-->

cover

poniedziałek, 27 marca 2017

A po nocy przychodzi dzień...

Wiele się działo w tych pierwszych dniach wiosny. Albo raczej - wiele rzeczy potoczyło się zupełnie nie po mojej myśli.  W pewnym momencie wszystkie te drobinki złączyły się w ogromną kulę i miałam wrażenie, że przygniata mnie planeta Ziemia :( I trudno było oddychać. Była chwila, kiedy kiełkująca za oknem zieleń ustąpiła miejsca czemuś szaremu i przygnębiającemu, co jak misternie tkana sieć pajęcza zaczęło mnie powolutku podstępnie owijać. Na szczęście jednak udało mi się odzyskać dobry nastrój. Pomogło mi słońce i moje małe, ale znaczące przyjemności
Było mnóstwo rozmów, kojących jak domowy rosół, na linii Edynburg - Szczytno, Ontario, Bielsko-Biała i Łódź... Byli moi przyjaciele, którzy wspierali mnie najlepiej, jak potrafili, żebym mogła podnieść się z całej tej sytuacji. Koleżanka na wieść o katastrofie powiedziała: "Szampana otwórz. I dalej, przed siebie!". Najpierw pomyślałam, że zwariowała. Świętować porażkę? A potem przypomniał mi się mój ukochany Aleksy Zorba, kiedy patrzy na to, co dzieje się (niestety, nie po jego myśli) w kopalni i mówi - ach, jaka piękna katastrofa... :) No i otworzyłam prosecco :)
Innego dnia ścierałam parmezan na parujące spaghetti z doskonałym (!) sosem bolońskim. Baaaardzo przyjemne uczucie. A w kąciku oddychało sobie czerwone toskańskie... :) I wróciłam do pisania!




Jakiś czas potem dołek powrócił, więc mówię do kolegi, że chyba pora pójść po torcik/apple paja i skonsumować go radośnie w stylu Brigdet Jones, w łożku i z lodami waniliowymi. Na co słyszę: tak, tak i nie zapomnij założyć tych nowych getrów do biegania, jak już pójdziesz z talerzykiem do łóżka. Fakt, nabyte zostały getry motywacyjne, stylowy grafit, czarne siateczki, sami rozumiecie...:) I mówię do kolegi: a wiesz, Wielkanoc się zbliża, szyneczki na tapecie, a tu jeszcze takie stylowe opakowanie i strecz ;) I oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Rozpogodziło się i poszłam na spacer. Morze krokusów, a do tego jeszcze żonkile i szafirki w pakiecie. Taki uśmiech wiosny :) Obok miejsca, w którym mieszkam, znajduje się jeden ze starszych cmentarzy w mieście. Kiedy ostatnio przechodziłam alejką, zobaczyłam zabawny obrazek. Tłuściutka (i kto to mówi w sumie...) wiewiórka siedziała na wierzchołku nagrobkowej płyty. Omszała płyta była ozdobiona trupią czaszką, i właśnie na wierzchołku tej czaszki siedziała sobie wiewórka i zajadała orzecha, patrząc na mnie zawadiacko. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. To było takie puszczenie oka do wieczności, szczypta humoru w ostatecznych sprawach. Rzeczywistości nie można traktować ze śmiertelną powagą. Czasami trzeba po prostu zasiąść na czaszce i coś schrupać. A po nocy przychodzi dzień...




Sałatka z rzodkiewką i mango z sosem chrzanowym  (z książki "Five-a-Day Fruit and Vegetable Cookbook" K. Whiteman, M. Mayhew)

10-15 rzodkiewek, pokrojonych w cienkie plasterki
1 jabłko, ze skórką, pokrojone w plasterki
2 łodygi selera naciowego, pokrojone w cienkie plasterki
1 nieduże mango, pokrojone w kostkę

Sos:
120 ml śmietany
2 łyżeczki startego chrzanu
1 łyżka posiekanego koperku
sól i pieprz do smaku

Arcyprosta i efektowna sałatka. Do tego pyszna. W sam raz na wiosnę. Wszystkie składniki po prostu mieszamy. A sos doprawiamy wedle uznania. Polecam od razu podwoić produkty, z podanych wychodzi około 3 porcji, albo 4 malutkie, a jak wiadomo malutkie porcje nie należą do ulubionych w przypadku hipopotamów ;)















środa, 8 marca 2017

Dzień Kobiet :)

Wszystkim Kobietom, które mnie wspierają, kochają, inspirują i są przy mnie zawsze, kiedy tego potrzebuję...

