-->

cover

czwartek, 22 grudnia 2016

Cieszysz się na święta...? :)

Cukier puder na policzku i ślady po konfiturze na podkoszulku zdradzają intensywne świąteczne przygotowania. Bo to prawie, prawie już... :) Byłam w sklepie z milionem kuchennych akcesoriów i... nie bardzo mogłam wyjść. Tyle wszystkiego. Stanęłam przed półką pełną ozdób do wypieków, niczym dziecko przed wystawą cukierni. Szczerze nie znoszę cukrowych perełek, gwiazdek i innych takich, zawsze stawiam na maksymalną prostotę czyli przeważnie garść posiekanych bakalii. A dziś - wróciłam do domu z maciupkimi cukrowymi choinkami i takimi tam... O losie :) O dziwo, cały ten cukierkowy mhm.... badziew (?) dobrze się prezentuje na moim świątecznym pierniku. Nie żebym Was namawiała na gwiazdki i perełki, ale jak widzę, Boże Narodzenie zniesie wiele kiczu ;)




Tymczasem w świetle ostatnich wydarzeń na świecie zaczęłam się zastanawiać, czy ja mam w ogóle prawo do tego, żeby w ciepłym domu, wśród przyjaciół, świątecznych dekoracji, pachnących świec i dobrego jedzenia cieszyć się Bożym Narodzeniem.
I odpowiadam sobie, że tak. Każdy to pewnie widzi inaczej, ale dla mnie święta Bożego Narodzenia to jest totalna magia, coś, na co się z niecierpliwością czeka, coś, co jest takim ciepłym światłem wśród mroków. To jest plaster miodu na skołatane serducho a w dodatku pozwala mi ładować baterie i przywraca wiarę w ludzką życzliwość, chęć niesienia pomocy i dzielenia się z tymi, którzy są w potrzebie.
Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą, że nie wszystkim Boże Narodzenie dostarcza radości, że nasi bliscy odchodzą, że na świecie, kiedy my siadamy do wigilijnego stołu, giną niewinni ludzie. Dla mnie wciąż święta Bożego Narodzenia są czymś w rodzaju kotwicy, czymś, co daje siłę i (jednak) wciąż jednoczy mnie z innymi. Jest to też taki port, do którego docieram końcem roku z całym bagażem dwunastu miesięcy i wtedy nawet bardziej niż w sylwestra zastanawiam się nad różnymi rzeczami, które mają miejsce w moim życiu.
Tak naprawdę przecież wszystko zależy od nas, jakie nadamy tym dniom znaczenie. Czy będziemy gotowi otworzyć drzwi, kiedy w wigilijny wieczór ktoś niespodziewanie zapuka? Stawiamy na stole dodatkowy talerz. Pytanie, czy to tylko w ramach tradycji, czy faktycznie jesteśmy otwarci na przyjęcie wędrowców. Poza tym, każdy z nas ma swój kawałek świata do uratowania, każdy z nas swoim małym dobrem i wrażliwością może pomagać innym...
Zgoda, jest w całych tych świątecznych przygotowaniach mnóstwo obrzydliwej komercji, kupujemy o wiele więcej niż naprawdę potrzebujemy i umyka gdzieś szczególny charakter tych dni. Jednak dopóki  wciąż potrafimy otwierać się na innych, potrafimy zrozumieć i szanować ich punkt widzenia (no, może poza Wiejską ostatnio...), to Boże Narodzenie będzie miało sens. Nie jestem za tym, żeby się zamknąć na trzy dni w kolorowej szklanej bańce i ignorować całe zło, które dzieje się wokół nas. Myślę natomiast, że kluczem do pełnego przeżywania świąt jest nasza inicjatywa i reagowanie na potrzeby ludzi, i tych z ulicy obok i tych z Aleppo. Każdy na swoją miarę może coś zrobić i mamy realny wpływ na to, jakie będzie nasze świąteczne samopoczucie i jak będzie wyglądało nasze Boże Narodzenie. Nie rezygnujmy z radości! Nie rezygnujmy z tych wszystkich momentów, kiedy można się zatrzymać, pobyć razem, kolędy śpiewać i łasować pod choinką. Jestem przekonana, że wszyscy potrzebujemy takich chwil. Chociażby po to, żeby potem czerpać z nich siłę.  Bardzo, bardzo się cieszę na te święta :)




P.S.
Jeśli chrześcijańskie wartości (nie "moherowe")  są Wam bliskie, polecam przeczytanie tekstu Ojca Kramera. To rodzaj komentarza aktualnych wydarzeń, daje do myślenia, a niektórych nawet oburza...

