-->

cover

czwartek, 16 listopada 2017

Listopadowe notki. I krupnik.

Na listopad najlepszy jest szeroki szal-komin, który zrobiła mi Mama. Można się nim opatulić na spacerze, kiedy chłód szczypie w policzki i zarzucić na ramiona przy czytaniu ulubionej książki. Na listopad dobre są długie spacery w ostatnich łaskawych bursztynowych promieniach słońca. Dobra jest herbata w stylu chai, przyprawiona korzennie i z odrobiną mleka. A już gorąca czekolada w wygodnym fotelu albo w przyjemnej miejscówce z widokiem na morze ma wręcz terapeutyczne działanie. Na listopad dobry jest przytulny kącik. W moim wieczorami płoną świece, a na parapecie stoją dwie ładne dynie. Kolejne. Bo zapowiada się jeszcze jedna dyniowa pyszność tej jesieni!




Już od kilku wieczorów regularnie zapadam się w ostatni album Leonarda Cohena. Ciemny i głęboki doskonale pasuje do nastrojowego schyłku dnia. Popełniam również grzechy ciemnoczekoladowe i przeglądam nowe książki w poszukiwaniu świątecznych inspiracji. Na półce mam między innymi The Christmas Chronicles Nigela Slatera. Jestem zachwycona tą książką. Delektuję się nią, strona po stronie, jak czekoladowymi truflami albo kieliszkiem brunello.




Wynalazłam też pchli targ, coś między giełdą staroci a słynnym Stadionem Dziesięciolecia i stałam się szczęśliwą posiadaczką kilku uroczych posrebrzanych łyżeczek. Uwielbiam targi staroci. Za sprzedawców, z którymi można pożartować, a nawet trochę się podroczyć i za przedmioty z duszą, którym można dać nowy dom, aby stały się częścią kolejnej opowieści. Na studiach byłam częstym gościem warszawskiego bazaru i targowiska na Kole. Wynalazłam tam między innymi dwa ładne dzbanki (jeden z nich zobaczycie tu). Widziałam też kilka niesamowitych ikon i mam nadzieję, że kiedyś będę miała jedną w domu.




Co jeszcze w listopadzie? Full Scottish w sobotę, czyli hiperkaloryczne szkockie śniadanie, w domu albo w gwarnej kafejce, gdzie zza zaparowanych szyb można podglądać przechodniów i zgadywać, jakie mają plany na chłodny dzień. Częściej chodzę do kina. Kilka dni temu obejrzałam Morderstwo w Orient Expressie i bardzo polecam! Film z klasą. Pięknie sfotografowany, z dobrą obsadą i ścieżką dźwiękową (nie spodziewałam się Imagine Dragons!).
Ostatnio musiałam trochę więcej czasu spędzić w autobusie, bo objazd i remont ulicy. W końcu sięgnęłam po darmową lokalną gazetę. Sporo sensacji z miasta i okolic, sportowe newsy i wreszcie, powiedzmy, "towarzyskie". I czytam: "Do szczupłego rudzielca z ładną brodą. Codziennie jeździsz do pracy koło szóstej. Zawsze nosisz ładne koszule i dobre buty. Jesteś taki przystojny! I zawsze taki zaczytany! A ja najchętniej... zmierzwiłabym tę Twoją perfekcyjną fryzurę i zabrała Cię na kawę!". Właśnie, właśnie! Mierzwić grzeczne uczesania i chodzić na dobrą kawę. Taki sezonowy podryw :)




A co dzisiaj na ząb? Ostatnio zebrało mi się trochę na wspomnienia. Myślałam o kuchni moich Dziadków w wilkowickim domu. Dziś ta kuchnia wygląda inaczej, a Babcia z Dziadkiem mają inne widoki ze swojej kuchni. Wtedy za oknem rosła ładna leszczyna. A tuż pod oknem stał nieduży stół z jasnym blatem. Stół miał szufladę, w której Babcia trzymała papierowe torebki po cukrze i mące. Wkładała do nich kanapki dla Dziadka do pracy. Albo trzymała w nich grzanki do zupy. Jednym słowem już wtedy Babcia była eko :) Dobre rzeczy powstawały w tej kuchni z widokiem na las. Wiadomo, jedzonko Babci jest zawsze niczym serdeczny uścisk.
Jednym z hitów mojego dzieciństwa był tzw. podobiadek, czyli coś do schrupania między drugim śniadaniem a obiadem, kiedy obiad miał być naprawdę późno. Kanapeczki, jabłuszka, herbatka. O tak, u Babci zawsze jest słodko. Nawet jeśli ma się mhm.... kilka lat więcej. Lubię zupy i zawsze bardzo mi smakował babciny krupnik. Czegoś takiego potrzebowałam w tym tygodniu. Dobrego, treściwego posiłku. Smaku domu, ale już w mojej wersji.




Listopadowy krupnik Marty

1 kurczak (nieduży, 1.2 kg)
2 cebule, przekrojone na pół i opieczone nad gazowym płomieniem
6 ząbków czosnku, pokrojonych w grubsze platerki
4 średnie marchewki, pokrojone w półplasterki
2 korzenie pietruszki, pokrojone w kostkę
3-4 średnie ziemniaki, pokrojone w kostkę
100 g kaszy jęczmiennej
5 listków laurowych
kilka ziaren pieprzu
kilka ziaren ziela angielskiego
łyżeczka kuminu (nasion) lub kminku
łyżeczka suszonego majeranku
sól
pęczek natki pietruszki

Kurczaka dzielimy na części (użyłam wszystkich z wyjątkiem piersi). W większym garnku zalewamy mięso wodą i doprowadzamy do wrzenia. Zmniejszamy nieco płomień i gotujemy około 15 minut. Potem odcedzamy kurczaka, płuczemy go i dokładnie myjemy garnek. A później wkładamy do niego z powrotem mięso, dokładamy wszystkie pokrojone warzywa, kaszę i przyprawy (bez soli). Zalewamy całość wodą i doprowadzamy do wrzenia. Potem na malutkim ogniu pod przykryciem gotujemy około półtorej godziny. Ostrożnie wyjmujemy z garnka kawałki kurczaka i obieramy z niego mięso, które wkładamy z powrotem do zupy. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Dodajemy cały pęczek drobno posiekanej pietruszki. Zapraszamy zziębnięte duszyczki, które po pracowitym dniu wracają do domu. Osiem porcji jak nic.




czwartek, 26 października 2017

Trzydzieści sześć. Piękna sałatka. I sukienka!