Kobietom, które dopiero spotkam...

Kobietom, które każdego dnia mierzą się dzielnie z wyzwaniami codzienności i nie przestają się uśmiechać...

Siostrom, mamom, babciom i ciotkom, diablicom, aniołom stróżom, wiedźmom, dobrym wróżkom, wilczycom, poetkom, bratnim duszom, opiekunkom, przyjaciółkom... 

Dziękuję  Kocham Was.

Życzę Wam wszelkiej dobroci, spokoju, radości, miłości,
siły do realizacji marzeń
i spełnienia pod każdym względem.









:) :) :) 



poniedziałek, 6 marca 2017

A hummusik jest jeszcze?

Czasami muszę po prostu jeść nieustannie TĘ JEDNĄ RZECZ. Wie o tym jak nikt moja Mama, która za każdym razem, kiedy wracałam z Maroka czy Egiptu miała dla mnie stosik schaboszczaków. Tak to jest, kiedy ze wszystkich łakoci najbardziej lubisz boczek ;) I śledzie...! Moje ukochane śledzie musztardowe dzięki życzliwym duszom przyleciały kilka razy do Agadiru i do dziś wspominamy z koleżankami Rosjankami śledziowe wieczory z moskiewską wódeczką ;)
Po "fazie na schabowego" przez tydzień z kolei jadłam na śniadanie kanapki z majonezem kieleckim, szyneczką i kiszonymi ogórkami z maminej spiżarni. Potem był etap grzybków marynowanych, a potem już powrót do normalnego odżywiania...
W Szkocji schabu nie brakuje, a śledzie musztardowe i majonezik kielecki mogę kupić w sklepie za rogiem. Są nawet toruńskie pieniki i trufle Wawela :) Moje obecne kulinarne uzależnienie to hummus, przyrządzany na sto sposobów i marokańska harissa, którą najchętniej dodawałabym do wszystkiego. Ot, takie małe, okresowe wariactwo. 
Jedna z moich ostatnich hummusowych produkcji była naprawdę wyśmienita. A do tego, żeby się nią z Wami podzielić zmotywował mnie pewien kucharz, który został nią poczęstowany. Przydreptał na drugi dzień i pyta: "A hummusik jest jeszcze...?" :) 




Wyjadam hummus łyżeczką. Bardzo lubię go jeść z selerem naciowym, używam łodyżek zamiast łyżeczki. Cudownie smakuje na ciemnym pieczywie pełnoziarnistym, ale również na zwykłej kromce chleba podpieczonej w tosterze. Można też łasuchować z włoskimi paluszkami grissini :)
Bardzo łatwo jest hummus przygotować i dosmaczyć go sobie do nastroju po prostu. Prosta baza daje wiele możliwości. Jeśli mam czas, to jak Pan Bóg przykazał gotuję ciecierzycę. Jeśli z czasem krucho, rozgrzeszam się i pędzę nabyć kilka opakować hummusu w wersji klasycznej, albo z karmelizowaną cebulą. A potem, późnym wieczorem na kuchennym blacie rozpoczyna się szaleństwo...
Przepis na hummus paprykowy już się kiedyś u Hipopotama pojawił.  Dziś właściwie dokładnego przepisu nie ma. Podstawowy hummus przygotujemy tak:

2 i 1/2 szklanki ciecierzycy (ugotowanej wcześniej lub gotowej z puszki)
6 łyżek oliwy
1/4 szklanki wody
1 duża łyżka pasty sezamowej tahini
1/2 łyżeczki kuminu
2 ząbki czosnku
sok z cytryny
sól