A teraz - do rzeczy. Mam dla Was jeszcze dwa smakowite ciasta, które można upiec na przysłowiową ostatnią chwilę. Są pyszne i bardzo proste i doskonale się wpiszą w świąteczny klimat.




Uwielbiam daktyle! Mięciutka słodycz to wymarzony dodatek do świątecznych wypieków. Do tego jeszcze rum, korzenne przyprawy i skórka z pomarańczy... Mogłabym się gdzieś schować w kąciku i od razu zjeść połowę tego ciasta. Imbir kandyzowany dokonale go podkręca, rumowa nutka jest rozkoszna! Jeśli nie przepadacie za kandyzowanym imbirem, proponuję sypnąć do tego chlebka posiekanych orzechów włoskich albo pekanów. A jeżeli nie chcecie dodawać alkoholu, daktyle można zalać sokiem pomarańczowym. Jeśli o mnie chodzi, nie potrzeba już żadnej polewy, co najwyżej odrobinę cukru pudru.




Korzenny chlebek z daktylami i kandyzowanym imbirem  (na podstawie tego przepisu )

280 g daktyli, pokrojonych na małe kawałki
1/3 szklanki rumu
50 g kandyzowanego imbiru, pokrojonego na małe kawałki i wymieszanego z odrobiną mąki
80 g miękkiego masła
150 g brązowego cukru
1 duże jajko
1 łyżeczka ekstraktu wanilii
1 łyżka skórki otartej z pomarańczy
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
1/4 łyżeczki zmielonych goździków
1/2 łyżeczki soli
3/4 szklanki soku pomarańczowego (najlepiej świeżo wyciśniętego)

Posiekane daktyle w miseczce zalewamy rumem na godzinę, kilka razy mieszamy. W większej misce na średnich obrotach przez chwilę miksujemy masło z cukrem, jajkiem, ekstraktem waniliowym i cukrem. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia, sodą i przyprawami i przesiewamy. A potem do masy, miksując na małych obrotach dodajemy na przemian mąkę i sok pomarańczowy. Miksujemy tylko do połączenia składników. Potem dodajemy do masy daktyle (bez odsączania) i pokrojony imbir. Całość mieszamy już tylko łyżką i przekładamy do niedużej (22-24 cm) keksówki nasmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Pieczemy w 170 stopniach około 50 minut, do suchego patyczka.






Pani Edeltrauda to moja sąsiadka i dobra, serdeczna dusza z Bystrej. Poznałyśmy się w ubiegłym roku, kiedy rano czekałam na autobus, żeby dotrzeć do restauracji. Martwiłam się, bo dzień wcześniej niespodziewanie odszedł szef kuchni, a ponieważ był to czas firmowych Wigilii, zostałam sama z gotowaniem. Tego dnia miałam ugotować, bagatelka, 50 litrów barszczu. Pani Edeltrauda spojrzała na mnie i pyta "Dziecko, a czemu Ty masz taką strapioną minę...?". No i musiałam się przyznać, że mój drugi barszcz w życiu może być niezłą wsypką przed szerooooką publicznością :) A wtedy się okazało, że moja nowa znajoma gotowała na weselach, więc ma w tej materii doświadczenie ogromne. No i podpowiedziała mocno zestresowanemu dziewczęciu, co najlepiej zrobić. Barszcz wyszedł pyszny :) Od tamtej pory, kiedy tylko jest okazja, umawiamy się na pogawędki :) Ciasto mojej sąsiadki to nie jest typowy piernik, ale jest bardzo smaczne, wilgotne i doskonale się nadaje do przekładania. A do tego bardzo łatwe i szybko można go przygotować, więc to dobra opcja dla zabieganych.






Ekspresowy piernik Pani Edeltraudy   (świąteczna wersja hipopotamowa)

450 g mąki
1 czubata łyżka gorzkiego kakao
1 czubata łyżka kawy rozpuszczalnej
1 czubata łyżka przyprawy mixed spice albo przyprawy piernikowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
500 ml jogurtu naturalnego
1/2 szklanki oleju roślinnego
2 łyżki dowolnego dżemu (dodałam pomarańczowy)
180 g brązowego cukru

drobno pokrojone bakalie (opcjonalnie, u mnie suszone śliwki i orzechy włoskie uprażone na suchej patelni) wymieszane z odrobiną mąki
wybrana konfitura do przełożenia ciasta (u mnie porzeczkowa lub węgierkowa)
czekolada do polania i ozdobienia ciasta