Słyszałam jakiś czas temu, że trzydziestka to nowa dwudziestka ;) Ufff, co za ulga! Bo przyznaję, jako niewielka dziewczynka zupełnie inaczej wyobrażałam sobie siebie w statecznym (hi, hi) wieku trzydziestu sześciu lat.
Tymczasem dziś rano przy kawie stwierdziłam, że mimo iż nie mam dzieci ani domku z ogródkiem i wszystko się w ogóle toczy wbrew wszelkim schematom, to jednak jestem bardzo szczęśliwą istotą. Każdego dnia doświadczam mnóstwa maleńkich radości i spotykam ludzi, za których jestem wdzięczna. Wciąż się uczę, podążam dzielnie za swoją gwiazdą, zawsze w stronę słońca, zawsze z nadzieją i wiarą w dobre jutro. Jest tyle marzeń do spełnienia, a na mapie świata - tyle miejsc, które chciałabym zobaczyć. Tyle wszystkiego do dotknięcia, spróbowania, podziwiania. Tyle książek do przeczytania i muzyki do odkrycia!




Dziękuje wszystkim, którzy się dziś postarali, żebym miała cudny dzień! Dziękuję za dobre życzenia, za śliczne kartki i fantastyczne prezenty od serca. Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i za różę, która pachnie jak te z ogrodu mojej Babci. 
Jest jeszcze jedna rzecz, dzięki której mam dziś taki wyborny nastrój! Kiedy się obudziłam, zobaczyłam JĄ :) Piękną, czerwoną sukienkę. Wczoraj kupiłam. Czerwoną, jak sygnalizacja świetlna. Nie do przegapienia. W końcu trzydzieści sześć ma się tylko raz :)




Piękna jesienna sałatka z dynią, rukolą i kaszą

1 dynia (kilogram z kawałkiem, obrana i pokrojona w średnią kostkę)
200 g kaszy jęczmiennej perłowej
120 g rukoli
2 jabłka, pokrojone w grube plasterki
2 garści orzechów laskowych, uprażonych na suchej patelni, bez skórek, grubo posiekanych
2 garści pestek dyni
pestki granatu / suszona żurawina
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka kolendry
szczypta cynamonu
sól
oliwa z oliwek
ocet balsamiczny
miód

4-5 łyżek oliwy mieszamy z kuminem i kolendrą i solimy do smaku (to są moje ulubione przyprawy i bardzo pasują do dyni, ale zawsze możecie spróbować innego zestawu!). W misce mieszamy dyniowe kostki z doprawioną oliwą, tak, żeby się nią dobrze pokryły. Rozgrzewamy piekarnik do 200-220 stopni, i na blasze wyłożonej folią pieczemy dynię około pół godziny, żeby zmiękła i miała ładny złotawy kolor. Odstawiamy do ostudzenia, w razie potrzeby odkładamy na ręcznik papierowy do odsączenia. Kaszę gotujemy według przepisu na opakowaniu i studzimy, a potem mieszamy widelcem, żeby była sypka. W dużej misce mieszamy kaszę z rukolą i polewamy odrobiną oliwy. Dodajemy dynię, orzechy, ziarenka granatu/żurawinę i pestki dyni. Delikatnie mieszamy całość. A potem robimy sos, proporcje do smaku. Oliwę mieszamy z miodem i octem balsamicznym. Sałatkę skrapiamy sosem i rozkoszujemy się smakiem jesieni. Ta sałatka to sto procent dobroci! Jest pyszna i barokowo piękna! Tyle kolorów na talerzu :) Proporcje na 8-10 porcji. 




piątek, 20 października 2017

Idź swoją drogą. I curry ugotuj! Z dynią.

Deszcz kołysze mnie do snu. Otworzyłam okno, chociaż chłodno i słucham, jak tysiące jesiennych łez spadają na parapet. Piękna jest ta deszczowa wieczorna pieśń. Można się zasłuchać, zamyślić i zapomnieć o świecie, który zwykle pędzi na łeb, na szyję... Zapaliłam wszystkie świece, które znalazłam w domu, a obok nich, w nastrojowym świetle stoi sobie okazała dynia. Taka moja kwintesencja jesieni. Dużo ciepłego światła i pełnia od Matki Natury, zachęta do działania, powołanie do tworzenia. Oczywiście, jest już plan na dynię. Słodki. Pikantny. Kremowy i łagodny. Wszystko w swoim czasie.
Miałam dziś dobrą, piękną rozmowę z serdeczną znajomą. Taką moją bratnią duszą, której nie trzeba nic tłumaczyć... Każda z nas ma swoje pasje, z których chciałaby uczynić sposób na życie. Rozmawiamy, kiedy tylko możemy, wspieramy się nawzajem. Czasem dajemy sobie przysłowiowego kopa, a innym razem te nasze pogawędki są jak mamine głaskanie po głowie. Dziś było o tym, że tracimy za dużo czasu.