Wszystkie składniki mieszamy w misce i blendujemy do uzyskania jak najgładszej pasty. Jeśli wydaje się sucha, dolewamy oliwy lub odrobinę wody. Trudno mi precyzyjnie podać ilość składników, bo każdy pewnie lubi co innego, ale w mojej ostatniej niebywale smakowitej hummusowej produkcji wyladowały:

1 i 1/2 posiekanej drobniutko papryczki chilli (wypestkowanej)
garść drobno pokrojonych suszonych pomidorów
garść pestek dyni
3 duże ząbki czosnku, zmiażdżone
2 garści posiekanej kolendry
oliwa i sok z cytryny
sól

Wszystkie te dobroci należy po prostu wymieszać z hummusową bazą i dostroić sobie wedle własnego uznania. Pycha i jeszcze raz pycha! Naprawdę warto sporządzić i mieć w lodówce na wypadek "ataku łasucha" :)





sobota, 4 marca 2017

O dobrych zdjęciach. O truskawkach w czekoladzie. I ryba :)

Mhm, weekend... Niektórzy już się cieszą na chwilę błogiego relaksu, a inni, jak na przykład ja, właśnie w te wolne dni mają zwykle więcej pracy niż w ciągu tygodnia... A ostatni tydzień był naprawdę dobry. Jego finał smakuje jak... truskawki zanurzone w rozkosznej mlecznej czekoladzie :) Byłam pomocnikiem Kupidyna :) Układałam piękne kwiaty w wazonie, rozrzucałam na pościeli czekoladowe trufle i zapalałam aromatyczne świece przed romantyczną schadzką. Chyba mogłabym się tym częściej zajmować! Fajne uczucie, kiedy można mieć wpływ na przebieg randki ;) No i jeszcze dostać czekotruskawki w podzięce...




Poza tym udało mi się w tym tygodniu zdobyć kolejny album ze zdjęciami jednego z moich ulubionych fotografów. Mam taką swoją wish listę, spis zachcianek i obiektów westchnień. Jestem przekonana, że warto mieć taki spis, bo staje się on niejako naszym zamówieniem dla świata, który podobno sprzyja uparciuchom ;)
Bardzo, bardzo chciałam mieć niesamowity album Genesis, nazywany przez autora listem miłosnym do naszej planety. Brazylijczyk Sebastiao Salgado przez osiem lat przemierzał odległe zakątki globu wędrując pieszo, poruszając się łodziami, niedużymi samolotami, a nawet balonem. Fotografował niesamowite krajobrazy, zwierzęta w ich naturalnym środowisku i ludzi, żyjących według odwiecznych, niemal niezmiennych zwyczajów. Kiedy kilka lat temu to niezwykłe wydawnictwo ujrzało światło dzienne i zobaczyłam kilka zdjęć, po prostu wiedziałam, że muszę je mieć.
I pamiętam dokładnie, jaka byłam podekscytowania i wzruszona późnym latem ubiegłego roku, kiedy pierwszy raz trzymałam Genesis w ręku. Wielki, ciężki album pełen zdjęć tak pięknych, że trudno się było od nich oderwać. Nie mogłam przestać ich oglądać i miałam wrażenie, że ta książka po prostu na mnie czekała... Nie wszyscy podzielają mój zachwyt nad biało-czarną fotografią. Rozumiem, że czasami kolor jest niezbędny, aby dopełnić historię, którą opowiada zdjęcie. Tymczasem czerń i biel, którymi Sebastiao Salgado maluje swoje opowieści, są absolutnie wystarczające. Są piękne i głębokie. Tajemnicze i ekscytujące. Patrzyłam na niektóre obrazy i wydawało mi się, że tak pewnie wygląda biblijny Eden... Nie brakowało mi ani błękitów ani zieleni, to po prostu było TO...

