-->

cover

środa, 25 grudnia 2024

Turn on the lights!

Był piękny, rześki grudniowy poranek. Słońce powoli zbierało się do roboty, a ogródek skrzył pozostałością nocnego przymrozku. Cudownie! - pomyślała korpulentna czterdziesto(kilku)latka, stojąc przy oknie i dopijając resztkę aromatycznej świątecznej kawy. To był doskonały moment na dekorowanie drzewa. Kupiła na tę okoliczność nowy komplet światełek. 1000 lampek! Jej mąż tylko przewrócił oczami, traktując ją jak szalonego elfa z amerykańskiego filmu...
Założyła zieloną czapkę (ponoć w kolorze sygnalizacji świetlnej - tak ją niedawno skomentował jakiś maruda na przejściu dla pieszych), grube wełniane skarpety, rękawiczki i wielki szal. Chłodne powietrze maleńkimi igiełkami zaróżowiło jej policzki. Z domku gospodarczego przyniosła (przywlekła!) drabinę. Zadowolona, zaczęła rozpakowywać nowe światełka rozkładając je na szklącej się srebrem trawie. A potem (każdemu jego Everest!) wdrapała się na drabinę, żeby zacząć dekorować od czubka drzewa. Drabina nieco się chwiała, ale dzielna niewiasta powiesiła lampki najwyżej, jak tylko mogła i rozmieszczała je potem (w miarę) równomiernie na gałęziach ogrodowej jabłonki. 
Drzwi budynku otworzyły się nieco i pojawiła się w nich siwa głowa sąsiadki. Jesteś tu już dobrą chwilę! - powiedziała. Może przyjdziesz na herbatę i trochę się ogrzejesz? Dziękuję! - odpowiedziała jej z drzewa nasza bohaterka. Jeśli teraz wrócę do domu, nie będę już chciała wychodzić na ten ziąb! Skończę wieszać lampki, a potem napiję się czegoś ciepłego. Ledwo zamknęły się drzwi za przyjazną sąsiadką, a nad siedzącą na czubku drabiny naszą bohaterką przeleciała ogromna mewa. PLUMP!!! Usłyszała. I... poczuła. Nie było wyjścia - musiała wrócić do domu i porządnie wyprać zieloną elfopodobną czapkę. 
Zauważyła potem, że kilka gałęzi wciąż nie jest udekorowanych, więc wyjęła kolejny zestaw światełek (tym razem jedynie 500...) i ponownie wspięła się na drabinę. Nauczona poprzednim doświadczeniem, zaczęła teraz przywiązywać światełka do gałęzi, żeby nie zdmuchnął ich wiatr. Drabina znów się zachwiała, tym razem mocniej, i... W mgnieniu oka nasza bohaterka (najokazalszą częścią swojego ciała...) wylądowała w jednej z warzywnych skrzynek jej męża. Dokładnie rzecz ujmując, wśród porów. Przyjemny, cebulkopodobny aromat zaczął się unosić wokół niej. Sprawczyni zamieszania nie bardzo się mogła z warzywnika wydostać. Śmiała się do rozpuku, myśląc, że przypomina teraz przewróconego na plecy nieporadnego żuczka. I że z pewnością da się stworzyć jakieś interesujące danie w stylu "z-gniecione pory". Wieczorową porą, w niedużym ogródku przy ulicy, jabłonka rozbłysła niczym magiczne drzewo z baśniowej opowieści.

Morał...? W każdym z nas jest coś z elfa. Mamy w sobie mnóstwo radości, czasami głęboko ukrytej. Mamy swoje wielkie ambicje i plany, ale też każdy z nas jest na swój sposób śmieszny, mały, felerny. Mimo to każdy, ale to każdy z nas może zapalić światełka, czy to na drzewie, czy w czyimś sercu, czy na oknie. Dlatego szukajmy radości, zawsze podążajmy za światłem i nieśmy je innym. Najpiękniejszych świąt Bożego Narodzenia!


niedziela, 23 stycznia 2022

Najlepszego Nowego!

Wspominałam już kilka razy o zmianie, która wydaje się być jedynym stałym elementem naszego życia. W pewnym stopniu już do tego przywykłam, ale jednak nie do końca. A covidowa rzeczywistość uświadomiła mi, jak bardzo zawsze chciałam się trzymać jakiegoś planu, wiedzieć, co będę robić za 3 miesiące, czy też dokąd moglibyśmy polecieć za pół roku. Tymczasem klops, nie wiadomo, co wydarzy się za dwa tygodnie. I chyba są jedynie dwa wyjścia z tej sytuacji. Można się denerwować i tupać nóżką, albo próbować jakoś się dopasować do dzisiejszych realiów. Wybrałam drugi wariant, ale uczciwie przyznaję, że nie odbyło się to bezboleśnie i wciąż jeszcze zdarzają mi się mniejsze lub większe frustracje powodowane obecną sytuacją. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzą naprawdę istotne sprawy.




Kiedy w grudniu odlatywał samolot do Krakowa, ten, do którego od dawna z niecierpliwością odliczałam dni, poszliśmy poszukać choinki. W domu nie było zbyt wielu świątecznych akcentów, bo przecież święta miały być w Polsce, ale tuż przed Wigilią udało nam się udekorować mieszkanie. A choinka, mimo że nieplanowana, była najpiękniejszym drzewkiem na świecie. Symetryczna i gęsta, z ozdobami, z których właściwie każda ma już swoją małą historię. Ubraliśmy nasze drzewko we wspomnienia (ozdobami, które kupiłam na moje pierwsze święta w Szkocji i wstążkami z mojego marcowego ślubnego bukietu) i dobre życzenia (ceramicznymi cudami, które zrobiła dla nas moja Mama). Na choince znalazło się również kilka mocno koślawych szmacianych gwiazdek, które uszyłam w trakcie pierwszego lockdownu (JA i szycie...!!!) i stadko drewnianych malowanych ptaszków. Byliśmy bardzo dumni z naszego drzewka, które okazało się również cudownym przedmiotem kontemplacji... 




Miniony rok był dla mnie trudny. Czekałam bardzo na grudniowe spotkanie z rodziną i odrobinę zasłużonych wakacji. Tymczasem zostaliśmy w Szkocji, a mnie dopadło paskudne przeziębienie i okres świąteczno - noworoczny spędziłam na sofie, pod kocem. Parzyłam niezliczone dzbanki zimowej herbaty (grube plastry pomarańczy i cytryny, imbir, goździki, czarna herbata i miód), i słuchając ulubionej muzyki patrzyłam na rozświetloną choinkę. Zaaranżowałam sobie miejsce mocy, z dużą ilością świec, źródło spokoju i dobrej energii. Odłączyłam się na dłuższą chwilę od internetów, wyłączyłam telefon i odetchnęłam.