Na nic. Na natłok informacji, w których gąszczu można się zgubić. Na życie w hałasie, który zagłusza nasz wewnętrzny głos i który powoduje, że zatraca się gdzieś nasza własna ścieżka. Jest dużo, jest szybko, jest głośno.... Każdy dzień jak szybko znikający slajd. Kolorowy, ale bez znaczenia. Nie nasz. Tracimy czas, bo pozwalamy się nieść jakiejś obłędnej fali, która wcale nie jest nam przyjazna. Za mało słuchamy siebie. Wciąż się do kogoś porównujemy. I ciągle nam się wydaje, że jeszcze nie, że nie jesteśmy gotowe, że to nie ten moment, żeby zacząć żyć po swojemu.





Tylko, że... To jest właśnie ten moment. Tu i teraz. Innego nie będzie. I nawet nie wiesz, ile wschodów i zachodów słońca jeszcze przed Tobą. Dlatego uczymy się z całych sił, co robić. Jaką wybrać drogę. Uczymy się akceptacji i szacunku dla nas samych. Uczymy się wytyczania granic. Dajemy sobie przyzwolenie na samorealizację, na pójście własną drogą bez względu na to, co ktoś o tym powie. Trudno jest wysiąść z rozpędzonego pociągu. Trudno jest siedzieć w ciszy i mierzyć się z własnymi emocjami.
Trudno jest usłyszeć własny głos i uwierzyć, że nas dobrze poprowadzi. Dlatego rozmawiamy. O tym, co na obiad. I o rzeczach wyższych. O widokach ze spaceru. O książkach. O tym, że maleńkie rzeczy są ważne, że trzeba palić świece. Pić wino. Nakrywać pięknie do stołu dla tych, na których czekamy z niecierpliwością. I trzeba pisać piórem... I zawsze mieć turkusowy atrament, na listy do tych, co najważniejsi. Trzeba zacząć pisać książkę. I na pocztę trzeba, koniecznie, żeby wysłać "zdjęcia jedzenia", do kogoś, kto ma w temacie dużo do powiedzenia. Zdjęcia gotowe, leżą sobie cichutko od dwóch tygodni. No właśnie... Tylko czy one się nadają w ogóle...? Nadają się. I my się nadajemy, absolutnie, do wszystkiego, co nam się śni. 




Tajskie curry z dynią, kurczakiem i fasolką szparagową  (na podstawie przepisu Diany Henry)

2 łyżki oleju
1 duża cebula, pokrojona w cienkie półplasterki
4 ząbki czosnku, zmiażdżone
2,5 cm kawałek imbiru, starty
1 papryczka chilli, wypestkowana, posiekana drobno
6 łyżek tajskiej czerwonej pasty curry
500 g dyni (waga po obraniu), pokrojonej w kostkę
800 g piersi z kurczaka, pokrojonej w kostkę
2 puszki mleka kokosowego
1 łyżka brązowego cukru
1 łyżka sosu rybnego
300 g zielonej fasolki szparagowej, strączki przekrojone na pół
sok z 1 cytryny
posiekana natka kolendry

Na niedużym ogniu rozgrzewamy olej i podsmażamy w garnku cebulę, czosnek, imbir i chilli, aż cebula będzie szklista i miękka. Dodajemy pastę curry i mieszając, podsmażamy minutę. Dokładamy kurczaka i dynię, gotujemy około dwóch minut, a potem wlewamy mleko kokosowe. Kiedy całość zacznie wrzeć, zmniejszamy płomień, dodajemy cukier, sos rybny i doprawiamy do smaku. Potem na małym ogniu gotujemy pod przykryciem około 30 minut, aż dynia będzie miękka. Na koniec dodajemy fasolkę i gotujemy około 5 minut, żeby była przyjemnie chrupiąca. Doprawiamy do smaku sokiem z cytryny. I dodajemy posiekaną kolendrę.

Kuchenni puryści pewnie się oburzą, bo pominęłam trawę cytrynową. Była to jedyna rzecz, której mi w kuchni brakowało, ale czerwona pasta curry jest tak aromatyczna, że danie obejdzie się bez jednego kawałka trawy! Zastąpiłam też limonkę cytryną, bo akurat była pod ręką. I jeszcze, w ramach kompletnej herezji podałam curry z kaszą. Nie bardzo po tajsku, ale rewelacja :)
Wspaniałe jest to curry, gęste i kremowe. Jest dość pikantne i jeśli nie lubicie ostrych potraw, dodajcie mniej pasty curry. Polecam również ugotować je dzień przed podaniem, bo przyjemnie gęstnieje i nutka chilli jest nieco łagodniejsza. Z podanych proporcji nakarmicie sześć osób.



środa, 11 października 2017

Weekend... hmmm, na horyzoncie :) A makaron zaraz!

Czasami wszystko jest szare. Niewyspane poranki z popijaną na szybko kawą i biegiem na autobus. Dzień się dłuży niemiłosiernie, czas rozwleka w nieskończoność, nawet zegary wydają się znużone monotonnymi ruchami wskazówek. Tik-tak, tik-tak. Biurowe godziny, stukot klawiatury i powrót do domu, gdy już właściwie ciemno...
Nie będę marudzić - środa to już przecież tylko o krok od weekendu... A weekendowe obrazy motywacyjne przedstawiają się następująco:








































W środku tygodnia czasami brakuje kulinarnej weny... Jeść trzeba, ale nie mam ochoty iść po pracy na zakupy, ani zamawiać awaryjnej chińszczyzny. Na szczęście, jak u przysłowiowego chomika, w kuchni zawsze się znajdzie coś na kolację pt. "nic nie ma w domu" :) Nawet wstyd taki banalny przepis publikować, ale to jeden z moich ulubionych, jest naprawdę pyszny. Krewni i znajomi królika też polubili :) Makaronowej foty brak. Wybaczcie, późnym wieczorem czasami trudno o artystyczne zapędy...


