-->

cover

niedziela, 20 marca 2016

A to feler... :)

Kiedyś już tutaj napisałam, że każdego ranka, bez względu na to, na jakiej wysokości znajduje się kreska w termometrze, otwieram na oścież drzwi balkonowe i w piżamie mówię światu dzień dobry. Dziś też tak było... Wstałam zadowolona, odsłaniam świeżutko wypucowane szyby i co widzę...? Szyba przedzielona jakby na pół "mazem" w stylu indiańskiego malunku wrrrrrrrr.... Jednym słowem, jakieś cholerne ptaszydło postanowiło mi udowodnić, że mojemu myciu okien daleko do ideału i nie awansuję szybko na perfekcyjną panią domu ;) Tym sposobem, zamiast uśmiechać się do świata, trzeba było poszukać ścierki i z pokorą zmywać ślady ptasiej obelgi... Tak, ptaki mają do mnie niezwykle humorystyczne podejście. Przypomniało mi się, jak kiedyś w Agadirze, w porcie, przelatująca nade mną mewa (niewątpliwie w ramach akcji "podziel się posiłkiem"...) upuściła olbrzymią rybią głowę :) Efekt jak z filmu grozy. W każdym razie byłam jej wtedy wdzięczna, że oprócz rybiego łba nie dostały mi się jeszcze inne bonusy :)




Tymczasem pani Wiosna, mimo, że przecież to już dziś, jakoś się ociąga... Owszem, przemyka się tu i ówdzie, rozrzuca kolorowe krokusy, ale wciąż mi brakuje jej promiennego słonecznego uśmiechu. Tego, od którego mruży się oczy, który ogrzewa serducho po zimowych chłodach i pozwala nowym planom kiełkować w najlepsze :) Już wkróce bedziemy się cieszyć zieleniną i radosnym, lekkim jedzeniem, ale teraz wciąż jeszcze mam ochotę na miłe, kojące i rozgrzewające comfort food. Wymyśliłam sobie zupę krem, ale nie do końca wiedziałam, z czego ją zrobić.
Inspiracja pojawiła się w czasie przechadzki po bielskim targu. Rozmawiałam ze sprzedawcami, którzy mówili, że bardzo im brakuje dawnej atmosfery tego miejsca. Tak zwany rynek, na którym można było zawsze kupić przysłowiowe mydło i powidło, odwiedzany regularnie przez wielu bielszczan, faktycznie opustoszał dziś i trochę posmutniał. Ożywia się podczas giełdy staroci i naturalnie przed świętami, ale dawni klienci chętniej odwiedzają teraz nowoczesne centra handlowe.
Na jednym ze straganów zobaczyłam skrzyneczkę z selerem. Muszę przyznać, że zwykle traktuję to niepozorne warzywo po macoszemu i najbardziej lubię w sałatkowym wydaniu moich Dziadków. Teraz jednak pomyślałam, że na moją zupę krem będzie jak znalazł :)




Zupa z selera i jabłek

1 kg selera (waga po obraniu i pokrojeniu na nieduże kawałki)
1/2 kg jabłek (waga po obraniu i pokrojeniu na kawałki)
1 duża cebula, pokrojona w kostkę
1 łyżeczka lubczyku
1 łyżka masła
3 łyżki oliwy z oliwek
1 l wody
mleko
czosnek granulowany
curry
sól i pieprz
duża garść orzechów włoskich, uprażonych na suchej patelni i grubo posiekanych

W większym garnku rozgrzewamy oliwę z masłem. Szklimy cebulę z dodatkiem lubczyku. Potem dodajemy seler i jabłka, zalewamy wodą i pod przykryciem gotujemy, aż seler będzie miękki. Następnie blendujemy całość na gładki krem i dolewamy mleko (jego ilość zależy od konsystencji, jaką chcemy uzykać). Doprawiamy zupę do smaku czosnkiem, curry, solą i pieprzem. Przed podaniem posypujemy uprażonymi orzechami. Z tego przepisu przygotujemy około 8 porcji zupy.
W moim wydaniu selerowo-jabłkowy krem jest bardzo łagodny, smak selera zdecydowanie dominuje i na tym mi zależało. Można jednak eksperymentować z przyprawami, a wodę i mleko zastąpić drobiowym lub warzywnym bulionem. Bardzo lubię jabłkowe nuty w wytrawnych daniach, ale zamiast jabłek można dodać pokrojone w kostkę ziemniaki i białe części pora.






sobota, 12 marca 2016

Oda do życia. Chleb. I bakłażan.

Oda do życia

Powoli umiera ten, kto staje się niewolnikiem przyzwyczajenia,

powtarzając każdego dnia te same drogi,
kto nigdy nie zmienia punktów odniesienia,
kto nigdy nie zmienia koloru swojego ubioru,
kto nigdy nie rozmawia z nieznajomymi.

Powoli umiera ten, kto unika w swoim życiu pasji,
kto zawsze przedkłada czarne nad białe i poszczególne chwile nad całą paletę emocji, 
które powodują, że błyszczą oczy, że na twarzy pojawia się uśmiech,
że serce bije mocniej w konfrontacji z błędami i uczuciami.

