-->

cover

sobota, 2 stycznia 2021

Szczęśliwego Nowego Roku :)

I przyszedł Nowy... Uśmiechnął się błękitnym niebem i polukrował moją ogródkową mini Prowansję. Uszczypnął w nos na dzień dobry i zaprosił na piękny spacer. Mały noworoczny toast słynną wiśniówką Taty wznieśliśmy z widokiem na przystań, smakując trunek i rześkie popołudnie. Tyle niepokoju dokoła i tak wiele znaków zapytania wciąż w powietrzu, a jednak przepełniała mnie po prostu wdzięczność i nadzieja na szczęśliwe dni.
Mamy, jak zawsze, swoje marzenia i plany, ale również frasunki, szczególnie po ostatnich miesiącach, wypełnionych troską o najbliższych, którzy są daleko, odwoływaniem tego, co od dawna było zaplanowane i na co tak bardzo się cieszyliśmy i niepewności, co przyniesie kolejny dzień.
Mimo wszystko ten Nowy Rok to za każdym razem krajobraz pełen nadziei, to 365 dni, z których każdy jest nową szansą. To 365 poranków, kiedy trzeba się uśmiechnąć do swojego odbicia w lustrze, zaparzyć kawę, a potem iść po swoje... To stos czystych kartek, na których zamierzam pisać turkusowym atramentem i grubym czerwonym mazakiem. 
Będą codzienne radości, małe święta i ta nasza szara rzeczywistość. Będą płatki śniegu, co łaskoczą w nos, potem przebiśniegi, i radość Wielkanocy. Później tulipany, piękne dni lipca, kolorowy świat jesieni i znów zatoczymy koło, wyjmując z pudełek ulubione ozdoby choinkowe.
Niech to będzie dla nas dobry rok. Niech otaczają nas życzliwi i serdeczni ludzie. I my bądźmy takimi ludźmi dla innych. 








W mojej rodzinie mówi się, że "jaki Nowy Rok, taki cały rok" i staramy się, żeby ten pierwszy dzień Nowego Roku miał pewną jakość. Lubimy zacząć od dobrego śniadania, dlatego w sylwestrowy wieczór, między kolejnymi partyjkami gry w kości, tuż przed północą wylądowała w piekarniku chałka. 




Tym sposobem mogliśmy się porządnie wyspać po zarwanej nocy, a później zaparzyć kawę i pokroić chałkę na rozkoszne grube kromki. Niby nic, ale takie śniadanie ma moc :) Do chałki potrzebuję tylko masła i miodu spadziowego, albo konfitury śliwkowej. Jednak noworoczne śniadanie zasługuje na coś ekstra, była więc wspaniała kanapka z awokado, wędzonym łososiem, jajkiem i sosem chilli. Jedyna w swoim rodzaju, zupełnie jak każdy nowy początek. Tak mi się też skojarzyła ta chałka noworocznie, można ją wykorzystać do świetnych kanapek, na słodko, na słono, można się nią dzielić i cieszyć, a można również zapomnieć i pozwolić jej smętnie obeschnąć w kuchennym kącie. Co zrobicie z Waszą chałką i Waszym Nowym Rokiem...?





Chałka nasza ulubiona  (na podstawie przepisu Liski stąd )

30 g świeżych drożdży albo 3 łyżeczki drożdży instant
350 g mleka, leciutko podgrzanego
60 g drobnego cukru
80 g masła, roztopionego i ostudzonego
550 g mąki 
1 płaska łyżeczka soli
1 jajko
do posypania: sezam, kruszonka, mak