Mąkę mieszamy z resztą sypkich składników (oprócz cukru). W dużej misce miksujemy olej z jogurtem, cukrem i dżemem. Potem przesiewamy do tego mączną mieszankę i miksujemy do połączenia. Dodajemy bakalie (opcjonalnie). Pani Edeltrauda piecze ten piernik na dużej blasze, a potem przekłada masą ajerkoniakową. Ja piekę 2-3 mniejsze ciasta w foremkach keksowych (22-24 cm), posmarowanych masłem i wysypanych bułką tartą. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni i pieczemy około 50 minut. Kiedy ciasto wystygnie, przekładamy je wybraną konfiturą lub masą i dekorujemy wierzch według uznania.







niedziela, 18 grudnia 2016

Keks dla sąsiada i pościel w renifery, czyli już prawie... :)

Prezenty zapakowane :) Zaparzam dzbanek pysznej, świątecznej herbaty, która pachnie niemal tak dobrze jak własnoręcznie przygotowana przyprawa mixed spice. Ścieram skórkę z cytryn i pomarańczy, drobno kroję mięciutkie, słodkie morele. Za oknem zmierzch, a sąsiadka po drugiej stronie ulicy zapala w oknach kolorowe światełka i wiesza białe gwiazdki... Nie mam chyba co liczyć na białe święta w Edynburgu, ale i tak ogarnia mnie magia Bożego Narodzenia :) Mam nawet nową pościel w stylu "gwiazdki i renifery" i naturalnie trzy nowe sznury lampek, a co tam :) Trzeba się pod każdym względem przygotować, wiadomo :)






W tle żelazna zimowa lista przebojów, a ja mieszam sobie bakalie, ucieram masło z cukrem i prażę migdałowe płatki. Do keksów, które dziś piekę dla moich sąsiadów z Leith dodam też mnóstwo dobrego świątecznego nastroju, dosypię sporo radości i dużo moich serdecznych życzeń.




Mam nadzieję, że będą im smakowały :)




Łatwy świąteczny keks  (przepis Liski po mojemu)

3 duże jajka (żółtka i białka osobno)
100 g cukru
150 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
125 g miękkiego masła
1 łyżka jogurtu naturalnego
200 g bakalii wymieszanych z 1 płaską łyżką mąki
1 łyżeczka skórki otartej z cytryny
1 łyżeczka skórki otartej z pomarańczy
2 garści uprażonych płatków migdałowych (opcjonalnie)
2-3 łyżki dżemu morelowego/brzoskwiniowego/pomarańczowego, delikatnie podgrzanego (opcjonalnie)

Białka ubijamy na sztywną pianę. Mąkę z proszkiem do pieczenia przesiewamy przez sito (nawet dwa razy). Masło miksujemy z cukrem i skórką z cytryny i pomarańczy na krem, potem dodajemy do niego łyżkę jogurtu i cały czas miksując dokładamy po jednym żółtku.  Do kremu dodajemy bakalie, a potem stopniowo dosypujemy mąkę, cały czas mieszając (już nie miksujemy). Na koniec dokładamy pianę z białek i mieszamy całość delikatnie, ale dokładnie. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Niedużą (22-24 cm) keksówkę smarujemy masłem, wysypujemy bułką tartą i przekładamy do niej masę (jest bardzo gęsta), a potem wyrównujemy wierzch. Pieczemy około 40 - 50 minut, do suchego patyczka. Kiedy wyjęty z foremki keks ostygnie, smarujemy go dżemem i posypujemy płatkami migdałowymi. Można po prostu posypać go cukrem pudrem, ale moim zdaniem, jako że to wersja świąteczna, odrobina rozpusty jest wysoce wskazana :) Uwielbiam to ciasto!






poniedziałek, 5 grudnia 2016

A jak smakuje twoje "kocham" ?

Obudziłam się zmęczona. Wiadomo, feel good Monday ;) Wyjęłam z szuflady parę skarpetek i zaraz się okazało, że dwie lewe... Nastąpił więc powrót w stronę komody, żeby odszukać skarpetkę prawą, którą i tak w półśnie założyłam potem na lewą stopę :) Pomarudziłam trochę pod nosem, ale potem dobra kawa wespół z widokiem z okna znacząco poprawiły mi nastrój. Kilka stopni na minusie, na niebie błękit, a na posrebrzonej trawie kładły się ładnie długie cienie drzew pobliskiego parku. Oczywiście należało wyjść i podziwiać te poranne cuda. Cudnie (jakkolwiek chłodno) było jednak tylko do zrobienia czwartego zdjęcia, po którym baterie w moim aparacie odmówiły dalszej współpracy. C'est la vie... A ja w sumie zupełnie nie o tym chciałam... ;)
Ostatni wieczór upłynął mi na "great Scottish bake off" i na pisaniu świątecznych życzeń. Co prawda dobrze mi było z jesienią w tle i jakoś się broniłam przed "Jingle Bells" co to się rozdzwoniły już po Wszystkich Świętych, ale teraz już chyba pora na gwiazdkowy nastrój :)