Powoli umiera ten, kto nie wywraca stołu,
kto jest nieszczęśliwy z pracy,
kto nie ryzykuje pewności dla niepewności realizacji marzeń,
kto nigdy, choćby raz w życiu, nie odłożył na bok racjonalności.

Powoli umiera ten, kto nie podróżuje,
kto nie czyta, kto nie słucha muzyki,
kto nie znajduje dobra w sobie.

Powoli umiera ten, kto niszczy swą miłość własną,
kto znikąd nie chce przyjąć pomocy,
kto idzie przez życie narzekając na własne nieszczęście i na deszcz, który pada.

Powoli umiera ten, kto rezygnuje z projektu przed rozpoczęciem go,
kto nie pyta o to, czego nie rozumie,i nie odpowiada, kiedy zna odpowiedź.
Unikamy śmierci w małych dawkach, pamiętając zawsze, że bycie żywym domaga się długiego wysiłku
począwszy od prostej czynności oddychania.


Tylko płomienna cierpliwość poprowadzi cię do zdobycia wielkiego i wspaniałego szczęścia.

Pablo Neruda







Bakłażanowe pikle z południowych Indii  (przepis stąd)

1/2 szklanki oliwy
10 ząbków czosnku, bardzo drobno posiekanych
1/2 łyżki nasion kozieradki
1/2 łyżki ziaren kuminu
1 czerwona suszona chilli, pokruszona
1/2 łyżeczki nasion gorczycy
1 łyżeczka curry
5 cm kawałek imbiru, obrany i drobno pokrojony
1 i 1/2 łyżki kurkumy
2 zielone chilli, wypestkowane i pokrojone w cienkie paseczki
3 średnie bakłażany, pokrojone w małą kostkę
1 szklanka octu
1/3 szklanki wody
1 łyżka soli

W garnku z grubym dnem rozgrzewamy oliwę. Dodajemy kozieradkę i kumin, a po chwili czosnek. Trzeba uważać, żeby nie zbrązowiał i nie stał się gorzki! Podgrzewamy wszystko chwilę. Kolejno dokładamy gorczycę, pokruszoną czerwoną chilli i curry. Mieszankę przypraw smażymy na niedużym ogniu około 2 minut. Potem wlewamy do garnka ocet i wodę, wsypujemy sól, mieszamy i dorzucamy bakłażana, imbir, kurkumę i zielone chilli. Całość gotujemy na średnim ogniu, mieszając, 20 - 30 minut. Po ostygnięciu przekładamy bakłażany do słoików (zwykle wychodzą mi 3 x 300 ml) i trzymamy w lodówce. Kiedy próbujemy pikli zaraz po przygotowaniu, można się wystraszyć, że za bardzo "octowe". Jednak sprawdziłam razy kilka, ilość octu jest słuszna, a bakłażany najlepiej smakują, jak odczekają w słoiku tydzień. W mojej dzisiejszej wersji jest tylko łyżeczka kurkumy (akurat się kończyła...) i dlatego bakłażany nie są żółciutkie, jak zwykle. Kiedy pierwszy raz ich próbowałam, zastanawiałam się, co mi ten smak przypomina... Zajęło mi to chwilę, ale już wiem! Marynowane grzybki! Tyle, że z nutką curry :)




Irlandzki chleb na sodzie  (przepis tu i tu, zajrzyjcie również tutaj)

490 g mąki
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka soli
1 i 1/2 - 2 szklanki maślanki

Piekarnik nagrzewamy do 220 stopni. Blachę wykładamy papierem do pieczenia i posypujemy mąką. Mąkę, sodę i sól mieszamy w misce, a potem dodajemy maślankę, tyle, żeby powstały wilgotne grudki. Staramy się jak najszybciej delikatnie je połączyć. Potem na blacie oprószonym mąką bardzo delikatnie wyrabiamy, a raczej formujemy (chodzi o to, aby nie odgazować ciasta, wszystko ma trwać około minuty) kulę. Kolejno formujemy płaski okrągły placek (średnica około 15 cm) i przekładamy go ostrożnie na blachę. Oprószonym mąką ostrzem noża robimy w chlebie nacięcie na krzyż i wkładamy do piekarnika. Pieczemy około 35 minut, aż chleb będzie złoty, a kiedy postukamy w jego spód, usłyszymy, jakby był pusty w środku. Jeśli wierzch upieczonego chleba wyda się nam zbyt twardy, możemy przykryć bochenek wilgotną ściereczką. Całkowicie go studzimy przed pokrojeniem. Najlepiej zaprosić kogoś na śniadanko i zjeść chleb w dniu upieczenia. Następnego dnia też jest dobry, ale skórka zdecydowanie twardnieje. Mój chleb nie mógłby nazywać się irlandzkim, bo zawierał więcej niż cztery przepisowe składniki - sypnęłam do ciasta 2 łyżeczki ziaren kuminu. Byłam bardzo zadowolona z efektu, więc jeśli macie ulubione przyprawy czy zioła, namawiam do eksperymentów!





środa, 2 marca 2016

Dzień każdy zrywaj jak owoc...