A potem przyszedł styczeń, nowy rok, nowy kalendarz, i nowe... plany? Póki co plany są jedynie na marzec i choć mam nadzieję, że tym razem się uda, to jak śpiewał Kuba Sienkiewicz "poczekam i popatrzę, nie cofnę kijem Wisły"... A w kwestii sławetnych noworocznych postanowień, cóż... Nie jestem wzorem konsekwencji, niestety... W tym roku postanowiłam trochę zmienić podejście do całego tematu postanowień. Trafiłam na słowa, które bardzo do mnie trafiły (Kent Nerburn, oryginalny tekst w języku angielskim, znaleziony w sieci, moje wolne tłumaczenie):
"W tym miesiącu ciemności, staraj się patrzeć uważnie. Przyjrzyj się wnętrzu Twoich dłoni, temu, za czym podążają Twoje palce. Dotykaj krawędzi starych naczyń. Zanurz się w ceremoniach codzienności. Nie skupiaj się na dużych problemach. W styczniu potrzebujemy rytuału, a nie filozofii." Jednym słowem - dajmy sobie czas i przyjrzyjmy się swoim wnętrzom, swoim potrzebom i tęsknotom, zanim pozwolimy sobie na rozpęd. 
Spodobało mi się również, że niektórzy zamiast tworzyć listę postanowień, wybierają słowa - klucze na nowy rok, do przemyślenia i wcielenia w życie. I ja wybrałam takie słowa dla siebie. Pierwsze to "oddycham" a drugie - "równowaga". Rozpoczęłam również ćwiczenia praktyczne z zakresu wytyczania granic i wsłuchiwania się w podszepty duszy, często zagłuszane przez skrzeczącą rzeczywistość, ale chyba jeszcze częściej przez nasze własne głęboko zakorzenione schematy myślowe.
Najlepszego Nowego Roku, Kochani :)




Dzisiaj dzielę się z Wami trzema przepisami, które są na żelaznej liście moich emigracyjnych Wigilii. Znajome smaki, odrobina znanych tradycji i tworzenie własnych - o to chyba chodzi, nie tylko w święta, ale w również życiu :)  Wprawdzie okazja do testowania świątecznych przepisów dopiero końcem roku, ale dobry śledzik zawsze w cenie, a pieczone pierogi i pasztet soczewicowy sprawdzą się na karnawałowych spotkaniach - do barszczyku jak znalazł!

Kiedy jestem w Bielsku, odwiedzam niegdysiejszy sklep Społem w centrum, kupuję kilka rodzajów śledzi i wyruszam w odwiedziny do Dziadka Wieśka, który kocha śledzie jak ja. Śledziki z poniższego przepisu okazały się objawieniem :) I miałam zamiar je sporządzić dla Dziadka na święta. Następnym razem...


Śledzie po kaszubsku  (przepis Asi z Kwestii Smaku)

600 g matjasów, wymoczonych i osuszonych
3 łyżki octu 10%
2 cebule, pokrojone w półplasterki
olej
7 suszonych śliwek, drobno posiekanych
2 średnie ogórki kiszone, posiekane w kosteczkę
pieprz 
1 łyżka majeranku
1 liść laurowy
2 ziarenka ziela angielskiego
200 g koncentratu pomidorowego
3 łyżki pikantnego ketchupu

Osuszone matjasy kroimy na kawałki, wkładamy do niedużej miski, skrapiamy octem, mieszamy i odstawiamy na godzinę lub nieco dłużej.
Cebulę szklimy na 2-3 łyżkach oleju, a potem dodajemy majeranek, listek laurowy i ziele angielskie i smażymy jeszcze 2-3 minuty. Dodajemy śliwki, a po chwili ogórki, koncentrat i ketchup. Smażymy jeszcze chwilę, dodajemy 4 łyżki oleju, doprawiamy do smaku pieprzem, ewentualnie odrobiną soli i odstawiamy do ostygnięcia. 
Mieszamy śledzie z sosem i wkładamy do słoików. Z podanych proporcji wychodzą dwa średnie słoiki. Najlepiej przygotować te śledzie 2-3 dni przed podaniem i pozwolić im posiedzieć w lodówce. Są wspaniałe!




Pieczone pierogi (ciasto wg przepisu niezrównanej Liski z White Plate) są rewelacyjne. Nie tylko wspaniale się prezentują na stole, ale również smakują wyśmienicie. Na moją pierwszą szkocką Wigilię przygotowałam je z przepisu Liski, z nadzieniem z ziemniaków i fety. Eksperymentowałam potem z soczewicą, pieczonymi warzywami i chorizo, i za każdym razem to był sztos! Dwa lata temu "poszłam w klasykę" i przygotowałam te pierogi z kapustą i grzybami. Są przepyszne, a mój mąż uwielbia je w duecie z kubkiem gorącego barszczu.


Pieczone pierogi z kapustą i grzybami


Farsz:
900 g kiszonej kapusty (waga po odsączeniu)
150 g suszonych grzybów (lub więcej, im więcej tym lepiej)
2 cebule, posiekane w drobną kostkę
sól, pieprz, granulowany czosnek
olej

Ciasto:
400 g mąki
200 g zimnego masła
2 łyżki śmietany (używam 18%)
1/2 łyżeczki soli
1 jajko
 
Do posmarowania pierogów przed pieczeniem: 1 rozkłócone jajko + 2 łyżki śmietany (opcjonalnie)

Farsz najlepiej przygotować sobie wcześniej. Opłukane grzyby zalewamy na noc wodą, a potem w tej samej wodzie gotujemy do miękkości. Odsączamy (nie wylewamy wody!) i drobno siekamy.
Kapustę odsączoną z soku zalewamy wodą z gotowania grzybów, tak aby ją tylko przykryć (możemy dolać odrobinę świeżej wody, jeśli jest jej za mało). Gotujemy do miękkości, odsączamy porządnie i siekamy drobno. 
Na niedużej ilości oleju smażymy cebulę do miękkości. Dodajemy grzyby i podsmażamy jeszcze chwilę. Dodajemy kapustę, podsmażamy chwilę całość i doprawiamy do smaku solą, pieprzem i czosnkiem. Najlepiej, aby farsz był wyrazisty. Jeśli wydaje się suchy, dodajemy odrobinę oleju. Odstawiamy do wystygnięcia. 
Aby przygotować ciasto, siekamy mąkę z masłem, następnie dodajemy pozostałe składniki i jak najszybciej formujemy z ciasta gładką kulę, którą owijamy folią i wkładamy do lodówki na 30 min - 1h. 
Następnie rozwałkowujemy ciasto na około 3 mm, wycinamy kółka (około 12 cm) i nadziewamy farszem formując pierogi. Staram się nakładać dwie szczodre łyżeczki farszu do każdego pieroga i jak najbardziej rozciągnąć ciasto - bardzo łatwo z nim pracować. 
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni, a blachę wykładamy papierem do pieczenia. Można jeszcze delikatnie go oprószyć mąką. Pierogi na blasze smarujemy jajkiem ze śmietaną i posypujemy np. kminkiem. Ja bardzo lubię czarnuszkę, polecam, jeśli macie pod ręką. Pieczemy je 30 - 40 min. Można je jeść tuż po wystudzeniu, można też na zimno. Przechowujemy je w szczelnym pudełku. Z podanych proporcji wychodzi około 18 pierogów.




Ostatni przepis, którego już nie zdążyłam sfotografować, to soczewicowy pasztet Marty Dymek z Jadłonomii. Marta przekonała mnie do wegańskich pasztetów, był już u Hipopotama pasztet pieczarkowy jej autorstwa. Pasztet z soczewicy ma grzybową nutkę, a dodatek suszonych śliwek przydaje mu świątecznego wyglądu. Będzie pyszny z tradycyjną sałatką jarzynową, z domowym chlebem i naturalnie jako dodatek do barszczu. 


