Był piękny, rześki grudniowy poranek. Słońce powoli zbierało się do roboty, a ogródek skrzył pozostałością nocnego przymrozku. Cudownie! - pomyślała korpulentna czterdziesto(kilku)latka, stojąc przy oknie i dopijając resztkę aromatycznej świątecznej kawy. To był doskonały moment na dekorowanie drzewa. Kupiła na tę okoliczność nowy komplet światełek. 1000 lampek! Jej mąż tylko przewrócił oczami, traktując ją jak szalonego elfa z amerykańskiego filmu...
Założyła zieloną czapkę (ponoć w kolorze sygnalizacji świetlnej - tak ją niedawno skomentował jakiś maruda na przejściu dla pieszych), grube wełniane skarpety, rękawiczki i wielki szal. Chłodne powietrze maleńkimi igiełkami zaróżowiło jej policzki. Z domku gospodarczego przyniosła (przywlekła!) drabinę. Zadowolona, zaczęła rozpakowywać nowe światełka rozkładając je na szklącej się srebrem trawie. A potem (każdemu jego Everest!) wdrapała się na drabinę, żeby zacząć dekorować od czubka drzewa. Drabina nieco się chwiała, ale dzielna niewiasta powiesiła lampki najwyżej, jak tylko mogła i rozmieszczała je potem (w miarę) równomiernie na gałęziach ogrodowej jabłonki.
Drzwi budynku otworzyły się nieco i pojawiła się w nich siwa głowa sąsiadki. Jesteś tu już dobrą chwilę! - powiedziała. Może przyjdziesz na herbatę i trochę się ogrzejesz? Dziękuję! - odpowiedziała jej z drzewa nasza bohaterka. Jeśli teraz wrócę do domu, nie będę już chciała wychodzić na ten ziąb! Skończę wieszać lampki, a potem napiję się czegoś ciepłego. Ledwo zamknęły się drzwi za przyjazną sąsiadką, a nad siedzącą na czubku drabiny naszą bohaterką przeleciała ogromna mewa. PLUMP!!! Usłyszała. I... poczuła. Nie było wyjścia - musiała wrócić do domu i porządnie wyprać zieloną elfopodobną czapkę.
Zauważyła potem, że kilka gałęzi wciąż nie jest udekorowanych, więc wyjęła kolejny zestaw światełek (tym razem jedynie 500...) i ponownie wspięła się na drabinę. Nauczona poprzednim doświadczeniem, zaczęła teraz przywiązywać światełka do gałęzi, żeby nie zdmuchnął ich wiatr. Drabina znów się zachwiała, tym razem mocniej, i... W mgnieniu oka nasza bohaterka (najokazalszą częścią swojego ciała...) wylądowała w jednej z warzywnych skrzynek jej męża. Dokładnie rzecz ujmując, wśród porów. Przyjemny, cebulkopodobny aromat zaczął się unosić wokół niej. Sprawczyni zamieszania nie bardzo się mogła z warzywnika wydostać. Śmiała się do rozpuku, myśląc, że przypomina teraz przewróconego na plecy nieporadnego żuczka. I że z pewnością da się stworzyć jakieś interesujące danie w stylu "z-gniecione pory". Wieczorową porą, w niedużym ogródku przy ulicy, jabłonka rozbłysła niczym magiczne drzewo z baśniowej opowieści.
Morał...? W każdym z nas jest coś z elfa. Mamy w sobie mnóstwo radości, czasami głęboko ukrytej. Mamy swoje wielkie ambicje i plany, ale też każdy z nas jest na swój sposób śmieszny, mały, felerny. Mimo to każdy, ale to każdy z nas może zapalić światełka, czy to na drzewie, czy w czyimś sercu, czy na oknie. Dlatego szukajmy radości, zawsze podążajmy za światłem i nieśmy je innym. Najpiękniejszych świąt Bożego Narodzenia!
Założyła zieloną czapkę (ponoć w kolorze sygnalizacji świetlnej - tak ją niedawno skomentował jakiś maruda na przejściu dla pieszych), grube wełniane skarpety, rękawiczki i wielki szal. Chłodne powietrze maleńkimi igiełkami zaróżowiło jej policzki. Z domku gospodarczego przyniosła (przywlekła!) drabinę. Zadowolona, zaczęła rozpakowywać nowe światełka rozkładając je na szklącej się srebrem trawie. A potem (każdemu jego Everest!) wdrapała się na drabinę, żeby zacząć dekorować od czubka drzewa. Drabina nieco się chwiała, ale dzielna niewiasta powiesiła lampki najwyżej, jak tylko mogła i rozmieszczała je potem (w miarę) równomiernie na gałęziach ogrodowej jabłonki.
Drzwi budynku otworzyły się nieco i pojawiła się w nich siwa głowa sąsiadki. Jesteś tu już dobrą chwilę! - powiedziała. Może przyjdziesz na herbatę i trochę się ogrzejesz? Dziękuję! - odpowiedziała jej z drzewa nasza bohaterka. Jeśli teraz wrócę do domu, nie będę już chciała wychodzić na ten ziąb! Skończę wieszać lampki, a potem napiję się czegoś ciepłego. Ledwo zamknęły się drzwi za przyjazną sąsiadką, a nad siedzącą na czubku drabiny naszą bohaterką przeleciała ogromna mewa. PLUMP!!! Usłyszała. I... poczuła. Nie było wyjścia - musiała wrócić do domu i porządnie wyprać zieloną elfopodobną czapkę.
Zauważyła potem, że kilka gałęzi wciąż nie jest udekorowanych, więc wyjęła kolejny zestaw światełek (tym razem jedynie 500...) i ponownie wspięła się na drabinę. Nauczona poprzednim doświadczeniem, zaczęła teraz przywiązywać światełka do gałęzi, żeby nie zdmuchnął ich wiatr. Drabina znów się zachwiała, tym razem mocniej, i... W mgnieniu oka nasza bohaterka (najokazalszą częścią swojego ciała...) wylądowała w jednej z warzywnych skrzynek jej męża. Dokładnie rzecz ujmując, wśród porów. Przyjemny, cebulkopodobny aromat zaczął się unosić wokół niej. Sprawczyni zamieszania nie bardzo się mogła z warzywnika wydostać. Śmiała się do rozpuku, myśląc, że przypomina teraz przewróconego na plecy nieporadnego żuczka. I że z pewnością da się stworzyć jakieś interesujące danie w stylu "z-gniecione pory". Wieczorową porą, w niedużym ogródku przy ulicy, jabłonka rozbłysła niczym magiczne drzewo z baśniowej opowieści.
Morał...? W każdym z nas jest coś z elfa. Mamy w sobie mnóstwo radości, czasami głęboko ukrytej. Mamy swoje wielkie ambicje i plany, ale też każdy z nas jest na swój sposób śmieszny, mały, felerny. Mimo to każdy, ale to każdy z nas może zapalić światełka, czy to na drzewie, czy w czyimś sercu, czy na oknie. Dlatego szukajmy radości, zawsze podążajmy za światłem i nieśmy je innym. Najpiękniejszych świąt Bożego Narodzenia!