Pisanie życzeń było baaaaardzo przyjemne. W sumie wstyd, ale już nie pamiętam dokładnie, kiedy ostatni raz wysyłałam kartki na święta. Może ze dwie, trzy, zwykle pisane w pośpiechu. Tym razem miałam cały wieczór, dwa ulubione pióra (Magdo i Grzegorzu - buziaki, bo to dzięki Wam...) i oczywiście stosik kartek, które kupiłam kilka dni temu. Pisanie piórem to rozkosz :) Równa niemalże delektowaniu się moją ukochaną gorzką czekoladą... Mam swoje atramenty - turkusowy i czarny i zawsze się cieszę. kiedy w spokoju, z kubkiem dobrej herbaty mogę usiąść przed białą kartką i pomyśleć dokładnie co i komu chciałabym z okazji Bożego Narodzenia powiedzieć. Kartki pofrunęły dziś w świat i mam nadzieję, że adresaci się ucieszą :)




A zanim zaczęłam pisać, zamoczyłam w rumie nieco bakalii ;) Już pewnie wiecie, że bardzo lubię i dostawać i dawać własnoręcznie przygotowane prezenty, a wysyłanie słodkości na Gwiazdkę stało się już właściwie moim zwyczajem.
Zastanawialiście się kiedyś, jaki smak ma Wasze "kocham"? Takie pytanie snuło się za mną od kilku dobrych dni, choć właściwie w moim przypadku odpowiedź jest prosta. U mnie "kocham" to jabłka z cynamonem i naturalnie głęboki smak dobrej gorzkiej czekolady. To tak uniwersalnie. A sezonowo...? W okresie świątecznym moje "kocham", "tęsknie", "życzę Ci pięknych świąt" będą smakowały jak trzytygodniowe gwiazdkowe keksiki, które upiekłam w ostatnią noc. Wysłałam je już do tych, którzy planowali Boże Narodzenie z rodziną, a w ostatniej chwili okazało się, że nie ma takiej mozliwości... Małe słodkości lecą również do Indii, a poza tym obdaruję nimi moich znajomych, sąsiadów i przyjaciół.




Mam jeszcze w przedświątecznym planie dwa ciasta, trufle i śliwki w czekoladzie. Wiadomo, czekoladowej rozkoszy nigdy dość :) Tymczasem keksiki były pomysłem "last minute" i powstały z przepisu na ciasto dla cierpliwych , który nieco tylko zmodyfikowałam. Dodałam bakalii i czekolady, dolałam rumu :) Poza tym, zamiast w tradycyjnej foremce z kominkiem, upiekłam keksiki w fomie do muffinów, ale w wersji "jumbo" czyli raz większej niż zwykła foremka. W sumie wyszło mi ich 18.


Trzytygodniowe gwiazdkowe keksiki

2 szklanki brązowego cukru
2 szklanki gorącej wody
2 łyżki masła
1 i 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki cynamonu
2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
450 g bakalii (rodzynki, żurawina, morele, skórka pomarańczowa)
150 g gorzkiej czekolady, posiekanej na kawałki
2 łyżeczki sody
3 szklanki mąki
rum

Bakalie zalewamy rumem i odstawiamy na dwie godziny. Potem w garnku mieszamy gorącą wodę z cukrem, masłem solą, przyprawami i bakaliami (nie odsączamy ich!). Zagotowujemy całość, po czym od razu zmniejszamy płomień i na małym ogniu gotujemy jeszcze pięć minut. W tym czasie dodajemy do garnka jeszcze sodę wymieszaną z łyżką gorącej wody, ale już nie mieszamy całości. Po pięciu minutach zdejmujemy garnek z palnika i czekamy, aż nasza mikstura osiągnie temperaturę pokojową, żeby dodać mąkę i dobrze wymieszać. Na koniec dodajemy jeszcze rum (ilość wedle Waszego uznania, ja dodałam sporo) i czekoladę. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Foremki smarujemy masłem i wysypujemy bułką. Pieczemy do suchego patyczka - moje keksiki były gotowe po 30 minutach. Po upieczeniu wyjmujemy je z foremek, a kiedy całkiem ostygną, owijamy każdy papierem do pieczenia, a potem folią aluminiową. Później ukrywamy nasze małe pyszności w chłodzie i czekamy do Wigilii :)


piątek, 25 listopada 2016

O nocnym siedzeniu w garach i popołudniowych spacerach :)

Jesienna opowieść ma swoją zwyczajową kolejność... Feeria kolorów i ciepłe, słoneczne popołudnia powoli ustępują miejsca szarym godzinom...