Sam Salgado tak mówi o swoim albumie*: "[...] Nazwaliśmy projekt Genesis, bo chcieliśmy cofnąć się w czasie do wybuchających wulkanów i trzęsień ziemi, które nadały kształt naszej planecie. Do powietrza, wody i ognia, które dały początek życiu, do najstarszych gatunków zwierząt, które nie pozwoliły się udomowić i do plemion żyjących w najodleglejszych zakątkach świata. Plemion, których życie na przestrzeni wieków niewiele się zmieniło. [...] nie podróżowałem jako dziennikarz, naukowiec czy antropolog. Podążałem raczej za romantyczną ideą odszukania i podzielenia się obrazami dziewiczego świata, będącego najczęściej poza zasięgiem naszych oczu. [...] Chciałem pokazać majestat natury w jego najdoskonalszym wydaniu... Znalazłem go przemierzając ogromne pustynie, pokrytą lodem Antarktykę, tropikalne lasy i górskie krajobrazy. Odkrywanie tych wspaniałych miejsc było jednym z najważniejszych doświadczeń w moim życiu. Pragnąłem pokazać ludzi, którzy żyją niemal w ścisłej zgodzie z tradycjami przodków. Prędzej czy później ich świat zniknie, dotknięty przez cywilizację... A fotografując pingwiny, lwy morskie, wieloryby, lwy i słonie miałem niesamowite szczęście doświadczać, jak życie zatacza wspaniały, powtarzalny krąg..."




Genesis towarzyszy mi już od kilku miesięcy i bardzo lubię te momenty, kiedy mogę zaparzyć sobie kawę, usiąść wygodnie na sofie i zatracić się zupełnie w nastrojowych obrazach, które za każdym razem niosą ze sobą coś nowego.
Tymczasem w tym tygodniu dotarł do mnie nowy album, kolejna pozycja z mojej listy życzeń. John Swannell to jeden z najważniejszych brytyjskich fotografów. Portrecista rodziny królewskiej i angielskich gwiazd, fotograf mody, krajobrazu i twórca niezwykłych wysublimowanych aktów. Twenty Years On to podsumowanie 20 lat pracy i starannie wybrana kompilacja zdjęć artysty, w tym jedno, to najważniejsze dla mnie. Jestem prawie przekonana, że były to lata dziewięćdziesiąte, i nie pamiętam już, czy to w Twoim Stylu, czy w Pani wypatrzyłam zdjęcie, które mnie absolutnie zauroczyło i swoim zwyczajem (mimo, że przecież byłam jeszcze w podstawówce) wycięłam je i wkleiłam do któregoś ze swoich kalendarzy (Back view 1987). Zdjęcie jest (oczywiście...) biało-czarne i przedstawia nagą kobietę na początku (a może już w środku?) drogi... Jest piękny, gorący dzień, nad jej głową przesuwają się puchate obłoki, a ona, zdecydowana i świadoma swojego piękna po prostu idzie przed siebie. Kobieca postać jest sfotografowana od tyłu, ma półdługie, gęste włosy, a na jej pośladkach można się dopatrzeć delikatnych śladów rozstępów i... Zdjęcie zostało zrobione w 1987 roku, dziś pewnie każda taka nierówność i niedoskonałość zostałyby poddane komputerowemu upiększaniu, ale dla mnie, to zdjęcie jest po prostu wspaniałe. Prawdziwe i wyraziste. I znów, jest tutaj historia i kompozycja, które doskonale dają się opowiedzieć odcieniami czerni i bieli.
Jest wiele aktów, które ocierają się o pornografię. Pojawiają się pytania o granicę tego, co i jak można pokazać i dywagacje na temat dobrego smaku. Akty Johna Swanella są piękne. To opowieści pełne harmonijnych linii i łagodnego światła. Kiedy je oglądam, widzę klasę, tajemnicę i hołd dla kobiecego ciała.  W moim nowym albumie bardzo lubię również oglądać część portetową. Eteryczna księżniczka Anna, wyluzowany Elton John, demoniczna Grace Jones i młodziutki George Michael... Przemyślane, wysmakowane obrazy, które doskonale oddają osobowość modeli, jednocześnie zachowując charakterystyczny dla fotografa styl. Taki deser na sobotnie leniwe popołudnie (czyli u mnie to może za tydzień...?)...