Pasztet soczewicowy ze śliwką


200 g soczewicy zielonej lub brązowej - gotujemy do miękkości
100 g kaszy jaglanej - gotujemy do miękkości
2 cebule, pokrojone w kostkę
2 liście laurowe
3 ziarenka ziela angielskiego
3 goździki
1 ziarno jałowca
olej
do masy:
2-3 łyżki sosu sojowego
3/4 łyżeczki majeranku
1/2 łyżeczki cząbru
szczypta gałki muszkatołowej
sól, pieprz
10 suszonych śliwek

Na niedużej ilości oleju smażymy do miękkości cebulę z liściem laurowym, zielem angielskim, goździkiem i jałowcem. Kiedy usmażona, wyjmujemy przyprawy.
Wszystkie składniki mieszamy w misce i blendujemy na gładką masę, doprawiając do smaku. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Niedużą keksówkę smarujemy delikatnie olejem i obsypujemy bułką tartą. Przekładamy do niej 2/3 masy, następnie przez środek delikatnie układamy rządek śliwek i wykładamy na nie resztę masy. Pieczemy 40 - 45 minut, lub nieco dłużej, aż pasztet będzie złoty. Studzimy w foremce. 







niedziela, 14 listopada 2021

List do A. Bez przepisu....

Drogi A.

Kiedy wczoraj zaczęłam usuwać fejsbukowe komentarze, po mojej prośbie o zaprzestanie bezsensownej dyskusji, Ty o godz. 23 apelujesz do mojego sumienia i piszesz „Marta, polscy żołnierze giną, a Ty martwisz się o…”.

Otóż, panie kolego, dla mnie te Twoje trzy kropki to też są ludzie, zupełnie tacy sami, jak polscy żołnierze. Pewnie wiesz, że bliżej mi do harissy i kuminu niż do majeranku i lubczyku, ale ludzie są dla mnie zawsze najważniejsi i wszyscy, ale to wszyscy, byli i są dla mnie absolutnie równi.

Jest mi bardzo smutno z powodu naszego żołnierza (a z pewnością już słyszałeś, że to nie imigranci byli przyczyną jego śmierci i ogłosiła to nawet telewizja na usługach cara RP…), ale mam takie same odczucia względem każdego człowieka, który zmarł w strefie przygranicznej. Z jakiegoś powodu byłam przekonana, że jeśli dojdzie do najgorszego, jeśli ktoś straci tam życie, to wszystko się zmieni. Nie zmieniło się nic. Dochodzi jedynie do eskalacji problemu. 

Ostatniej nocy zaatakowano podlaską bazę Medyków na Granicy, zdemolowano również ich prywatne samochody. To są żony, mężowie, matki, ojcowe, nierzadko z drugiego końca kraju, którzy poświęcają czas z rodziną i jako wolontariusze ratują ludzi w potrzebie. Jako rezultat, Medycy zakończyli swoją działalność 40 godzin wcześniej, ze względu na dobro śledztwa. Z pewnością wiesz, ilu ludziom mogliby w ciągu tych 40 godzin pomóc, ale nie pomogą. Bo czyjaś nienawiść i zaślepienie wzięły góry. To Ci nie przeszkadza….?

Na Twoim profilu pojawiało się zdjęcie Jana Pawła II i chyba również tego Żyda z długimi włosami, wiesz, tego sprzed tysięcy lat, uchodźcy i rebelianta, wroga systemu… Wierzę, że wstawiałeś te zdjęcia, bo utożsamiasz się z wartościami głoszonymi przez te dwie osoby. Jestem jednak przekonana, że żaden z nich nie mówiłby o „polskich żołnierzach i …”, bo żaden nie kategoryzował ludzi. Każde życie jest tyle samo warte, każdy chce mieć dom i przyjazne miejsce do życia. Prawda jest taka, że jedynie Bóg / opatrzność / nazwij jak chcesz zdecydowały, po której stronie płotu z drutu kolczastego dziś jesteśmy. Tymczasem, mimo że nieustannie pojawiają się nawiązania do naszych chrześcijańskich korzeni, dziś Polakom nawet Papież Franciszek już przeszkadza, bo nazywa różne rzeczy po imieniu i jest nam z tym niewygodnie.

Jestem bardzo zawiedziona Twoją postawą, już nawet nie poglądami, bo każdy ma prawo do swoich, ale do tego, że próbujesz zmusić innych, żeby je podzielali. Nie akceptuję tego i nigdy nie będę. Kiedy w ubiegłym roku opowiedziałam się po stronie znaku czerwonej błyskawicy, kilka osób usunęło mnie ze znajomych jako „zwolenniczkę aborcji”. Jestem za wyborem, tak samo wtedy jak i dziś i uważam, że nikt nie ma prawa go kobiecie odebrać. Jednak nie narzucam moich poglądów, nie wysyłam ludziom prywatnych wiadomości i nie mam krucjatowych ambicji – jeśli nie uważają mnie za partnera do rozmowy, trudno. Nie zawsze musi być przyjemnie, ale zawsze powinno być sprawiedliwie…

Teraz doskonale widać, jak w praktyce wygląda w Polsce ochrona życia… Idealnie, jeśli dziecko jest polskie i nienarodzone. Jeśli jednak już tu jest, z niepełnosprawnością i problemami, rodzice są pozostawieni sami sobie. A jeśli jest z innego kraju, w dodatku jeszcze innego wyznania i zagraża mu śmierć z głodu i wyziębienia organizmu, to można już kwestię tych dzieci dyskretnie zamieść pod dywan, bo poza granicami kraju już nas chrześcijański obowiązek nie dotyczy…

Zdajemy również egzamin z chrześcijaństwa, z naszej postawy i naszego działania. Tutaj też wiele już zobaczyłam… Pod jednym z postów polskiej policji jakaś pani zapewniała, że w całym kraju grupy modlitewne proszą o bezpieczeństwo policjantów i szczęśliwy powrót do domu. Zapytałam, czy modlą się również o bezpieczeństwo imigrantów. Najpierw zostałam zarzucona odpowiedziami osób trzecich („stwórz własną grupę i się módl!”), a potem się dowiedziałam, że modlą się „o pokój na świecie” generalnie. Czyli za policję można się modlić oficjalnie, a pozostałe intencje muszą się schować pod przykrywką „pokoju na świecie”, w przeciwnym razie grozi nam publiczny lincz.

Nie jest tak, że Polska wywiązuje się  z podpisanych konwencji i traktatów. Dziwię się bardzo ludziom, którzy bezkrytycznie ogłaszają uwielbienie dla „polskiego munduru”. Wiem, że dla wielu mundurowych to jest bardzo trudny czas, ale miejmy świadomość, że działania niektórych pozostaną plamą na honorze i żadnych powodów do dumy nie ma i nie będzie. Rozumiem jednak, że niektórym przypadła do gustu jedna z ostatnich wypowiedzi premiera Morawieckiego, który deklarował, że „chcemy pozbyć się tych nawyków odpowiadania przed innymi za nasze (…) winy. Jest tylko jeden jedyny trybunał, przed którym odpowiadamy. To jest trybunał naszej historii i naszej przyszłości.”.

Polecam wszystkim, również  Tobie, lekturę posta Pana Mirosława Miniszewskiego, wykładowcy akademickiego z rejonu przygranicznego. Pozwalam sobie opublikować całość, bo uważam, że to jest bardzo ważny głos, kogoś, kto życie ludzkie uważa za najwyższą wartość. KAŻDE życie!!!