Były więc spacery po parku, skoki przez kałuże i szukanie najpiękniejszych liści :)




Były momenty nostalgiczne...






I podziwianie wspaniałego księżyca...




Była też, pierwsza od dawna, nocna sesja kuchenna :) W towarzystwie ostatniej płyty nieodżałowanego Leonarda Cohena, a potem jeszcze mojego ulubionego albumu Magdy Umer. Pachniały grillowane warzywa i nasiona kolendry i kuminu prażone na patelni... Kroiłam cebulę, siekałam miętę i kolendrę, wąchałam aromatyczną masalę i... znowu wszystko było tak, jak być powinno. Wiecie, taka mała kitchen therapy ;) A potem... cóż. Zmywanie ;)




Bakłażan grillowany z papryką i kuminem

2 bakłażany, pokrojone w sporą kostkę
2 czerwone papryki, pokrojone na kawałki
1 puszka ciecierzycy, odsączonej i opłukanej ze skórek (trzeba ją zalać wodą w płaskim naczyniu i obrać skórki)
1 główka czosnku, nieobrane, ale pooddzielane ząbki
2 łyżeczki nasion kuminu
1-2 łyżki harissy (pikantnej marokańskiej pasty na bazie chilli i czosnku - dawkowanie zależne od Waszych upodobań)
4 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżki octu balsamicznego
garść posiekanej świeżej kolendry

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni (górna grzałka lub grill). Na blasze wyłożonej folią aluminiową układamy kawałki bakłażany i papryki i nieobrane ząbki czosnku. W miseczce mieszamy oliwę mieszamy z nasionami kuminu, harissą i octem balsamicznym. Całością skrapiamy warzywa na blasze. Pieczemy, aż będą miękkie, mieszając co kilka minut, żeby dobrze się pokryły oliwą. Pod koniec pieczenia dodajemy jeszcze na blachę ciecierzycę, znów mieszamy i po około pięciu minutach wyciągamy z piekarnika. Przekładamy całość do miski, polewamy oliwą, solimy do smaku i posypujemy posiekaną kolendrą. Dobre na ciepło, dobre w temperaturze pokojowej. To przepis na 4-6 porcji. Nie ma jak rozpływający się w ustach bakłażan i słodkawy, kremowy upieczony czosnek... Osobiście przepadam!








Sałatka z pieczoną papryką, ciecierzycą i kozim serem  (przepis z książki Claudii Roden "Arabesque")

4 duże czerwone papryki, upieczone i obrane ze skórki 
300 g koziego twarożku
1 puszka cieciorki, odsączonej i opłukanej
4 łyżki oliwy z oliwek (3 łyżki do ciecierzycy, 1 do sera)
3 zmiażdżone ząbki czosnku (2 do ciecierzycy, 1 do sera)
1 łyżka suszonego oregano
sok z połowy cytryny
sól i pieprz

Papryki możemy upiec wcześniej. Obrane ze skórki i ostudzone kroimy w paski, a potem delikatnie łączymy z ciecierzycą i dodajemy oliwę, sok z cytryny, czosnek, 1/3 łyżki oregano oraz sól i pieprz do smaku. Odstawiamy na chwilę "do przegryzienia". Kozi ser mieszamy z oliwą, czosnkiem i resztą oregano. Sałatkę aranżujemy na talerzach wedle fantazji :) Z tego przepisu przyrządzimy cztery porcje. Siła prostoty, a efekt jest :)





Curry z dynią i ciecierzycą  (wg przepisu Jamiego Olivera)

1 nieduża dynia (ok. 1,3 kg), obrana ze skórki i pokrojona w średnią kostkę
2 czerwone cebule, posiekane
6 ząbków czosnku, pokrojonych w plasterki
pęczek świeżej kolendry, posiekany (osobno natka i łodyżki)
2 puszki cieciorki, opłukanej i obranej ze skórki
1 puszka posiekanych pomidorów
2 puszki mleka kokosowego
4 cm kawałek imbiru, starty
1-2 papryczki chilli, pokrojone w paseczki
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka nasion gorczycy
2 łyżeczki garam masala
olej
sól