Tymczasem w ramach weekendowego małego conieco, pyszna rybka w pomidorach, czyli danie, którego przygotowanie zajmuje chwilkę, a potem musi tylko odsiedzieć swoje w piekarniku. Przetestowane na rodzinie i przyjaciołach, smaki znad Morza Śródziemnego, sama dobroć!


Ryba pieczona z pomidorami
 (według przepisu z książki Tessy Kiros "Falling Cloudberries")

1 kg filetów z białej ryby, pokrojonych na średniej wielkości kawałki
1 puszka pomidorów (posiekanych, z sokiem)
1/2 szklanki posiekanej natki pietruszki
6-8 ząbków czosnku, zmiażdżonych
2 łodygi selera naciowego, z listkami, pokrojone w plasterki
garść zielonych oliwek
garść czarnych oliwek
sok z dwóch cytryn
łyżeczka cukru
3 łyżki oliwy z oliwek
sól i pieprz

W naczyniu żaroodpornym układamy kawałki ryby, tak, aby powstała jedna warstwa i dno naczynia było zakryte. W misce mieszamy pozostałe składniki i całość doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Piekarnik nastawiamy na 180 stopni. Kawałki ryby zalewamy sosem pomidorowym, przykrywamy naczynie folią aluminiową i wkładamy do piekarnika. Pieczemy 30 minut. Potem zdejmujemy folię, zwiększamy temperaturę do 200 stopni i pieczemy jeszcze 40-50 minut, aby sos pomidorowy zgęstniał. Pyszne na ciepło, doskonałe w temperaturze pokojowej. Przepis na 4 porcje.



* moje bardzo swobodne tłumaczenie ze wstępu, który Sebastiao Salgado napisał do Genesis.

niedziela, 19 lutego 2017

Black Beauty, czyli zjedz ze mną śniadanie :)

Byłam zmęczona. Zmęczona, ale pełna pozytywnych emocji i wdzięczna za dobry dzień, który miał się ku końcowi. Pomyślałam, że już bardzo dawno nie upiekłam chleba... Co prawda w moim przypadku nigdy do końca nie wiadomo, jaki będzie efekt, ale byłam wysoce zmotywowana :) Po pierwsze chciałam zamknąć w tym chlebie całą dobroć, jaka mi się w ciągu dnia przytrafiła, a po drugie - udało mi się upolować w rewelacyjnej cenie kolejną książkę mojej ukochanej autorki kulinarnej Diane Henry (m.in. lody truskawkowo-różane , kuskus z warzywamisałatka z gruszką i serem blue...). No i jeszcze, bardzo się już stęskniłam za ciemnym chlebem i jego słodkawym, głębokim smakiem.




Pewnie już pamiętacie, że im późniejsza pora, im ciszej na świecie i ciemniej za oknami, tym lepiej mi w kuchni. Była więc herbata, czerwona, aromatyzowana szafranem, anyżem i migdałami. Była Sophie Milman i Aga Zaryan...




A potem pojawił się cudowny, pachnący bochenek, który był niekwestionowaną gwiazdą śniadania... Do tego jeszcze eksplozja tulipanów w moim pokoju, słońce za oknami i kilka pysznych dodatków do chleba, z różnych stron świata:
                                                                       
szkocki łosoś, 
turecki ajvar (pasta z papryki i bakłażanów),
kremowy serek z egipską dukkah,
hummus z kolendrą, czosnkiem, chilli i pestkami dyni,
greckie oliwki,
caprese ze słonecznej Italii...

Wspominałam, że kocham śniadania...?