List otwarty do Pani mjr Katarzyny Zdanowicz, rzeczniczki podlaskiej Straży Granicznej

---

Szanowna Pani Major,

z uwagą przeczytałem Pani słowa dotyczące krzywdy, jaką wyrządzają Straży Granicznej przykre komentarze. Nie mam wątpliwości, że krytyka jest zawsze w pewien sposób niedogodna. Pozwolę sobie jednak zamieścić kilka uwag odnośnie wspomnianej przez Panią sytuacji.

Tak się składa, że mieszkam tuż przy samej granicy i od trzech miesięcy jestem czynnie zaangażowany w niesienie pomocy humanitarnej jako zwykły obywatel. Nie należę do żadnej organizacji, do żadnej fundacji, do żadnej partii politycznej – po prostu tu mieszkam. Od kiedy państwo polskie wprowadziło przy granicy stan wyjątkowy, tylko nieliczni mieszkańcy strefy spontanicznie zorganizowali pomoc dla ludzi, którzy byli przez Was wyłapywani i wywożeni z powrotem na Białoruś. Pomoc ta była możliwa dzięki wsparciu, jakiego udzieli nam mieszkańcy Polski, przede wszystkim zwykli obywatele oraz organizacje pomocowe, które samy nie mogły przebywać w strefie. Robiliśmy to, bo nie mieliśmy wyboru wobec zagrożenia życia tych ludzi.

Nie zaprzeczam, że na własne oczy widziałem, jak funkcjonariusze Waszej formacji dokarmiali tych biednych ludzi. Nie zaprzeczam, że widziałem, że niektórzy z Was zachowywali się po ludzku. Nie wiem, czy wynikało to z Waszych ustawowych obowiązków, czy też stanowiło po prostu odruch humanitaryzmu, na który stać także strażnika wypełniającego rozkazy, niezależnie od nich. Niestety byłem też świadkiem innych wydarzeń, które sprawiły, że na widok Waszego munduru czuję paraliżujący lęk, graniczący z przerażeniem. Nie tylko dlatego, że w taki a nie inny sposób traktowaliście samych uchodźców, ale także z powodu, w jaki traktowaliście nas, osoby niosące pomoc ludziom w sytuacji, kiedy ich zdrowie i życie było zagrożone.

Pisze Pani wzruszająco o dodatkowych kanapkach. A ja Pani mogę powiedzieć o plecakach wypełnionych 30 kilogramami wody, jedzenia i pomocy medycznej, które nosimy od trzech miesięcy do lasów, na bagna, na pola. Setki, tysiące tych plecaków, dzień po dniu, noc za nocą. Gdyby nie te plecaki, zbieralibyście trupy. Mogę Pani powiedzieć o strachu, który nam towarzyszył w tych wyprawach – nie przed uchodźcami, ale przed Waszymi funkcjonariuszami. O tym jak nas traktowali, zastraszali i wyzywali. Spotkanie z Wami oznaczało, że nie mogliśmy nikomu pomóc. Nie pozwalaliście nam na to. Policja pozwalała, wojsko pozwalało – Wy nie. Mogę powiedzieć o tym, jak czuliśmy się w lesie, kiedy byliście w pobliżu, bo wiedzieliśmy co spotkanie z Wami oznacza. Mogę powiedzieć o rozmowach z Wami, o brzydkich podtekstach, o oskarżeniach, że jesteśmy przemytnikami, o insynuacjach, groźbach, złowrogich gestach; o mandatach, o straszeniu aresztem. Mogę powiedzieć o tym, co widzieliśmy na własne oczy, co opowiadali nam o Was spotkani uchodźcy. Oczywiście nie Wszyscy z Was tak postępowali, ale to bez znaczenia – ci, którzy to robili, czynili to z pasją i systemowym zaangażowaniem.

Wszyscy, zdaje się, rozumiemy konieczność ochrony granicy. Tylko, że Wy robiliście i robicie coś więcej i właśnie ten naddatek jest przerażający. Wszystko to sprawia, że nie mogę spokojnie czytać Pani wypowiedzi. Pani to wie, Pani koledzy to wiedzą i ja to wiem, że nie było, nie jest i nie będzie w porządku. A jeśli tego nie wiecie, tym gorzej dla nas wszystkich.

Pisze Pani o ważnym dla Was aspekcie solidarności Waszej formacji z mieszkańcami pogranicza. Ja nie czuję żadnej solidarności. Czuję się jak zastraszone zwierzę. Już nigdy nie wróci to, co było. Już zawsze będę czuł strach przez Waszymi funkcjonariuszami. Już nigdy nie będzie normalnie. Do tego stopnia, że nie będę mógł już tu dłużej mieszkać. Nie wśród Was, którzy także jesteście moimi sąsiadami, w dużej liczbie także moimi byłymi studentami, którzy przewinęli się przez moje wykłady filozofii i etyki na kierunku bezpieczeństwo narodowe na jednej z białostockich uczelni.

Nigdy nie czułem zagrożenia ze strony uchodźców. Oczywiście, są oni symptomem zmian, które czekają nieuchronnie nasz świat i to budzi lęk. Czuję za to zagrożenie przed własnym państwem, które zostawiło nas samych w obliczu klęski humanitarnej i oczekiwało od nas biernej kooperacji w nieludzkim traktowaniu tych biednych ludzi, którzy, niezależnie od cynicznego i politycznego charakteru tej sytuacji, pozostają tymi, których los i życie spoczywa w naszych rękach. Żadne zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni. Można to było rozegrać inaczej. Nikt z nas nie oczekiwał tutaj tych ludzi i wszyscy wiemy, w jakich okolicznościach się tu znaleźli. Wszyscy chcemy, żeby to się skończyło i dzień, w którym ci ludzie stąd znikną, będzie dniem długo wyczekiwanej ulgi. Tylko, że popełnionych błędów już nie da się naprawić, nie da się wskrzesić życia zmarłych z wyziębienia, nie da się cofnąć zła, które się tutaj wydarzyło. Nie da się żadnym tłumaczeniem wyjaśnić tego wszystkiego, co nasze Państwo, między innymi Waszymi rękoma, tutaj dokonało.

Z wyrazami szacunku

Mirosław Miniszewski

doktor filozofii, mieszkaniec strefy stanu wyjątkowego


Co jeszcze…? Wczoraj trafiła do mnie moneta, 50 pensów. Zbieram te, które mi się podobają. Mam kilka z Paddingtonem, królikami Beatrix Potter i jedną z Sherlockiem Holmesem. Wczorajsza jest ozdobiona napisem „Diversity built Britain”. Z pewnością nie muszę Ci tłumaczyć znaczenia tych słów. Ten kraj jest domem dla wielu narodowości.
Są tu jednak ludzie, którzy jak Ty próbują pucować czyjeś sumienia, są również nasi rodacy, którzy podobnie jak my żyją i pracują w Wielkiej Brytanii, ale mają chyba za dużo wolnego czasu, a do tego poważny niedobór empatii. Bo co myśleć o dziewczynie, która w grupie polskich mieszkańców Edynburga wrzuca tekst: „Poszukuję telefonu, takiego jak mają „imigranci”, który działa w lesie 20 dni bez ładowania”. Jednym słowem, wrzuca lisa między psy gończe. A potem dodaje: „Taka g… burza z rana działa lepiej niż kawa”. Posłać dziewczynie paczkę dobrej kawy, czy doradzić, żeby się rozpędziła i huknęła głową w ścianę…? Niech się cieszy, że pewnie nigdy nie będzie musiała spędzić nocy w lesie i drżeć o swoje życie, będąc obiektem politycznych manipulacji. Przeraża mnie jednak, że takich ludzi jest więcej i tego typu zachowania nie są piętnowane. Przyzwyczajamy się i przyzwalamy na nienawiść. Takie małe szczucie przed śniadaniem i gawiedź wniebowzięta...