W garnku rozgrzewamy trochę oleju. Dodajemy cebulę, czosnek i chilli i podsmażamy, aż cebula będzie miękka i szklista. Potem dokładamy gorczycę, masalę i posiekane kolendrowe łodyżki i podsmażamy około 3 minut. Następnie dodajemy kurkumę, pomidory i mleko kokosowe. Zagotowujemy całość, a potem dodajemy pokrojoną dynię i ciecierzycę i na małym ogniu pod przykryciem gotujemy około 45 minut, a potem jeszcze jakieś 10 minut bez pokrywki, żeby sos zgęstniał. Solimy do smaku. Podajemy z ryżem, posypane posiekaną kolendrą. Pyszne! Kremowe i sycące, prawdziwy comfort food. Jeszcze lepsze następnego dnia, więc warto ugotować wcześniej. Porcja dla 6 osób.







Dukkah czyli egipska mieszanka orzechowo-przyprawowa  (wersja Hugh Fearnley-Whittingstalla z River Cottage)

garść orzechów laskowych, uprażonych na suchej patelni, a potem obranych ze skórek
1/2 łyżki nasion kuminu
1 łyżka nasion kolendry
2 łyżki sezamu
1/2 łyżeczki pokruszonych płatków chilli
1/2 łyżeczki soli morskiej
mała garść (ok. 10 listków) świeżej mięty, drobno posiekanej

Orzechy siekamy drobno. Na suchej patelni prażymy nasiona kuminu i kolendry, na małym ogniu, około minuty, aż zaczną pachnieć. Potem prażymy sezam, aż będzie jasnozłoty. Ziarna kolendry i kuminu rozgniatamy brzegiem dłoni, albo w moździerzu. Wszystkie składniki mieszamy i przekładamy do szczelnie zamknętego pojemnika. Im szybciej zużyjemy, tym lepiej. W Egipcie maczałam dobry chleb w oliwie, a potem w dukkah. Teraz bardzo lubię posypywać tą mieszanką serek wiejski albo jajka na twardo. 





Po nocy spędzonej w kuchni i zasłużonej porannej drzemce, przy pysznej pogodzie wybrałam się oglądać końcówkę jesiennej opowieści. To piękny czas, kiedy jesień idzie już pod rękę z zimą. Przejrzyste powietrze, oszronione wzgórza i ścieżki i fantastyczne, łagodne światło popołudnia :)








Trzeba się spieszyć, łapać ostatnie łaskawe promienie słońca i  wędrując oglądać zmieniające się niebo...






Nie pamiętam, gdzie przeczytałam, że późna jesień to pora, której niezwykłe piękno ma nam pokazać, że pewne rzeczy warto odpuścić, że one po prostu muszą minąć, nawet, jeśli to dla nas trudne. Bo natura zatoczy krąg. Ogołoci, zmrozi, wychłoszcze zimnym wiatrem, ale potem znów będzie pięknie. Zawsze.






I odpuszczam. Oddycham. Zimne powietrze orzeźwia i daje siłę. Pod moimi stopami chrupią liście. Cudowna pora dnia :) 








wtorek, 15 listopada 2016

Dawno temu w Maroku... ;)

Facebook... Wszechobecne "social media", a w rezultacie ludzie, którzy w kafejkach zamiast rozmawiać ze sobą, siedzą ze wzrokiem wlepionym w ekraniki. Albo przyklejeni do telefonów. Swoją drogą, pewna sympatyczna pani, która często bywa we Włoszech opowiadała mi, że Włosi mają nową grę - w restauracji wszyscy odkładają telefony do koszyka, który potem stoi na stole. Właściciel telefonu, który zadzwoni jako pierwszy, płaci za wszystkich biesiadników :)  Dobre!
Wracając do "fejsa", jest on niewątpliwie w jakimś stopniu targowiskiem próżności i pożeraczem czasu, potrafi również rujnować relacje międzyludzkie, ale ja tam go lubię... Po pierwsze dlatego, że jest mnóstwo ludzi, z którymi bardzo chętnie często umawiałabym się na kawę, ale niestety, jesteśmy bardzo daleko od siebie. Dzięki Facebookowi możemy jednak regularnie rozmawiać i podziwiać miejsca, do których docieramy, dzieciaki, które nam się rodzą i dzielić się różnymi innymi rzeczami, które z jakichś powodów są dla nas istotne. Poza tym, jak wiadomo, wszyscy ludzie wszystko wiedzą. Łatwo jest na Facebooku znaleźć grupy zrzeszające ludzi, którzy mają podobne zainteresowania, można "rzucić hasło w przestrzeń", kiedy potrzebujemy czegoś się dowiedzieć i nieważne, czy to na temat psiej karmy czy dobrego fryzjera w mieście, ktoś zawsze podpowie, poradzi. Owszem, nie brakuje w tej przestrzeni hejtu i trollingu, ale dla mnie Facebook ma wciąż więcej zalet niż wad. Mogę się dzielić moją blogową twórczością i zdjęciami, ale przede wszystkim, poznałam sympatycznych, wartościowych ludzi (kocham Was, grupo Owczarek Niemiecki !!!), a niektórzy z nich stali się moimi dobrymi znajomymi, a nawet przyjaciółmi w tzw. realu i wiem, że mogę na nich liczyć...