Pyszny ciemny (czarny) chleb
 (na podstawie przepisu z książki Diane Henry "A Change of Appetite")

150 g mąki żytniej
425 mąki pszennej
2 i 1/2 łyżeczki drożdży instant
2 łyżeczki soli
3 łyżeczki brązowego cukru
2 łyżki gorzkiego kakao
2 łyżki kawy rozpuszczalnej
50 g niesolonego masła, pokrojone na nieduże kawałki
60 g miodu
150 g marchewki, startej na drobnych oczkach
garść pestek słonecznika
garść pestek dyni
olej

Do miseczki wlewamy 225 ml wrzątku i dodajemy 50 g mąki żytniej. Mieszamy widelcem (będzie a la owsianka) i odstawiamy na 15 minut, żeby ostygło. Potem dosypujemy drożdże i 1 łyżeczkę cukru, mieszamy dokładnie, przykrywamy i odstawiamy na 45 minut. Mieszanka w tym czasie "ruszy". W drugiej miseczce mieszamy kakao, kawę, resztę cukru, miód i masło. Dodajemy 100 ml gorącej wody i mieszamy dokładnie, aż masło się rozpuści. Odstawiamy do przestygnięcia.
W dużej misce mieszamy mąkę pszenną z resztą mąki żytniej. Robimy wgłębienie i dodajemy mieszankę drożdżową, kawowo-kakaową, startą marchewkę i pestki. Mieszamy, aż zacznie się nam formować lepkie ciasto. Smarujemy olejem blat i dłonie i wyrabiamy ciasto około 10 minut (przyznaję, podsypywałam je odrobinę mąką, bo lepi się szalenie...). Potem wkładamy ciasto do natłuszczonej miski i przykrywamy wilgotnym kuchennym ręcznikiem. Odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę. Po tym czasie wyjmujemy ciasto z miski, uderzamy w nie pięścią, żeby je odgazować i jeszcze przez jakieś pół minuty wyrabiamy. Blachę do pieczenia wykładamy papierem, smarujemy delikatnie olejem i oprószamy mąką. Z ciasta formujemy bochenek, układamy na blasze, przykrywamy znów kuchennym ręcznikiem i odstawiamy na kolejną godzinę. Piekarnik nastawiamy na 220 stopni. "Smarujemy" wierzch bochenka wodą (przydaje się pędzel), robimy w nim nacięcie na krzyż i posypujemy słonecznikiem. Pieczemy w 220 stopniach 20 minut, a potem redukujemy temperaturę do 180 i pieczemy kolejne 20 minut. W połowie pieczenia wydawało mi się, że wierzch za bardzo się przypieka, więc przykryłam go folią. Chleb jest upieczony, jeśli "postukamy" w jego spód i wydaje się, jakby był pusty w środku. Studzimy go na kratce. A jeśli skórka na wierzchu wydaje się nam za twarda, kiedy wyjmiemy chleb z pieca, trzeba ją jeszcze od razu znowu "posmarować" wodą.








poniedziałek, 13 lutego 2017

Nie wiem, ach nie wiem, jak to się stało...

ale nabyłam foremkę w kształcie serduszka ;) Myślałam, że już mnie nic nie zdziwi po cukrowych dekoracjach świątecznego piernika, a tu proszę! Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz dla foremki :) Tymczasem nowy rok na dobre się rozhulał i patrząc na ostatnie tygodnie, dochodzę do wniosku, że całkiem spore wyzwania już przede mną postawił.
Podobno jest tak, że pewne sytuacje przytrafiają się nam w życiu do momentu, kiedy wreszcie zauważymy, że to rodzaj lekcji do odrobienia i szansa na wyciągnięcie pewnych wniosków. Z reguły całkiem pożytecznych. Te sytuacje ustają, kiedy zdamy sobie sprawę z sensu wydarzeń i zrozumiemy, dlaczego nas to wszystko spotyka raz po razie. U mnie właśnie coś podobnego się dzieje i było z tego powodu kilka "pierwszych razów", nie licząc serduszkowej foremki.
Musiałam się publicznie skonfrontować z osobą, której zachowanie od dłuższego czasu wystawiało moją cierpliwość na próbę i powodowało u mnie ogromny psychiczny dyskomfort. Trzeba było się do tego przygotować i wcale nie było łatwo, zwłaszcza takiej przyjaznej istocie jak ja, która chciałaby, żeby ludzkości było z nią przyjemnie... Koniec końców przełamałam się i powiedziałam, że od tej pory pewne zachowania po prostu nie mogą już mieć miejsca. No i nie mają. A o wszystkim zadecydowały chyba tak naprawdę spokój i zdecydowanie w moim głosie. Odetchnęłam. I teraz już wiem, że gdzieś tam we mnie mieszka król lew :)