Prosty makaron z tuńczykiem i kaparami

250 g makaronu penne, ugotowanego al dente
oliwa z oliwek
1 czerwona cebula, posiekana
4-6 ząbków czosnku, pokrojonych w cienkie plasterki
1 papryczka chilli, pokrojona drobno (u mnie z pestkami, pozbądźcie się ich, jeśli ma być wersja łagodniejsza)
1 puszka pokrojonych pomidorów
1 puszka tuńczyka (z lekkiej zalewy)
garść czarnych oliwek
1 łyżka kaparów
kilka łyżek kremówki (opcjonalnie)
garść posiekanej natki pietruszki

Na niedużej ilości oliwy podsmażamy na małym ogniu cebulę, czosnek i chilli. Kiedy cebula będzie miękka, a całość zacznie ładnie pachnieć, dodajemy pomidory. Gotujemy na średnim ogniu, aż sos nieco się zredukuje, a potem dodajemy rozdrobnione kawałki tuńczyka, oliwki i kapary. Gotujemy dalej, na małym ogniu, żeby smaki się przegryzły i sos jeszcze trochę zredukował. Doprawiamy solą. Można dodać kilka łyżek kremówki. Po wymieszaniu sosu z makaronem posypujemy całość posiekaną pietruszką. Bardzo proste. Bardzo, bardzo dobre. W sam raz na kolację na trzech osób.

I jeszcze mam coś dla Was :) Wszystkich zabieganych i zapracowanych, czekających z utęsknieniem na weekendowe włóczykijstwo zapraszam TU :)












niedziela, 1 października 2017

Hipo-urodziny :) I bakłażan nr 11.

O tym, że czas bardzo szybko płynie chyba nie trzeba nikomu przypominać. A jednak dziwię się, że Niebieski Hipopotam ma już cztery lata. Rozpoczęty w Egipcie zawędrował do Szkocji, gdzie obchodzi kolejne urodziny. Jaki to był rok? Ciekawy. Zmieniały się widoki z okna, sporo przygód, dużo różnych emocji. W ubiegłym roku, kiedy kończył się sierpniowy festiwal w Edynburgu, stałam sobie sama gdzieś w tłumie na Princes Street i oglądałam finałowe fajerwerki. A kilka tygodni temu podziwiałam końcowy pokaz sztucznych ogni z parku, siedząc na trawie w towarzystwie ludzi, których poznałam tutaj i którzy stali się dla mnie ważni. I było mi naprawdę dobrze.
Powiększyła się moja kolekcja książek kucharskich, choć moi ulubieni autorzy wciąż ci sami. Poznałam wiele nowych życzliwych duszyczek, ale moi wieloletni przyjaciele wciąż są blisko i jest to dla mnie bardzo ważne. Mam kilka nowych pomysłów, które póki co jak obiecujące ziarenka siedzą sobie w płóciennym woreczku i myślę intensywnie nad tym, jak wprowadzić pewne projekty w życie. Staję się nieco bardziej sentymentalna - w mojej szkockiej kuchni pojawiły się miseczki z Bolesławca :) Zaczynam też dojrzewać do pewnych ważnych decyzji, ale to jeszcze chwilka... Dziś małe świętowanie. I trochę wspomnień. I szklaneczka cydru :)


co robić
kiedy owoce smakują
tylko deszczem
a moc słowa blaknie
bezbarwne sylaby toczą się
przez kolejne pory dnia
co jeśli
wciaż nie wiesz
gdzie do cholery
rośnie drzewo poznania
jednak

bierzesz oddech
nie pakujesz walizki
twoje dłonie
zwiedzają powoli
gładką mapę drewnianego
blatu który
był tam zawsze
i masz w kuchni wszechświat
i kawę
wdychasz dalekie zapachy
i chcesz być wszędzie
ale zostaniesz

w sercu masz już
deszcz





Może za rok, z okazji okrągłej rocznicy, postaram się o jakieś wymyślne wypieki. Tymczasem dziś proste jednogarnkowe danie, pełne dobroci, a do tego z moim ukochanym bakłażanem. Gdzieś wyczytałam o arabskim przysłowiu głoszącym, że lepiej nie brać ślubu z kobietą, która nie potrafi przygotować bakłażana na dwadzieścia sposobów. Chyba jestem na dobrej drodze... :)


Bakłażan z chorizo, morelami i śliwkami  (na podstawie przepisu Nigela Slatera z książki "The Kitchen Diaries III")

oliwa z oliwek
200 g chorizo, pokrojone na plasterki
1 duża czerwona cebula, posiekana
80 g suszonych moreli, posiekanych niezbyt drobno
80 g suszonych śliwek, posiekanych
50 g migdałów bez skórki
1 spory bakłażan, pokrojony na kawałki średniej wielkości
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka ziaren kolendry, uprażonych i rozgniecionych
wędzona papryka, sól, pieprz
550 ml warzywnego bulionu

W większym garnnku rozgrzewamy 3 łyżki oliwy i podsmażamy chorizo około 3 minut. Dodajemy cebulę i podsmażamy aż będzie szklista i miękka. Dokładamy suszone owoce i migdały, a potem kawałki bakłażana i gotujemy całość chwilę, aż bakłażan zmięknie i zacznie się złocić (możne dodać trochę oliwy). Dodajemy kumin, kolendrę i bulion, doprowadzamy do wrzenia, a potem na małym ogniu gotujemy pod przykryciem około 40-50 minut, aż kawałki bakłażana zaczną się rozpadać, a całość zamieni się w aromatyczny gęsty gulasz. Doprawiamy do smaku solą i wędzoną papryką. Rewelacyjne na ciepło i w temperaturze pokojowej z kromką chleba. Porcja dla trzech osób.