Właśnie wróciłam z Jaworzyny. Podobno wszystko, co dobre, szybko się kończy.. Dopowiadam sobie, że to z powodu mnóstwa fantastycznych rzeczy, które wciąż przed nami, żeby na wszystko wystarczyło nam czasu :) Dni, które spędziłam w kuchni na szczycie Jaworzyny Krynickiej, płynęły swoim specyficznym rytmem, rano był czas na śniadanie i kawę z widokiem (kilka razy mało nie wypadłam z okna zauroczona tym, co na horyzoncie!), a w "godzinach szczytu" czyli w porze wizyty zgłodniałych miłośników sportów zimowych, w kuchni naprawdę się działo. Od pierogów do oscypka, od kwaśnicy do placków po zbójnicku. Świetne miejsce, sympatyczni ludzi i dobra energia plus poczucie humoru w góralskiej wersji :) /Pani Zosiu, na pewno będę z zaangażowaniem szorować podłogi, coby "ćwiczyć warunki"... A potem zrobię moskole, hej! :) /




W ostatnim czasie przytrafiło mi wiele momentów, kiedy pomyślałam "chwilo trwaj!"... Były niesamowite, bajkowe górskie krajobrazy, były małe kolorowe ludziki pędzące jak szalone w dół po skrzącym śniegu, była księżycowa pełnia odcinająca się matowym złotem na tle granatowego nieba. Było mnóstwo fotograficznych zachwytów, był sernik, jak ten mojej Babci, konkretny, z rodzynkami, pachnący cytryną i pomarańczą. Były poranne mgły i polukrowane mrozem choinki, psy dokazujące na śniegu. Były wieczorne pogawędki i mnóstwo śmiechu. Były rozmowy o marzeniach. Były pewne brązowe oczy ;) Był też zdecydowanie tępy nóż (wrrrrr) i mój pierwszy angielski krem, choć przy jego ubijaniu na parze myślałam tylko, żeby to się jak najszybciej skończyło ;) Muszę jednak przyznać, że efekt końcowy warty był każdej minuty tego ubijania :)




Informacje o miejscu, w którym spędziłam ten dobry czas, możecie znaleźć tu. Polecam go serdecznie miłośnikom białego szaleństwa i fotografii, a także tym, którzy będą szukali pomysłu na letni weekend. Warto odwiedzić Krynicką Kolibę :) Ja z pewnością jeszcze się tam pojawię! A sympatykom góralszczyzny w wydaniu "fashion z przymrużeniem oka" proponuję odwiedziny tu. Skandal to młoda zakopiańska marka ubrań, ciekawe pomysły i świetne humorystyczne hasła :)




Żal było opuszczać Jaworzynę, ale taka już kolej rzeczy... Jeszcze czuję smak pożegnalnej łąckiej śliwowicy ;) Kiedy opróżniałam plecak, zamknęłam oczy i wtuliłam nos w mojego "kuchennego" t-shirta. Wędzony oscypek, kiszona kapusta i dym z ogniska... z takimi zapachami będzie mi się kojarzyć Koliba. I z atmosferą ciepłego domu. Ku mojemu zaskoczeniu, na koniec z plecaka wypadło... ziarenko kardamonu :) To niewątpliwie znaczy, że moja kuchnia i moje "stado" wciąż czekają na mnie gdzieś w świecie...
A zatem, wykorzystuj każdą chwilę, ciesz się tym, co masz tu i teraz, ale nie ustawaj w poszukiwaniu tego, co naprawdę Twoje... Dzień każdy zrywaj jak owoc... :)


Na Jaworzynie wymyśliłam sobie carpaccio z góralskim akcentem :) Słodkie i delikatne upieczone buraki postanowiłam połączyć z wędzonym oscypkiem, a całość potraktować pietruszkowo - orzechowym pesto. Efekt pysznościowy! Zamiast wędzonego oscypka, można użyć zwykłego, albo wykorzystać owczy ser bundz. W wersji "nizinnej" dopuszczamy mozzarellę :)


Carpaccio z pieczonych buraków i wędzonego oscypka

4-6 niedużych buraków
1 spory wędzony oscypek
garść grubo posiekanych orzechów włoskich (mogą być uprażone na suchej patelni)
1 duży ząbek czosnku, posiekany
2 garści posiekanej natki pietruszki
oliwa z oliwek
sól

Buraki dokładnie szorujemy (nie obieramy ze skórki), suszymy, każdy owijamy folią aluminiową i układamy na blasze. Pieczemy w temperaturze 190 - 200 stopni, aż będą miękkie. Chwilę to potrwa... Moje buraki piekły się dwie godziny. Po ostudzeniu obieramy je ze skórki i kroimy na cienkie plasterki. Podobnie kroimy oscypek. Orzechy, natkę i czosnek blendujemy na pastę (mogą w niej być większe kawałeczki orzechów) i dolewamy powoli oliwę, aby uzyskać pożądaną konsystencję. Solimy do smaku. Na talerzu układamy plasterki oscypka i buraków i skrapiamy pesto. Całość można jeszcze posypać posiekanymi orzechami.





Dlaczego będę tęsknić za Jaworzyną...?