Kolejna sytuacja była już inna. Tym razem zdecydowałam się komuś powiedzieć: "Robię zdjęcia jedzenia. Uważam, że są dobre. Chciałabym je u was pokazać...". Coś robisz, szyjesz, pieczesz, piszesz czy malujesz. Grono znajomych pochwali. ciocia się zachwyci, ale prawda jest taka, że nikt za Ciebie pewnych rzeczy nie zrobi. Sam/a musisz się pokazać światu.
Muszę przyznać, że za każdym razem, zanim kliknę "opublikuj", czytam i czytam te moje posty i zastanawiam się, czy to się w ogóle komuś na coś przyda, czy to całe pisanie i reszta to w ogóle warte pokazania. Mam wrażenie, że dzielić się swoją twórczością ze światem, to trochę tak, jakby postawić dziecko przed wypełnioną po brzegi widownią... Może zachwycić, może rozbroić, może zostać wyśmiane i wygwizdane. A może również pozostać niezauważone. Jest ryzyko. Zawsze jakoś nas ocenią. Coś jednak z czasem do mnie dotarło. Ja bardzo wierzę w to dziecko, które przed Wami stawiam. Kocham to, co robię i chcę się tym nadal zajmować i rozwijać. Będzie mi miło, jeśli się spodoba. A jeśli nie? To nie szkodzi, bo mamy różne gusta i upodobania. I ta różnorodność jest jedną z rzeczy, które mnie w życiu najbardziej pociągają :) A ponieważ do odważnych świat należy, mam nadzieję, że już za jakiś czas będzie można zobaczyć moją pierwszą miniwystawę :)

Jakoś tak wyszło przypadkiem, że foremka się wpisała w nastrój walentynkowego szaleństwa. No i fajnie, nie miałabym nic przeciwko, żeby jakiś Walenty zapukał do moich drzwi z marchewkowym ciastem ;) Jest to ciacho proste, słodkie i pyszne. Odpowiednie nawet dla wysoce początkujących Walentych ;)
A zdjęcia z dzisiejszego posta mają specjalną dedykację dla Karoliny. I ona dobrze wie, dlaczego :)




Ciasto marchewkowe z orzechami, imbirem i cynamonem  (na podstawie przepisu Paula Hollywood)

250 g mąki
1 łyżka cynamonu
1 łyżka imbiru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
250 g startej marchewki
50 g orzechów włoskich, uprażonych i posiekanych
230 g jasnego brązowego cukru
3 jajka
170 ml oleju

Do większej miski przesiewamy mąkę wymieszaną z resztą sypkich składników. Potem dodajemy cukier, orzechy i marchewkę i dobrze mieszamy. Następnie dodajemy jajka zmiksowane z olejem i znowu porządnie mieszamy, żeby wszystko się dobrze połączyło. Przekładamy masę do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą okrągłej foremki (18-23 cm). Można piec w mniejszej, a wyższej foremce i na angielską modłę przekroić na dwa blaty, przyznaję, że u Hipopotama to czasem za dużo roboty ;) Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni i pieczemy do suchego patyczka, około godziny.

Mam trzy wersje podania tego ciasta. Pierwsza (błyskawiczna) wymaga jedynie posypania cukrem pudrem ;) Druga opcja (ze zdjęć) to posmarowanie ciasta serkiem śmietankowym (200 g) zmiksowanym ze 125 g cukru pudru, skórką startą z 1 cytryny i kilkoma łyżkami soku z cytryny - do smaku. Do tego posypka z uprażonych i posiekanych włoskich orzechów (cytrynowy krem jest pyszny, ale ciasto musi swoje odstać, najlepiej w lodówce). Sympatyczna i bardzo szybka jest wersja nr 3, czyli najzwyklejszy lukier cytrynowy (kilka łyżek przesianego cukru pudru dobrze wymieszanych z sokiem z cytryny) plus posypka z pokruszonych imbirowych herbatników.