czwartek, 7 września 2017

Smak radości. Z kuminem :)

W kwietniu Hipopotam na "trochę" zniknął z internetów. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie... Nie potrafię dotrzymać tempa czasowi, który wciąż biegnie na złamanie karku. Kiedy to było... ?
Pierwszy dzień wiosny jeszcze w Szkocji, a kilka dni później drżące z gorąca powietrze i ośnieżone góry Atlasu powitały mnie w Marakeszu. Spędziłam fantastyczne wakacje w Maroku, za którym bardzo tęskniłam już od dnia, w którym go ostatnim razem opuszczałam. Było więc wszystko, czego mi przez te lata brakowało, podróż sentymentalna, ale również odkrywanie nowych miejsc, hektolitry miętowej herbaty, tajine na sto sposobów, domowy kuskus u cioci Aichy, soczyste zielone równiny i krajobrazy wypalone słońcem. Były kipiące kolorami bazary. Były szaleństwa terenowym samochodem, pieszczota atlantyckich fal i majestat pustyni w ciszy. Były ciągnące się godzinami rozmowy z przyjaciółmi i najlepsze na świecie owoce. Były zachody słońca, pełnia księżyca i burza piaskowa. Rozgwieżdżone niebo wydawało się być na wyciągnięcie ręki.
Aksamitna czerń pełna gwiazd w ciągu dnia ustępowała miejsca błękitowi, który tylko tam jest taaaaaaaaki... :)  Niebieski Majorelle i czerwień berberyjskich dywanów. Zielona ceramika z Tamegroute, czerń i kobalt zasłaniające twarze ludzi pustyni. Raj dla malarzy i fotografów. Wymarzone miejsce dla ludzi, którzy szukają piękna w krajobrazie, rękodziele i... w innych ludziach.
Kilka dni później siedziałam już sobie na ławce w Bielsku i zajadałam jedne z najlepszych lodów w mieście podziwiając cudowne czerwone tulipany przed budynkiem teatru. Na moich dłoniach blaknął już piękny rudawy ornament, pamiątka marokańskiej eskapady... Były spotkania z przyjaciółmi, dobre, niespieszne rozmowy i trochę czasu z moją siostrą :)
Tuż przed powrotem do Szkocji zaprosiłam moich najbliższych na marokańską kolację. To był dłuuuugi wieczór w kuchni, ale jak już pewnie wiecie, uwielbiam takie kulinarne maratony. A jeszcze bardziej lubię, kiedy później moje jedzonko szybko znika :) I tak właśnie było tym razem. Oto czym uraczyłam rodzinkę:


My Big Moroccan Dinner

Sałatka marokańska
Zaalouk
Marchewka z chermoulą
Kuskus z pietruszką
Kefta z morelami i miętą
Tajine z kurczaka z cukinią i groszkiem





Fajna była kolacja. Na stole marokańska ceramika pomieszana z Chodzieżą mojej Mamy, a dokoła najbliżsi. Rzadko się spotykamy w takim gronie. Mea culpa... A teraz do rzeczy. Prosto, ale z pazurkiem, tak lubię myśleć o marokańskim jedzeniu. Poczciwa marchewka z marynatą, która świetnie się sprawdzi z rybą i krewetkami, bakłażan, którego smak zawsze przenosi mnie do Marakeszu i absolutnie genialne pulpeciki z morelami i miętą - przebój wieczoru :)


Marchewka z chermoulą  
(z książki Fatemy Hal "Le grand livre de la cuisine marocaine")

1 kg marchewki, pokrojonej w plasterki i ugotowanej (nie może być zbyt miękka!)

Chermoula:
4 ząbki czosnku, zmiażdżone
3 łyżki oliwy
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka słodkiej papryki
1 łyżeczka ziaren kolendry, podprażonych na suchej patelni i utłuczonych
sok z 1/2 cytryny

pęczek kolendry, posiekanej

Wszystkie składniki chermouli mieszamy i odstawiamy na pół godziny.  Potem mieszamy z ugotowaną marchewką (jeszcze ciepłą). Im dłużej postoi, tym lepsze! Przed podaniem posypujemy marchewkę posiekaną kolendrą.




Zaalouk  (z książki Fatemy Hal "Le grand livre de la cuisine marocaine")

1,2 kg bakłażanów, pokrojonych na średniej wielkości kawałki

pęczek pietruszki, posiekanej
3 ząbki czosnku, zmiażdżone
1 łyżeczka słodkiej papryki
1/2 łyżeczki kuminu
sól
2 łyżki octu
3 łyżki oliwy

Kawałki bakłażana gotujemy 15 minut w posolonej wodzie. Pozostałe składniki mieszamy. Ugotowanego bakłażana odsączamy i rozgniamy widelcem (albo tłuczkiem do ziemniaków). Dodajemy oliwę z octem i przyprawami. Solimy do smaku. Odstawiamy. Podobnie jak marchewka z chermoulą - im dłużej postoi, tym lepsze!