Jest jeszcze inna grupa Polaków w UK, ludzi którzy również są absolutnie przeciwni imigrantom (bo zabiorą Polakom pracę, socjal itp.). Tymczasem niektórzy rodacy co prawda przyjechali do Wielkiej Brytanii legalnie, ale obecnie okradają system, korzystając ze świadczeń, które im się nie należą, mało tego, używają councilowskich mieszkań niezgodnie z prawem (wynajmując częściowo lub całkowicie). I jak to się według Ciebie kwalifikuje…? To jest zdanie emigrantów o emigrantach, z pewną taką szczyptą hipokryzji. 

Uchodźcami trzeba się zająć. Nikogo nie wolno wywozić do lasu i skazywać na powolną śmierć. Niedopuszczalne jest nieudzielanie albo uniemożliwianie pomocy medycznej. Niedopuszczalna jest zabawa w kreowanie kolejnego wroga narodu polskiego (po Żydach, tęczowej braci i feministkach przyszła kolej na „islamskich terrorystów”). Co zrobi ten kraj, miodem i pięćset plus płynący...? Co zrobi każdy z nas...? Mamy możliwość zapewnienia tym ludziom elementarnej pomocy i ochrony. Mamy procedury, według których część z nich być może zostanie w Polsce, inni będą deportowani. To jest ogromny test z bycia człowiekiem i wygląda, że do niego nie dorośliśmy.

Marta

wtorek, 22 czerwca 2021

Pochwalone niech będą ptaki... I książki. I letnie smakołyki!

Kilka dni temu kupiłam ostatni wiosenny bukiet, moje ukochane tulipany. A wczoraj zaczęło się lato i mimo, że kocham cięte kwiaty w domu, to najpiękniejsza będzie teraz kwiatowa obfitość na polach i łąkach, mnóstwo żywych kolorów i nieujarzmiona liściasta eksplozja... I ten jedyny w swoim rodzaju zapach rozgrzanej ziemi, czarnego bzu i dzikiej róży... Mam jesienną duszę i zawsze czekam na ostatni kwartał roku, ale wspomnienia letnich chwil pomagają czasami przetrwać, kiedy człowiek zbyt mocno zapadnie się w jesienne szarugi.
Niedawno udało nam się wyjechać na małe wakacje, lokalnie, kilka dni w Szkocji. Było cudnie i już "zapakowałam" sobie kilka wspomnień. Wędrowanie ścieżką na grzbiecie klifu, między błękitem morza i błękitem nieba. Sekretna nadmorska grota, kryjącą niezliczone ilości fantastycznych kamieni w najróżniejszych kolorach i oszlifowanych jak przez światowej klasy jubilera. Chwila na plaży, na której odznaczyły się jedynie ślady naszych stóp i najsłodsze na świecie truskawki, czyli raj na ziemi. Jest też jedna sztampowa wakacyjna migawka, czyli lody na przystani. Tak się jakoś składa, że lody gałkowe jem tylko na wyjazdach, więc są dla mnie synonimem wypoczynku, a tym razem - nie wiem, kto wymyślił niebiańską kombinację mango i chilli, ale znalazła się na topie mojej listy! Mam już zatem kilka słoiczków słonecznych wspomnień na czas słoty, a przecież lato dopiero się rozkręca... 

A propos słoiczków, pisałam kiedyś o słoiku szczęścia , w którym miała wzrastać kolekcja małych, dobrych chwil, które przytrafiły nam się danego dnia i naszej wdzięczności za nie. Dawne to były czasy, mieszkałam pod innym niebem i słońce świeciło tam zdecydowanie łaskawiej niż w Szkocji ;) Dziś myślę, że jedną z najcenniejszych umiejętności jest odczuwanie wdzięczności za wszystko. Za to, co dobre, za to, co złe, za upał, za słotę, za nadmiar i za brak. Wciąż się tego uczę, ale mam wrażenie, że warto i że taka wdzięczność pomaga nam stać się bardziej obecnymi, uważnymi... Na myśl przychodzą mi tu fragmenty wiersza jednego z moich ulubieńców, niesfornego Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

Pochwalone niech będą ptaki 
i słońce, co im nóżki złoci,
pochwalona chwila odwagi
i zwątpienie w labiryntach samotności. 

Pochwalone także pyszne zdrowie
i choroba, co uczy pokory,
i jednako mucha i człowiek,
i jednako sady i ugory.

O, pochwalony każdy ból stokrotnie
i każdy cios, byle męski - 
i te pelargonie na wysokim balkonie, 
do których zawsze będziesz tęsknił.

Pochwalone: grzesznik i święty,
i serce ludzkie jak morze odkryte.
A nade wszystko okręty
Rzeczypospolitej*.

(*bo skądże poeta mógł wiedzieć, jak będzie wyglądała niezwyciężona armada RP w 2021...?) 




Chciałam też wspomnieć o książkach, choć u mnie od jakiegoś czasu panuje totalny chaos czytelniczy, i czytam pięć książek w tym samym czasie, potem o którejś zapominam, zamawiam kolejne... Już w ubiegłym roku chciałam Wam polecić książkę Marcina Kąckiego "Oświęcim. Czarna zima." Teraz zmotywowała mnie dodatkowo nominacja tej pozycji do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Kiedy ktoś wspomni o Oświęcimiu, nasze myśli biegną w kierunku tragicznej przestrzeni obozu koncentracyjnego. Auschwitz pozostawi tutaj wieczne piętno, ranę, która nigdy się nie zagoi. Jednak z reguły nie zastanawiamy się, kim byli mieszkańcy Oświęcimia przed wojną. Niewielu z nas zapewne zna historię pogromu Romów w 1981 roku. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak czas Auschwitz wpłynął na obecne życie miasta i z jakimi problemami borykają się dzisiaj mieszkańcy. Dowiedziałam się z tej książki naprawdę sporo, bardzo mi również odpowiada styl autora, który zwyczajnie pytał mieszkańców, jak się tutaj żyje. Próbuje również odkryć przyczynę tytułowej oświęcimskiej czarnej zimy.  To nie jest (według mnie) lekka lektura, zebrała też różne recenzje (kwestie polsko-żydowskie zawsze pozostaną niezwykle delikatną materią), ale uważam, że naprawdę warto tę książkę przeczytać. I ocenić z własnej perspektywy. A na mojej półce czekają już kolejne książki Marcina Kąckiego - reportaże o Poznaniu i Białymstoku. 

