Polewa:
150 g chałwy
1/2 szklanki śmietanki 30%

Zaczynamy od przygotowania spodu - zmielone ciastka mieszamy z roztopionym masłem i rozprowadzamy równomiernie na wyłożonym papierem do pieczenia spodzie tortownicy (26-28 cm). Na czas przygotowania masy serowej wkładamy tortownicę do lodówki lub zamrażalnika. Teraz kolej na masę serową - twaróg ucieramy z cukrem, a potem dodajemy po jednym jajku, miksując po dodaniu każdego. Dokładamy pozostałe składniki i miksujemy tylko do ich połączenia. Na koniec dodajemy do masy serowej kawałki chałwy i ostrożnie mieszamy całość. Masę serową wykładamy na ciasteczkowy spód i wyrównujemy. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Autorka przepisu radzi upiec ten sernik w kąpieli wodnej (czyli owijamy tortownicę dwukrotnie folią aluminiową i wkładamy ją do naczynia wypełnionego wrzątkiem, tak, aby sięgał do połowy wysokości masy serowej). U mnie nie było takiej możliwości, więc wykorzystałam drugą opcję, którą i Wam polecam - tortownicę włożyłam na środkową kratkę w piekarniku, a poziom niżej ustawiłam naczynie wypełnione wrzątkiem. Sernik pieczemy w 170 stopniach (bez termoobiegu) przez godzinę, a potem lekko uchylamy drzwi piekarnika i przez kolejną godzinę studzimy, a następnie wyjmujemy z piekarnika. Kiedy sernik ostygnie, przygotowujemy polewę. Do rondelka wlewamy śmietankę i dodajemy pokruszoną chałwę. Mieszamy, żeby nie było grudek. Podgrzewamy całość na małym ogniu, mieszając, aż polewa lekko zgęstnieje. Zdejmujemy ją z ognia, lekko studzimy, dekorujemy sernik i wkładamy go do lodówki na 12 godzin.




Moje małe uwagi - przepis odrobinę zmodyfikowałam, bo miałam większą tortownicę, nie chciałam również, żeby sernik był zbyt słodki i uważam, że śmietana 30% doskonale zastępuje rekomendowaną w oryginale śmietankę 36%. Chałwa waniliowa to dobry pomysł, ale zamierzam też wypróbować czekoladową :) Mój sernik miałby polewę gładziutką jak stół, gdyby... nie spadła mi na nią folia aluminiowa do zabezpieczenia ciasta ;) I niestety finalnie polewa przypominała masło orzechowe - na szczęście jednak bez szkody dla smaku :)  Jeśli przed Wami sernikowy debiut, przeczytajcie kilka fajnych porad Doroty w tym temacie. Sernik z chałwą jest naprawdę pyszny i smakował wszystkim poczęstowanym, ale najlepszą rekomendacją jest dla mnie fakt, że pewna nieletnia figlarna istota zjadła kawałek, potem grzecznie poprosiła o kolejny, a później... ukradkiem podkradła trzeci. Jednym słowem - sukces :)