Pulpeciki z morelami i miętą

500 g mielonej wołowiny
3 łyżki oliwy
2 duże czerwone cebule, drobno posiekane
5 ząbków czosnku, zmiażdżonych
1 czubata łyżeczka kuminu
1 łyżeczka utłuczonych (a wcześniej podprażonych ziaren kolendry)
10 suszonych moreli, drobno posiekanych
60 g bułki tartej
suszona mięta (hojnie, do smaku!)
2 puszki pokrojonych pomidorów
1 łyżeczka brązowego cukru
1 kawałek kory cynamonu
sól
pieprz
olej do smażenia

W większym garnku na małym ogniu rozgrzewamy oliwę i podsmażamy cebulę z czosnkiem, aż zmiękną. Potem dodajemy kumin i kolendrę i podsmażamy jeszcze kilka minut. Połowę cebuli odkładamy do ostygnięcia, a do garnka dodajemy pomidory, cukier i cynamon. Gotujemy na średnim ogniu, aż sos zacznie gęstnieć. Doprawiamy solą i pieprzem. Mięso mielone mieszamy z ostudzoną cebulą, dodajemy bułkę tartą, morele, suszoną miętę, sól i pieprz do smaku. Na patelni rozgrzewamy olej i partiami smażymy pulpeciki na złotobrązowy kolor. Odkładamy je na papierowy ręcznik, żeby odsączyć nadmiar tłuszczu. Kiedy wszystkie pulpety są usmażone, wkładamy je do garnka z sosem pomidorowym i jeszcze chwilę gotujemy na małym ogniu. Niebo w gębie!!! Jedna z pozycji na mojej liście 150 rzeczy, które trzeba zjeść zanim opuścimy ten świat! PS Można zapytać mojego Taty ;) 




A na deser - plasterki pomarańczy, polane miodem i posypane cynamonem i jeszcze... :)























sobota, 19 sierpnia 2017

Nadmorskie pocztówki. I lato na talerzu.

Najpierw długo spacerują po plaży. Słońce czy deszcz, bez różnicy. Z daleka widać dwa małe ludziki idące brzegiem. Czasem trzymają się za ręce, innym razem dzieli ich niewielka odleglość. Rozmawiają, śmieją się i żartują, a czasami po prostu milczą.  Cieszą się wiatrem i przestrzenią. Gapią w horyzont. Ona robi zdjęcia, zbiera muszle. On bawi się z psem, którego radosne uszy zabawnie podskakują, kiedy biegnie za piłką, która potoczyła się w dal.








Zmienia się pogoda, zmienia się kolor nieba i kształt chmur. Niezmienne są jednak iskierki w jej oczach, kiedy opowiada mu, co przyniosły ostatnie dni. W końcu, zmęczeni, gdzieś przycupną na chwilę na piasku, ona położy mu głowę na ramieniu, a on czułym gestem pogładzi jej potargane wiatrem wlosy.






Kiedy wrócą do domu, najpierw zapalą się światła w kuchni. On zaparzy herbatę, ona otworzy butelkę ulubionego wina. Wybiorą muzykę na wieczór. A potem spotkają się przy wielkim stole. Stół ma gruby blat, jakby surowe, jedynie nieco wygładzone drewno, widać, ze niejedno przeszedł. Ma piękne toczone nogi. Mój pradziadek Jaś potrafił takie zrobić i dlatego mam do nich sentyment. Dokładnie taki stół jest pierwszy na liście sprzętów do mojej wymarzonej kuchni :)
Spotkanie przy stole. Chwila rozmowy. Mały plan działania. Każde ze swoim ulubionym nożem. Na blacie ladują warzywa, przyprawy i koszyk z owocami. Będzie więcej herbaty. Czas się na chwilę zatrzyma w tej kuchni z oknami wychodzącymi na przystań.
Ona dla niego - po swojemu, pełnia smaku i środziemnomorska radość życia. On dla niej - kolorowy letni deser, rozkosz łasucha :)






Letni kuskus z krewetkami i grillowanymi warzywami

2 czerwone papryki, pokrojone na kawałki
1 cukinia, pokrojona w półplasterki
1 główka czosnku, pooddzielane nieobrane ząbki

5 łyżek oliwy z oliwek
kopiasta łyżeczka wędzonej papryki
1/2 łyżeczki kuminu
sól

300 g obranych i ugotowanych krewetek
250 g kuskusu
1 pęczek świeżej kolendry, posiekanej
sok z cytryny
1 duża garść czarnych wypestkowanych oliwek
oliwa
sól

Blachę do pieczenia wykładamy folią aluminiową i ustawiamy piekarnik na 200 stopni z opcja grillą. Pokrojone papryki, cukinie i ząbki czosnku mieszamy z oliwą i przyprawami i pieczemy do miękkości. Kuskus przygotowujemy według przepisu na opakowaniu. Kiedy jest gotowy, mieszamy go widelcem, żeby uniknąć grudek. Upieczone warzywa mieszamy z krewetkami, dodajemy oliwki, doprawiamy sokiem z cytryny i solą i odstawiamy na chwilę. W dużej misce łaczymy kuskus z warzywami, dodajemy kolendrę i doprawiamy według uznania. Pyszne na ciepło albo w temperaturze pokojowej. Skladniki na 4-6 porcji.




Łatwy sernik z owocami

500 g kremowego śmietankowego serka
250 ml kremówki
100 g cukru pudru
200 g ciastek digestive, pokruszonych
120 g masła, roztopionego
skórka starta z 2 cyrtyn
sok z 1-2 cytryn
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
500 g mieszanych owoców

Zaczynamy od przygotowania spodu. Pokruszone ciastka łączymy z masłem i wykładamy nimi spód foremki (23 cm). Foremkę wkładamy na kilka minut do lodówki. W większej misce mieszamy dokładnie serek z cukrem pudrem i kremówką. Nie potrzeba do tego miksera. Dodajemy startą skórkę z cytryny, ekstrakt waniliowy i sok z cytryny do smaku. A potem dokładamy owoce. W dzisiejszej wersji maliny i borówki amerykańskie. Mieszamy delikatnie, tak żeby część owoców pozostała w całości, a część (jak maliny) troche się rozdrobniła i dodała sernikowi kolorów. Serową masę wykładamy do foremki i wygładzamy wierzch. Foremkę wkładamy na całą noc do lodówki. Łasuchujemy od śniadania :)

środa, 9 sierpnia 2017

Summer is here...