Kolejną pozycją, którą chciałam polecić jest "Pieśń Ziemi. Rdzenna mądrość, wiedza naukowa i lekcje płynące z natury" autorstwa Robin Wall Kimmerer. Członkini plemienia Potawatomi i profesorka botaniki napisała książkę porównywaną do "Biegnącej z wilkami" Clarissy Pinkoli Estes. Książkę, która mówi o tym, że wszyscy i wszystko na naszej planecie jest ze sobą połączone. I że jedynym sposobem, aby tę planetę uratować przed zagładą jest rozbudzenie w nas wrażliwości, czułości i zrozumienia, dla wszystkiego, co nas otacza. 
Książkę otwiera opowieść o Skywoman, przybyszce z niebios, która stworzyła ląd i zasadziła nasiona, które ze sobą przyniosła. Pomagały jej zwierzęta, a Ziemia powstała w wyniku współdziałania człowieka i przyrody. "Po jednej stronie świata żyli ludzie, których związek z naturą ukształtowała Skywoman - ta, która stworzyła bujny ogród dla dobra wszystkich istot. Po drugiej stronie świata możemy spotkać inną kobietę, ogród i drzewo. Ta za spróbowanie rosnącego na nim owocu została wygnana z raju (...). Matka rodzaju ludzkiego musiała się błąkać po pustkowiu i w pocie czoła zdobywać pożywienie zamiast zrywać słodkie, soczyste owoce z uginających się pod ich ciężarem gałęzi. By mogła zaspokoić głód, kazano jej czynić sobie poddaną ziemię, na którą ją wygnano. (...) Zarówno historie stworzenia, jak i kosmologie są wszędzie źródłem tożsamości i orientacji w świecie. (...) Kształtują nas, nawet jeśli nie mamy tego świadomości. Jedna opowieść kieruje nas wprost w łaskawe objęcia natury, druga wiedzie na wygnanie. Jedna kobieta jest pradawną założycielką ogrodu, współtwórczynią przyjaznego zielonego świata, który stał się domem dla jej potomków. Druga jest banitką, tułaczką, która wędruje przez nieprzyjazny świat, zmierzając do prawdziwego domu w niebie." "Pieśń Ziemi..." to piękna książka, w sam raz na leniwe gorące poranki/popołudnia/wieczory. Wzrusza zarówno potomków Ewy jak i potomków Skywoman. Skłania do przemyśleń, rozbudza chęć bycia bliżej z naturą i budowania z nią relacji opartej na szacunku i trosce o planetę, której jesteśmy częścią. 




A jeśli chodzi o letnie kulinarne przyjemności? Na upały najlepszy będzie chłodnik w nieco innej wersji niż tradycyjna... Jest też cała bateria pysznych deserów dla ochłody: mrożony jogurt malinowy , lody truskawkowe oraz granita latte albo brzoskwiniowo-grejpfrutowa.
Naszym ostatnim skleconym naprędce deserem łasucha był przekładaniec - kilka połamanych ciastek digestive, żółtka utarte z cukrem do białości i wymieszane z mascarpone, duuuża ilość malin i truskawek pokrojonych na mniejsze kawałki. Poukładane warstwowo, idea tiramisu, kolejność dowolna. Kilka godzin w lodówce i.. jedziemy windą do nieba lądując przyjemnie w malinowo-truskawkowym chruśniaku.
Na tapecie są oczywiście młode ziemniaki, najczęściej jako najprostsza sałatka, z majonezem, odrobiną musztardy i dużą ilością posiekanej dymki i koperku. Młode ziemniaki możemy też upiec i podać tak, albo zrobić michę pysznej sałatki. Ulubiona kanapka sezonu to ta z hummusem, pomidorem malinowym, ogórkiem i plasterkami czerwonej cebuli. 




Dziś przepisy na bardzo proste przysmaki, akurat na popołudniową przekąskę. Ciecierzycowe placuszki/pankejki wynalazłam u Malin. Malin jest przesympatyczną szwedzką blogerką, weganką, która ze swoim partnerem Robem mieszka w Malmo. Bardzo lubię jej bloga, ale odkryłam ją na Youtube i często oglądam vlogi, które przygotowują wspólnie z Robem. Malin jest bardzo pozytywną osobą, przepisy, którymi się dzieli są proste i inspirują do sezonowego jedzenia, a filmiki spod znaku Good Eatings bardzo przyjemnie się ogląda. Zawsze piękne zdjęcia i dobra muzyka. Oprócz przepisów znajdziemy też u Malin relacje z miejsc, które z Robem odwiedzili, trochę filmików spod znaku life style i "what I eat in a day", czyli propozycje jednodniowego wegańskiego menu. 
A do pankejków bardzo proste dodatki - fasolka szparagowa z sosem z sezamowej pasty tahini (mieszkając w Egipcie zwariowałam na jej punkcie i teraz zawsze mam ją w kuchni) i sałatka z grillowanej papryki w marokańskim stylu, z odrobiną kuminu. 
 



Placuszki ciecierzycowe z kukurydzą 

1 szklanka mąki z ciecierzycy
3/4 szklanki wody
1 łyżeczka sody
1/2 łyżeczki wędzonej papryki
1/2 łyżeczki granulowanego czosnku
1/2 łyżeczki oregano
1-1 i 1/2 szklanki kukurydzy (z puszki albo rozmrożonej)
1 nieduża czerwona cebula, pokrojona w cienkie półplasterki

Zaczynamy od zmieszania w misce wszystkich suchych składników. Wlewamy wodę i mieszamy do uzyskania gładkiej masy. Dodajemy kukurydzę i cebulę, mieszamy do połączenia. 
Na średnim ogniu rozgrzewamy patelnię, na niedużej ilości oleju smażymy placuszki na złoto 2-4 minuty z każdej strony. Z naszych domowych testów wynika, że najlepiej smakują na ciepło.




Fasolka szparagowa z sosem z pasty tahini


Fasolkę gotujemy kilka minut we wrzącej wodzie, ważne, żeby jej nie rozgotować. Po ugotowaniu przelewamy ją szybko zimną wodą, żeby zachować ładny kolor i odcedzamy.
Kilka łyżek pasty tahini mieszamy z wodą, do uzyskania pożądanej konsystencji. Dodajemy rozgnieciony ząbek czosnku, sok z cytryny lub ocet i sól do smaku. Dodajemy również odrobinę kuminu i jeśli lubimy, szczyptę mielonej papryki chilli. Taki sos będzie również świetnym dodatkiem do warzyw z grilla. 


Marokańska sałatka z grillowanej papryki z kuminem


4 czerwone i 4 żółte papryki
2 duże pomidory
2 zmiażdżone ząbki czosnku
sok z cytryny
oliwa
sól i pieprz
kumin

Papryki na blasze wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni, najlepiej z opcją górnej grzałki. Pieczemy, aż ich skórka zrobi się czarna (trzeba je będzie w trakcie obrócić). Potem wkładamy papryki do garnka i przykrywamy szczelnie, a kiedy ostygną, obieramy je ze skórki i kroimy w paski. Pomidory parzymy, obieramy ze skórki i pozbywamy się pestek. Kroimy pomidory na nieduże kawałki. Później w misce łączymy paprykę z pomidorami, dodajemy do smaku sól, pieprz i szczyptę lub dwie kuminu, a całość skrapiamy oliwą i sokiem z cytryny i delikatnie mieszamy. Przed podaniem możemy sałatkę posypać odrobiną posiekanej kolendry. 



sobota, 2 stycznia 2021

Szczęśliwego Nowego Roku :)

I przyszedł Nowy... Uśmiechnął się błękitnym niebem i polukrował moją ogródkową mini Prowansję. Uszczypnął w nos na dzień dobry i zaprosił na piękny spacer. Mały noworoczny toast słynną wiśniówką Taty wznieśliśmy z widokiem na przystań, smakując trunek i rześkie popołudnie. Tyle niepokoju dokoła i tak wiele znaków zapytania wciąż w powietrzu, a jednak przepełniała mnie po prostu wdzięczność i nadzieja na szczęśliwe dni.
Mamy, jak zawsze, swoje marzenia i plany, ale również frasunki, szczególnie po ostatnich miesiącach, wypełnionych troską o najbliższych, którzy są daleko, odwoływaniem tego, co od dawna było zaplanowane i na co tak bardzo się cieszyliśmy i niepewności, co przyniesie kolejny dzień.
Mimo wszystko ten Nowy Rok to za każdym razem krajobraz pełen nadziei, to 365 dni, z których każdy jest nową szansą. To 365 poranków, kiedy trzeba się uśmiechnąć do swojego odbicia w lustrze, zaparzyć kawę, a potem iść po swoje... To stos czystych kartek, na których zamierzam pisać turkusowym atramentem i grubym czerwonym mazakiem. 
Będą codzienne radości, małe święta i ta nasza szara rzeczywistość. Będą płatki śniegu, co łaskoczą w nos, potem przebiśniegi, i radość Wielkanocy. Później tulipany, piękne dni lipca, kolorowy świat jesieni i znów zatoczymy koło, wyjmując z pudełek ulubione ozdoby choinkowe.
Niech to będzie dla nas dobry rok. Niech otaczają nas życzliwi i serdeczni ludzie. I my bądźmy takimi ludźmi dla innych. 