Dzisiejszy poranek był wietrzny i mglisty, a tymczasem Facebook przypomniał mi, że sześć lat temu, o tej porze, byłam w moim ukochanym Maroku, z wizytą u mojej przyjaciółki Naimy. Miałam kilka wolnych dni, wynajęłam samochód i pojechałam z Agadiru do Ouarzazate. Miałam (no bo jak inaczej?) różne ciekawe przygody ;) Podróżowałam sama, więc postanowiłam, że będę zabierać autostopowiczów. Nietrudno odgadnąć, że przez większość drogi towarzyszyli mi panowie, bo w muzułmańskim kraju porządne dziewczyny nie będą przecież stały samotnie na poboczu...
Mój pierwszy pasażer miał mnóstwo tobołków, bo wracał do domu z targowymi sprawunkami... Zbliżało się właśnie święto Aid Al Adha, więc trzeba było przygotować różne potrawy dla gości, na których czekała jego rodzina. Kiedy dotarliśmy do jego wioski Driss, bo tak miał ten pan na imię, zaprosił mnie do swojego domu na obiad. Śpieszyłam się i musiałam odmówić, choć znam marokańską gościnność i żałowałam, że nie mogę zjeść z jego rodziną. Dostałam więc na do widzenia kartkę z adresem i numerem telefonu i musiałam obiecać, że kiedyś jeszcze się pojawię, insh'allah, czyli, jak Bóg da...
Mój kolejny towarzysz był starszym, uroczym panem w tradycyjnej djellabie. Wracał z meczetu. Przez całą drogę niewiele się odzywał, w pewnym momencie tylko zapytał, czy nie mogę go wysadzić wcześniej, na co ja sie obruszyłam i powiedziałam, że skoro obiecałam, że go dowiozę do wioski, to zamierzam dotrzymać słowa... Po chwili, patrząc na niego, zorientowałam się, czemu był taki cichutki ;) On po prostu... był przerażony moim stylem jazdy i modlił się, niewątpliwie o ocalenie :) :) :)
Już zbliżałam się do celu mojej podróży, kiedy na horyzoncie pojawił się ostatni autostopowicz... Wyglądał, jakby był w drodze od kilku dobrych dni, ale niczego ze sobą nie miał... Kiedy tylko wsiadł, zaczęliśmy rozmawiać. Skarżył się, że wraca z północy, gdzie odbierał jakieś pieniądze z fabryki, w której kiedyś pracował. Niestety, w drodze powrotnej usnął w Marakeszu (wszyscy wiedzą, jakie to podłe miasto pełne oszustów i złodziei :).....) i został okradziony, więc wraca do domu z ciężkim sercem, bo stracił wszystkie pieniądze, a tu święto, trzeba barana nabyć i ukatrupić i mnóstwo innych rzeczy obstalować, wiadomo... A w domu czwórka dzieci czeka na tatę... Żal mi się zrobiło biedaka, jego wioska nie była mi do końca po drodze, więc zatrzymałam się w miejscu, z którego mógł pojechać autobusem, kupiłam mu bilet, jakieś jedzenie i zostawiłam jeszcze trochę drobnych. Nieszczęsny, wyraźnie wzruszony, zapewniał mnie, że będzie się za mnie modlił po wieczne czasy ;)




Potem był już Ouarzazate i spotkanie z Naimą, posiłek z jej rodziną, herbatka miętowa i cudowna marokańska gościnność. Były naturalnie daktyle, specjalne, z rodzinnej oazy, których pudełko dostałam, kiedy opuszczałam ich życzliwy dom (w Agadirze się okazało, że były to daktyle wyjątkowe, o które trudno i do tego sporo kosztują...). Moja marokańska siostra pokazała mi mnóstwo fantastycznych miejsc, przegadałyśmy mnóstwo czasu, spacerowałyśmy, robiłyśmy zdjęcia. A w drodze z Tinghir do Ouarzazate najpierw zobaczyłyśmy Jego Wysokość Mohameda VI, który sam (jak zwykle) prowadził swojego jeepa, a potem, pod wieczór, nie mając o tym pojęcia, podziwiałyśmy superksiężyc, tak ogromny, jak ten wczorajszy. Z wrażenia zatrzymałyśmy samochód, bo oto księżyc wyłaniał się przed nami zza horyzontu jak ogromna planeta na wyciągnięcie ręki. Był to niesamowity obraz, jak z filmów fantasy!