Chłodno, szaro i ogrom wody z nieba. Wiatr w bonusie ;)
Trochę słońca i chmury o fantastycznych kształtach.
Długie spacery nad morzem. Raczej w wodoodpornej kurtce.
Pikniki na trawie. Czytanie książek w parku.
Niesforne wiersze, które wczesnym rankiem pukają do okien.
Kalosze do pary z kwiecistą sukienką.
Dużo dobrej muzyki.
Truskawki. I jeszcze więcej truskawek.
Ryba z frytkami na małej przystani i stado wrzeszczących mew.
Para, która spaceruje w deszczu z łaciatym zadowolonym psem.
I słychać tylko ich perlisty śmiech.


Lato w Szkocji.






Proste letnie jedzenie. Chrupiące skrzydełka plus doskonały sos. Pyszne na gorąco i na zimno, w sam raz na plenerowe posiadówki
z przyjaciółmi. Dobre z zestawieniu z fasolką szparagową, odrobinę podgotowaną i podsmażoną z chilli i czosnkiem.


Tajskie skrzydełka kurczakowe  (z książki Nigela Slatera "Real Food")

12 skrzydełek

Marynata - wymieszać dokładnie:
1 łyżka sosu rybnego
sok z 1 cytryny
1 łyżeczka brązowego cukru
2 duże ząbki czosnku, zmiażdżone
1 łyżka oliwy z oliwek

Sos:
6 łyżek octu ryżowego
4 łyżki brązowego cukru
1 łyżka ciemnego sosu sojowego
2 małe papryczki chilli, bez pestek, bardzo drobno pokrojone
1 łyżka drobno posiekanej świeżej kolendry
sok z limonki

Skrzydełka z marynatą odstawiamy przynajmniej na godzinę. Dobrze mi robi cała noc w lodówce, jeśli mamy na to czas. W rondelku doprowadzamy do wrzenia ocet z cukrem. Gotujemy kilka minut, aż zacznie gęstnieć. Potem zdejmujemy z ognia i dodajemy pozostałe składniki. Odstawiamy do ostygnięcia. Skrzydełka możemy grillować albo upiec w piekarniku (200 stopni, około 30 minut). Powinny być złociste i chrupiące. Pałaszujemy gorące albo na zimno. Podajemy z sosem. Porcja dla 3 osób.



poniedziałek, 27 marca 2017

A po nocy przychodzi dzień...

Wiele się działo w tych pierwszych dniach wiosny. Albo raczej - wiele rzeczy potoczyło się zupełnie nie po mojej myśli.  W pewnym momencie wszystkie te drobinki złączyły się w ogromną kulę i miałam wrażenie, że przygniata mnie planeta Ziemia :( I trudno było oddychać. Była chwila, kiedy kiełkująca za oknem zieleń ustąpiła miejsca czemuś szaremu i przygnębiającemu, co jak misternie tkana sieć pajęcza zaczęło mnie powolutku podstępnie owijać. Na szczęście jednak udało mi się odzyskać dobry nastrój. Pomogło mi słońce i moje małe, ale znaczące przyjemności
Było mnóstwo rozmów, kojących jak domowy rosół, na linii Edynburg - Szczytno, Ontario, Bielsko-Biała i Łódź... Byli moi przyjaciele, którzy wspierali mnie najlepiej, jak potrafili, żebym mogła podnieść się z całej tej sytuacji. Koleżanka na wieść o katastrofie powiedziała: "Szampana otwórz. I dalej, przed siebie!". Najpierw pomyślałam, że zwariowała. Świętować porażkę? A potem przypomniał mi się mój ukochany Aleksy Zorba, kiedy patrzy na to, co dzieje się (niestety, nie po jego myśli) w kopalni i mówi - ach, jaka piękna katastrofa... :) No i otworzyłam prosecco :)
Innego dnia ścierałam parmezan na parujące spaghetti z doskonałym (!) sosem bolońskim. Baaaardzo przyjemne uczucie. A w kąciku oddychało sobie czerwone toskańskie... :) I wróciłam do pisania!




Jakiś czas potem dołek powrócił, więc mówię do kolegi, że chyba pora pójść po torcik/apple paja i skonsumować go radośnie w stylu Brigdet Jones, w łożku i z lodami waniliowymi. Na co słyszę: tak, tak i nie zapomnij założyć tych nowych getrów do biegania, jak już pójdziesz z talerzykiem do łóżka. Fakt, nabyte zostały getry motywacyjne, stylowy grafit, czarne siateczki, sami rozumiecie...:) I mówię do kolegi: a wiesz, Wielkanoc się zbliża, szyneczki na tapecie, a tu jeszcze takie stylowe opakowanie i strecz ;) I oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Rozpogodziło się i poszłam na spacer. Morze krokusów, a do tego jeszcze żonkile i szafirki w pakiecie. Taki uśmiech wiosny :) Obok miejsca, w którym mieszkam, znajduje się jeden ze starszych cmentarzy w mieście. Kiedy ostatnio przechodziłam alejką, zobaczyłam zabawny obrazek. Tłuściutka (i kto to mówi w sumie...) wiewiórka siedziała na wierzchołku nagrobkowej płyty. Omszała płyta była ozdobiona trupią czaszką, i właśnie na wierzchołku tej czaszki siedziała sobie wiewórka i zajadała orzecha, patrząc na mnie zawadiacko. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. To było takie puszczenie oka do wieczności, szczypta humoru w ostatecznych sprawach. Rzeczywistości nie można traktować ze śmiertelną powagą. Czasami trzeba po prostu zasiąść na czaszce i coś schrupać. A po nocy przychodzi dzień...