Do mleka dodajemy drożdże i cukier, mieszamy i odstawiamy, aż drożdże "ruszą". Trwa to zwykle 15-30 min. Do miski z mąką i solą wlewamy roztopione masło i drożdżową mieszankę i zaczynamy wyrabiać ciasto. Staramy się nie dosypywać już mąki, dobrym sposobem na klejące ciasto jest delikatne posmarowanie dłoni olejem lub oliwą (piszę o tym tu , polecam zajrzeć, jeśli zaczynacie przygodę z drożdżowym). 
Kiedy mamy już gładkie, odchodzące od ręki ciasto, formujemy kulę i odkładamy je do miski delikatnie nasmarowanej masłem lub olejem, na godzinę lub dłużej, tak, aby ciasto podwoiło objętość. Gdy ciasto urośnie, wyjmujemy je z miski, "odgazowujemy" (to jeden z moich ulubionych momentów, ciasto wtedy dramatycznie się zmniejsza) i w zależności od tego, czy chcemy upiec jedną naprawdę dużą chałkę (to moja opcja) czy dwie mniejsze, dzielimy ciasto na pół. Kolejny krok to podzielenie ciasta na trzy części, rolowanie trzech wałków i zaplecenie warkocza (wybieram najprostszą wersję, ale na YouTube znajdziecie mnóstwo wskazówek, jak zaplatać chałkę z 4 czy nawet 6 pasm). Pamiętamy, że ciasto musi być zaplecione dosyć luźno. Zaplecioną chałkę odkładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (ja jeszcze delikatnie posypuję go mąką) i odstawiamy do ponownego wyrośnięcia. Liska radzi przykrycie chałki wilgotną ściereczką, ale rezygnuję z tego, bo chałki, które przykrywałam, wychodziły dziwnie płaskie. 
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni, w miseczce lekko ubijamy jajko i smarujemy nim chałkę (można dodać łyżkę wody). Posypujemy czymś, co akurat mamy pod ręką :) Pieczemy około 30 minut, aż chałka będzie złota. 








środa, 2 grudnia 2020

#dynia 2

Może pamiętacie, że wiosną polecałam młodszym i starszym czytelnikom niezwykłą książkę Charliego Mackesy "Chłopiec, kret, lis i koń". Było to w okolicach Wielkanocy, przy okazji pieczenia fantastycznej świątecznej drożdżówki w wersji de luxe. Nasze życie zmieniło się wtedy gwałtownie, wraz z początkami pandemii i pisałam o "Chłopcu...", bo ta książka wydawała mi się wymarzoną lekturą na niespokojny czas. Wiem, że niektórzy z Was po nią sięgnęli i bardzo mnie cieszyły Wasze pozytywne recenzje! Wciąż bardzo polecam tę książkę, będzie pięknym prezentem pod choinkę. 
Dziś, u progu oczekiwania na Boże Narodzenie, mam dla Was przepis na pyszną babkę dyniową z przyprawami korzennymi i dwie kolejne książkowe rekomendacje. Zastanawiałam się, czy już trochę nie za późno na dyniowe przepisy, ale dynia będzie nam towarzyszyć również w zimie, więc czemu nie...?
Wiadomo już, że tegoroczne święta będą się zdecydowanie różnić od dotychczasowych, pod wieloma względami. Spędzimy je w Szkocji, daleko od najbliższych i pięknej polskiej Wigilii. Rozmawialiśmy ostatnio o świątecznym menu, które będzie mocno okrojone, i mój Luby zażyczył sobie właśnie dyniową babkę jako bożonarodzeniowe ciasto. Zupełnie go rozumiem, babka dyniowa jest pyszna, delikatna i aromatyczna dzięki hojnemu dodatkowi korzennych przypraw, więc w tym roku upiekę ją zamiast piernika.




Moje ulubione książki to literatura faktu i dobry reportaż. Jednak w tym roku sięgnęłam również po pozycje, które kompletnie nie przystają do mojego zwyczajowego kanonu. Myślę, że jest to kwestia całokształtu roku 2020, sytuacji w Polsce i na świecie, wydarzeń, które powodowały, że po policzku ciekła łza, a pięść sama się zaciskała w bezsilnym sprzeciwie. W pewnym momencie było już tego wszystkiego za dużo i musiałam się na trochę oderwać od rzeczywistości. A coś mi mówi, że to jeszcze nie koniec...