Korzystając z okazji chciałam jeszcze odwiedzić studio filmowe, w którym m.in. powstał jeden z moich ulubionych filmów "Królestwo Niebieskie". Niesamowite przeżycie, tak się nagle znaleźć w obrazie znanym z filmu. Tu znajoma studnia, tam samotna palma, tędy jechali templariusze, tutaj odbywał się pojedynek... No i zamek Reginalda z Chatillon !!! Byłam w siódmym niebie :) Nie wiem, ile razy oglądałam "Królestwo Niebieskie", ale dialogi znam na pamięć  ;)






A kiedy byłam w drodze do studia, ledwo wyjechałam z miasta, patrzę... Stoi jakiś człowiek na poboczu i czeka na podwózkę. Myślę sobie, a co mi szkodzi, zabiorę go. Zbliżam się, zwalniam i już widzę, że jakaś twarz znajoma... Po czym ten człowiek widzi mnie i, skubany, ucieka czym prędzej. Albowiem, jak już się zapewne domyślacie, był to owy "nieszczęsny", który miał się za mnie modlić do końca swoich dni...:)  Ciekawe, komu jeszcze sprzedał swoją przejmującą historię ;)






Wszystkie te wspomnienia bardzo mi dzisiaj poprawiły nastrój. I zatęskniłam za moim ukochanym marokańskim jedzeniem! Za słońcem i życiem dobrze przyprawionym... Dlatego, zaraz po obejrzeniu zdjęć z Ouarzazate, poszłam po kolendrę. I rybkę. Zapraszam Was na pyszą zupę rybną, doprawioną jak trzeba :)




Marokańska zupa rybna z pomidorami i kolendrą

300 g filetu z białej ryby (użyłam dorsza), pokrojonego na kawałki (3 cm)
150 g ugotowanych małży (oczywiście, samego mięsa. Zamiast małży można po prostu dodać więcej ryby)
1 puszka pomidorów
3 szklanki bulionu rybnego
1 szklanka wody
2 łyżki oliwy
1 czerwona cebula, posiekana
2 papryki
3 ząbki czosnku, drobno posiekane i lekko zmiażdżone nożem
1 łyżeczka mielonego kuminu
1 łyżka pasty pomidorowej
1 łyżeczka nasion kolendry, uprażonych na suchej patelni (przez około 2 minuty na wolnym ogniu) i rozgniecionych
2-3 malutkie suszone papryczki chilli (opcjonalnie, ale warto!)
sól i świeżo zmielony pieprz
duża garść posiekanej świeżej kolendry

Papryki przekrawamy na pół i usuwamy nasiona. Układamy je na blasze i wkładamy do piekarnika z opcją górnej grzałki lub grilla. Kiedy mają już czarną skórkę, wyjmujemy je i wkładamy na parę minut do garnka z pokrywką lub plastikowej torebki (chodzi o to, żeby łatwiej było obrać je ze skórki). Obrane kroimy na cienkie paski. W garnku rozgrzewamy oliwę i szklimy cebulę, aż będzie miękka. W małej miseczce mieszamy kumin, kolendrę, czosnek, pastę pomidorową i pokruszone chilli. Dodajemy odrobinę wody, mieszamy i dodajemy do cebuli. Po chwili dodajemy pomidory z puszki (lekko je wcześniej rozgniatam), wodę i bulion rybny. Doprowadzamy do wrzenia, a potem zmniejszamy płomień i wkładamy do garnka kawałki ryby. Gotujemy parę minut na najmniejszym ogniu, tak aby ryba sie ugotowała, ale nie zaczęła rozpadać. Kiedy ryba jest ugotowana, wyjmujemy kawałki łyżką cedzakową i zestawiamy garnek z ognia. Po paru minutach, kiedy zupa odrobine wystygnie, dokładamy do niej paprykę i małże i doprawiamy solą i pieprzem. Dodajemy połowę posiekanej kolendry i rybę. Podajemy zupę posypaną kolendrą. To sześć niedużych porcji, albo cztery dla łakomczuchów :) Jeśli ktoś z Was wyjątkowo nie znosi świeżej kolendry, zastąpcie ją poczciwą pietruszką ;)