Sałatka z rzodkiewką i mango z sosem chrzanowym  (z książki "Five-a-Day Fruit and Vegetable Cookbook" K. Whiteman, M. Mayhew)

10-15 rzodkiewek, pokrojonych w cienkie plasterki
1 jabłko, ze skórką, pokrojone w plasterki
2 łodygi selera naciowego, pokrojone w cienkie plasterki
1 nieduże mango, pokrojone w kostkę

Sos:
120 ml śmietany
2 łyżeczki startego chrzanu
1 łyżka posiekanego koperku
sól i pieprz do smaku

Arcyprosta i efektowna sałatka. Do tego pyszna. W sam raz na wiosnę. Wszystkie składniki po prostu mieszamy. A sos doprawiamy wedle uznania. Polecam od razu podwoić produkty, z podanych wychodzi około 3 porcji, albo 4 malutkie, a jak wiadomo malutkie porcje nie należą do ulubionych w przypadku hipopotamów ;)















środa, 8 marca 2017

Dzień Kobiet :)

Wszystkim Kobietom, które mnie wspierają, kochają, inspirują i są przy mnie zawsze, kiedy tego potrzebuję...

Kobietom, które dopiero spotkam...

Kobietom, które każdego dnia mierzą się dzielnie z wyzwaniami codzienności i nie przestają się uśmiechać...

Siostrom, mamom, babciom i ciotkom, diablicom, aniołom stróżom, wiedźmom, dobrym wróżkom, wilczycom, poetkom, bratnim duszom, opiekunkom, przyjaciółkom... 

Dziękuję  Kocham Was.

Życzę Wam wszelkiej dobroci, spokoju, radości, miłości,
siły do realizacji marzeń
i spełnienia pod każdym względem.









:) :) :) 



poniedziałek, 6 marca 2017

A hummusik jest jeszcze?

Czasami muszę po prostu jeść nieustannie TĘ JEDNĄ RZECZ. Wie o tym jak nikt moja Mama, która za każdym razem, kiedy wracałam z Maroka czy Egiptu miała dla mnie stosik schaboszczaków. Tak to jest, kiedy ze wszystkich łakoci najbardziej lubisz boczek ;) I śledzie...! Moje ukochane śledzie musztardowe dzięki życzliwym duszom przyleciały kilka razy do Agadiru i do dziś wspominamy z koleżankami Rosjankami śledziowe wieczory z moskiewską wódeczką ;)
Po "fazie na schabowego" przez tydzień z kolei jadłam na śniadanie kanapki z majonezem kieleckim, szyneczką i kiszonymi ogórkami z maminej spiżarni. Potem był etap grzybków marynowanych, a potem już powrót do normalnego odżywiania...
W Szkocji schabu nie brakuje, a śledzie musztardowe i majonezik kielecki mogę kupić w sklepie za rogiem. Są nawet toruńskie pieniki i trufle Wawela :) Moje obecne kulinarne uzależnienie to hummus, przyrządzany na sto sposobów i marokańska harissa, którą najchętniej dodawałabym do wszystkiego. Ot, takie małe, okresowe wariactwo. 
Jedna z moich ostatnich hummusowych produkcji była naprawdę wyśmienita. A do tego, żeby się nią z Wami podzielić zmotywował mnie pewien kucharz, który został nią poczęstowany. Przydreptał na drugi dzień i pyta: "A hummusik jest jeszcze...?" :) 




Wyjadam hummus łyżeczką. Bardzo lubię go jeść z selerem naciowym, używam łodyżek zamiast łyżeczki. Cudownie smakuje na ciemnym pieczywie pełnoziarnistym, ale również na zwykłej kromce chleba podpieczonej w tosterze. Można też łasuchować z włoskimi paluszkami grissini :)
Bardzo łatwo jest hummus przygotować i dosmaczyć go sobie do nastroju po prostu. Prosta baza daje wiele możliwości. Jeśli mam czas, to jak Pan Bóg przykazał gotuję ciecierzycę. Jeśli z czasem krucho, rozgrzeszam się i pędzę nabyć kilka opakować hummusu w wersji klasycznej, albo z karmelizowaną cebulą. A potem, późnym wieczorem na kuchennym blacie rozpoczyna się szaleństwo...
Przepis na hummus paprykowy już się kiedyś u Hipopotama pojawił.  Dziś właściwie dokładnego przepisu nie ma. Podstawowy hummus przygotujemy tak:

2 i 1/2 szklanki ciecierzycy (ugotowanej wcześniej lub gotowej z puszki)
6 łyżek oliwy
1/4 szklanki wody
1 duża łyżka pasty sezamowej tahini
1/2 łyżeczki kuminu
2 ząbki czosnku
sok z cytryny
sól

Wszystkie składniki mieszamy w misce i blendujemy do uzyskania jak najgładszej pasty. Jeśli wydaje się sucha, dolewamy oliwy lub odrobinę wody. Trudno mi precyzyjnie podać ilość składników, bo każdy pewnie lubi co innego, ale w mojej ostatniej niebywale smakowitej hummusowej produkcji wyladowały:

1 i 1/2 posiekanej drobniutko papryczki chilli (wypestkowanej)
garść drobno pokrojonych suszonych pomidorów
garść pestek dyni
3 duże ząbki czosnku, zmiażdżone
2 garści posiekanej kolendry
oliwa i sok z cytryny
sól

Wszystkie te dobroci należy po prostu wymieszać z hummusową bazą i dostroić sobie wedle własnego uznania. Pycha i jeszcze raz pycha! Naprawdę warto sporządzić i mieć w lodówce na wypadek "ataku łasucha" :)