W mojej rodzinie mówi się, że "jaki Nowy Rok, taki cały rok" i staramy się, żeby ten pierwszy dzień Nowego Roku miał pewną jakość. Lubimy zacząć od dobrego śniadania, dlatego w sylwestrowy wieczór, między kolejnymi partyjkami gry w kości, tuż przed północą wylądowała w piekarniku chałka. 




Tym sposobem mogliśmy się porządnie wyspać po zarwanej nocy, a później zaparzyć kawę i pokroić chałkę na rozkoszne grube kromki. Niby nic, ale takie śniadanie ma moc :) Do chałki potrzebuję tylko masła i miodu spadziowego, albo konfitury śliwkowej. Jednak noworoczne śniadanie zasługuje na coś ekstra, była więc wspaniała kanapka z awokado, wędzonym łososiem, jajkiem i sosem chilli. Jedyna w swoim rodzaju, zupełnie jak każdy nowy początek. Tak mi się też skojarzyła ta chałka noworocznie, można ją wykorzystać do świetnych kanapek, na słodko, na słono, można się nią dzielić i cieszyć, a można również zapomnieć i pozwolić jej smętnie obeschnąć w kuchennym kącie. Co zrobicie z Waszą chałką i Waszym Nowym Rokiem...?





Chałka nasza ulubiona  (na podstawie przepisu Liski stąd )

30 g świeżych drożdży albo 3 łyżeczki drożdży instant
350 g mleka, leciutko podgrzanego
60 g drobnego cukru
80 g masła, roztopionego i ostudzonego
550 g mąki 
1 płaska łyżeczka soli
1 jajko
do posypania: sezam, kruszonka, mak

Do mleka dodajemy drożdże i cukier, mieszamy i odstawiamy, aż drożdże "ruszą". Trwa to zwykle 15-30 min. Do miski z mąką i solą wlewamy roztopione masło i drożdżową mieszankę i zaczynamy wyrabiać ciasto. Staramy się nie dosypywać już mąki, dobrym sposobem na klejące ciasto jest delikatne posmarowanie dłoni olejem lub oliwą (piszę o tym tu , polecam zajrzeć, jeśli zaczynacie przygodę z drożdżowym). 
Kiedy mamy już gładkie, odchodzące od ręki ciasto, formujemy kulę i odkładamy je do miski delikatnie nasmarowanej masłem lub olejem, na godzinę lub dłużej, tak, aby ciasto podwoiło objętość. Gdy ciasto urośnie, wyjmujemy je z miski, "odgazowujemy" (to jeden z moich ulubionych momentów, ciasto wtedy dramatycznie się zmniejsza) i w zależności od tego, czy chcemy upiec jedną naprawdę dużą chałkę (to moja opcja) czy dwie mniejsze, dzielimy ciasto na pół. Kolejny krok to podzielenie ciasta na trzy części, rolowanie trzech wałków i zaplecenie warkocza (wybieram najprostszą wersję, ale na YouTube znajdziecie mnóstwo wskazówek, jak zaplatać chałkę z 4 czy nawet 6 pasm). Pamiętamy, że ciasto musi być zaplecione dosyć luźno. Zaplecioną chałkę odkładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (ja jeszcze delikatnie posypuję go mąką) i odstawiamy do ponownego wyrośnięcia. Liska radzi przykrycie chałki wilgotną ściereczką, ale rezygnuję z tego, bo chałki, które przykrywałam, wychodziły dziwnie płaskie. 
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni, w miseczce lekko ubijamy jajko i smarujemy nim chałkę (można dodać łyżkę wody). Posypujemy czymś, co akurat mamy pod ręką :) Pieczemy około 30 minut, aż chałka będzie złota. 








środa, 2 grudnia 2020

#dynia 2

Może pamiętacie, że wiosną polecałam młodszym i starszym czytelnikom niezwykłą książkę Charliego Mackesy "Chłopiec, kret, lis i koń". Było to w okolicach Wielkanocy, przy okazji pieczenia fantastycznej świątecznej drożdżówki w wersji de luxe. Nasze życie zmieniło się wtedy gwałtownie, wraz z początkami pandemii i pisałam o "Chłopcu...", bo ta książka wydawała mi się wymarzoną lekturą na niespokojny czas. Wiem, że niektórzy z Was po nią sięgnęli i bardzo mnie cieszyły Wasze pozytywne recenzje! Wciąż bardzo polecam tę książkę, będzie pięknym prezentem pod choinkę. 
Dziś, u progu oczekiwania na Boże Narodzenie, mam dla Was przepis na pyszną babkę dyniową z przyprawami korzennymi i dwie kolejne książkowe rekomendacje. Zastanawiałam się, czy już trochę nie za późno na dyniowe przepisy, ale dynia będzie nam towarzyszyć również w zimie, więc czemu nie...?
Wiadomo już, że tegoroczne święta będą się zdecydowanie różnić od dotychczasowych, pod wieloma względami. Spędzimy je w Szkocji, daleko od najbliższych i pięknej polskiej Wigilii. Rozmawialiśmy ostatnio o świątecznym menu, które będzie mocno okrojone, i mój Luby zażyczył sobie właśnie dyniową babkę jako bożonarodzeniowe ciasto. Zupełnie go rozumiem, babka dyniowa jest pyszna, delikatna i aromatyczna dzięki hojnemu dodatkowi korzennych przypraw, więc w tym roku upiekę ją zamiast piernika.




Moje ulubione książki to literatura faktu i dobry reportaż. Jednak w tym roku sięgnęłam również po pozycje, które kompletnie nie przystają do mojego zwyczajowego kanonu. Myślę, że jest to kwestia całokształtu roku 2020, sytuacji w Polsce i na świecie, wydarzeń, które powodowały, że po policzku ciekła łza, a pięść sama się zaciskała w bezsilnym sprzeciwie. W pewnym momencie było już tego wszystkiego za dużo i musiałam się na trochę oderwać od rzeczywistości. A coś mi mówi, że to jeszcze nie koniec...