"Śnieżną siostrę" Mai Lunde kupiłam w październiku. Czytałam o niej w ubiegłym roku i bardzo chciałam przeczytać. Pachnąca pierniczkami i pomarańczą opowieść, która rozpoczyna się tuż przed Wigilią, wydawała się doskonałym sposobem na chwilowe oderwanie od tego, co na świecie. I rzeczywiście była! To historia dziesięcioletniego Juliana, który kilka miesięcy wcześniej stracił starszą siostrę. Od śmierci Juni życie rodziny Juliana bardzo się zmieniło, rodzice i młodsza siostrzyczka wydają się być zupełnie innymi, jakby obcymi ludźmi. Nawet pogawędki z przyjacielem Johnem nie są już takie jak kiedyś i kończą się zdawkową wymianą zdań na temat pogody. Pewnego dnia Julian spotyka dziewczynkę w czerwonym płaszczyku, która przygotowuje pyszne kakao, pięknie się uśmiecha i mieszka w niezwykłym domu. Julian zyskuje nową koleżankę, z którą na nowo odkrywa uroki zimy i która uczy go patrzeć na świat zupełnie inaczej. Jednak Hedwig przynosi ze sobą tajemnicę, o której nigdy Julianowi nie powie... Czy chłopczyk zdoła odkryć ten sekret? Czy Boże Narodzenie, na  które Julian co roku czeka z biciem serca, będzie miało ten sam urok? To opowieść o stracie, o tym, że trzeba cieszyć się każdą chwilą, i naturalnie, o świątecznej magii. Jest w tej historii przejmujący smutek i iskrząca świąteczna radość. 24 rozdziały (akurat na czas Adwentu!) wieńczy wzruszające zakończenie. Książka jest bardzo starannie wydana, ma twardą okładkę, duży format i przepiękne ilustracje.  Bardzo polecam jako prezent gwiazdkowy dla nieco starszych dzieci, ale również dla dorosłych, którzy mają ochotę na książkę typu "balsam dla duszy".  




Starszym czytelnikom, którzy lubią baśnie, polecam niemal 1500-stronicową wyprawę na średniowieczną Ruś. Jakie były alternatywy dla panny z dobrego domu w tamtych czasach? Zamążpójście lub klasztor. A jeżeli owa panna była wnuczką i córką czarownicy...? Wasylisa, zwana Wasią, główna bohaterka baśniowej trylogii Katherine Arden wybierze inną drogę - magię. Kiedy była małym dzieckiem, wespół z rodzeństwem słuchała baśni, które opowiadała im niania. Nie miała wtedy pojęcia, że postaci z tych bajek istnieją naprawdę i że któregoś dnia stanie z nimi oko w oko. Nie wiedziała również, jak potężną siłą została obdarzona, ani jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za podążanie własną ścieżką w życiu. Wasylisa opuściła majątek ojca, Leśną Ziemię i przemierzyła Ruś, ale również połacie świata z pogranicza magii. Niósł ją niezwykły rumak i oddany przyjaciel - Słowik, a na jej szyi błyszczał niespotykany amulet, który dużo wcześniej w Moskwie wręczył ojcu Wasi Morozko, król zimy. Podróż Wasylisy, w którą zostają wplecione wydarzenia historyczne, to nie tylko zmieniające się krajobrazy, to również niekiedy bardzo gorzkie wyprawy w głąb własnej duszy, odkrywanie przeznaczenia i nieustanna nauka o prawach rządzących światem. To również spotkania z ludźmi i... czartami.  Czy warto szukać własnej drogi w życiu? Czy dobro i zło dla każdego oznaczają to samo? I wreszcie, czy na świecie może panować równowaga...? Na te pytania stara się odpowiedzieć Katherine Arden, autorka trylogii, którą polecam Wam szczególnie na długie wieczory o tej porze roku (część I Niedźwiedź i słowik, część II Dziewczyna z wieży, część III Zima czarownicy). 




Dyniowa babka korzenna  (na podstawie tego przepisu)

200 g puree dyniowego
2 jajka
100 ml mleka
250 g cukru demerara
250 g mąki
1 łyżeczka sody + 1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 łyżeczka imbiru
1/4 łyżeczki goździków
1/2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego

Jeśli nie przygotowywaliście jeszcze dyniowego puree, tutaj możecie przeczytać jak to zrobić. Ważne, żeby było gęste, w 9 przypadkach na 10 odparowuję je jeszcze w garnku, żeby pozbyć się nadmiaru wody. 
Piekarnik nagrzewamy do 170-175 stopni. Przygotowujemy formę z kominkiem (moja ma 24 cm średnicy). W większej misce mieszamy dyniowe puree, jajka, olej, mleko i cukier, tak jak w przypadku muffinów, dość szybko, tylko do połączenia składników. W innym naczyniu mieszamy mąkę z solą, przyprawami, sodą i proszkiem do pieczenia. Suche składniki dodajemy do mokrych, mieszamy szybko, ale dokładnie i wlewamy masę do foremki. Wyrównujemy wierzch i pieczemy 50-60 min, do suchego patyczka. Ciasto po upieczeniu jest bardzo delikatne, więc najlepiej jest zostawić go w foremce, dopóki trochę nie ostygnie. Lukier zrobiłam na oko, z kilku łyżek cukru pudru i odrobiny wody. W wersji świątecznej dodam do lukru odrobinę imbiru. 








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...