"Śnieżną siostrę" Mai Lunde kupiłam w październiku. Czytałam o niej w ubiegłym roku i bardzo chciałam przeczytać. Pachnąca pierniczkami i pomarańczą opowieść, która rozpoczyna się tuż przed Wigilią, wydawała się doskonałym sposobem na chwilowe oderwanie od tego, co na świecie. I rzeczywiście była! To historia dziesięcioletniego Juliana, który kilka miesięcy wcześniej stracił starszą siostrę. Od śmierci Juni życie rodziny Juliana bardzo się zmieniło, rodzice i młodsza siostrzyczka wydają się być zupełnie innymi, jakby obcymi ludźmi. Nawet pogawędki z przyjacielem Johnem nie są już takie jak kiedyś i kończą się zdawkową wymianą zdań na temat pogody. Pewnego dnia Julian spotyka dziewczynkę w czerwonym płaszczyku, która przygotowuje pyszne kakao, pięknie się uśmiecha i mieszka w niezwykłym domu. Julian zyskuje nową koleżankę, z którą na nowo odkrywa uroki zimy i która uczy go patrzeć na świat zupełnie inaczej. Jednak Hedwig przynosi ze sobą tajemnicę, o której nigdy Julianowi nie powie... Czy chłopczyk zdoła odkryć ten sekret? Czy Boże Narodzenie, na  które Julian co roku czeka z biciem serca, będzie miało ten sam urok? To opowieść o stracie, o tym, że trzeba cieszyć się każdą chwilą, i naturalnie, o świątecznej magii. Jest w tej historii przejmujący smutek i iskrząca świąteczna radość. 24 rozdziały (akurat na czas Adwentu!) wieńczy wzruszające zakończenie. Książka jest bardzo starannie wydana, ma twardą okładkę, duży format i przepiękne ilustracje.  Bardzo polecam jako prezent gwiazdkowy dla nieco starszych dzieci, ale również dla dorosłych, którzy mają ochotę na książkę typu "balsam dla duszy".  




Starszym czytelnikom, którzy lubią baśnie, polecam niemal 1500-stronicową wyprawę na średniowieczną Ruś. Jakie były alternatywy dla panny z dobrego domu w tamtych czasach? Zamążpójście lub klasztor. A jeżeli owa panna była wnuczką i córką czarownicy...? Wasylisa, zwana Wasią, główna bohaterka baśniowej trylogii Katherine Arden wybierze inną drogę - magię. Kiedy była małym dzieckiem, wespół z rodzeństwem słuchała baśni, które opowiadała im niania. Nie miała wtedy pojęcia, że postaci z tych bajek istnieją naprawdę i że któregoś dnia stanie z nimi oko w oko. Nie wiedziała również, jak potężną siłą została obdarzona, ani jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za podążanie własną ścieżką w życiu. Wasylisa opuściła majątek ojca, Leśną Ziemię i przemierzyła Ruś, ale również połacie świata z pogranicza magii. Niósł ją niezwykły rumak i oddany przyjaciel - Słowik, a na jej szyi błyszczał niespotykany amulet, który dużo wcześniej w Moskwie wręczył ojcu Wasi Morozko, król zimy. Podróż Wasylisy, w którą zostają wplecione wydarzenia historyczne, to nie tylko zmieniające się krajobrazy, to również niekiedy bardzo gorzkie wyprawy w głąb własnej duszy, odkrywanie przeznaczenia i nieustanna nauka o prawach rządzących światem. To również spotkania z ludźmi i... czartami.  Czy warto szukać własnej drogi w życiu? Czy dobro i zło dla każdego oznaczają to samo? I wreszcie, czy na świecie może panować równowaga...? Na te pytania stara się odpowiedzieć Katherine Arden, autorka trylogii, którą polecam Wam szczególnie na długie wieczory o tej porze roku (część I Niedźwiedź i słowik, część II Dziewczyna z wieży, część III Zima czarownicy). 




Dyniowa babka korzenna  (na podstawie tego przepisu)

200 g puree dyniowego
2 jajka
100 ml mleka
250 g cukru demerara
250 g mąki
1 łyżeczka sody + 1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 łyżeczka imbiru
1/4 łyżeczki goździków
1/2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego

Jeśli nie przygotowywaliście jeszcze dyniowego puree, tutaj możecie przeczytać jak to zrobić. Ważne, żeby było gęste, w 9 przypadkach na 10 odparowuję je jeszcze w garnku, żeby pozbyć się nadmiaru wody. 
Piekarnik nagrzewamy do 170-175 stopni. Przygotowujemy formę z kominkiem (moja ma 24 cm średnicy). W większej misce mieszamy dyniowe puree, jajka, olej, mleko i cukier, tak jak w przypadku muffinów, dość szybko, tylko do połączenia składników. W innym naczyniu mieszamy mąkę z solą, przyprawami, sodą i proszkiem do pieczenia. Suche składniki dodajemy do mokrych, mieszamy szybko, ale dokładnie i wlewamy masę do foremki. Wyrównujemy wierzch i pieczemy 50-60 min, do suchego patyczka. Ciasto po upieczeniu jest bardzo delikatne, więc najlepiej jest zostawić go w foremce, dopóki trochę nie ostygnie. Lukier zrobiłam na oko, z kilku łyżek cukru pudru i odrobiny wody. W wersji świątecznej dodam do lukru odrobinę imbiru. 








wtorek, 10 listopada 2020

#dynia 1

Październik miał być u mnie dyniowy, ale ten miesiąc po prostu za szybko minął... Działo się tyle istotnych rzeczy, że jakoś nie mogłam się skupić na blogu. Umknęły mi nawet siódme urodziny Hipopotama z początku października. A świat już listopadowy... Chłodnawy, momentami zadumany i smutny. W Zaduszki dodatkowa świeczka, dla mojej Babci Lusi, która odeszła od nas w sierpniu. Chwila zatrzymania w codziennym biegu i garść serdecznych myśli o tych wszystkich dobrych duszach, które jeszcze niedawno były tuż obok, przy wspólnym stole.
Listopad nie jest moim ulubionym miesiącem, najchętniej schowałabym się w kąciku z zapasem książek i herbaty. Miałam koncepcję niewielkiej ucieczki w cieplejsze strony świata, ale jak wiadomo, ten rok jest szczególny i wiele naszych planów wzięło w łeb. Na szczęście wciąż jest jeszcze mnóstwo tych malutkich pozytywnych rzeczy, tych najprostszych, na wyciągnięcie ręki, które pomagają przetrwać większość życiowych komplikacji. Chwila nad morzem, kiedy akurat nie wieje i nie leje i powrót do domu z kieszenią pełną oszlifowanych szkiełek. Spacer jedną ze ścieżek, gdzie sympatyczne alejki zastąpiły dawne tory kolejowe, mnóstwo wiewiórek, które próbują się jak najlepiej przygotować do zimy i roześmiana para, która dziarsko maszeruje przez chłód, a na ich głowy lecą kolorowe liście. A w domu o tej porze roku co i rusz wkładam do piekarnika dynię, która czasami z powodzeniem zastępuje kapryśne listopadowe słońce. 






Dyniowe przepisy, które gościły na blogu do tej pory, znajdziecie tu. Kocham dynię pieczoną, bardzo nam też przypadło do gustu połączenie dyni i masła orzechowego (znajdziecie przepisy na zupę albo gulasz), a dynia plus ser pleśniowy to właściwie klasyka! Dzisiaj piękna sałatka, czyli kuskus z pieczoną dynią, granatem i odrobiną świeżych chrupiących warzyw dla równowagi. A do tego sos, który wynalazłam kiedyś u Donny Hay i zapisałam na szybko w kalendarzu. Bardzo prosty, z dużą ilością kuminu, którego jednak specjalnie nie wyczuwamy (ja sypałabym kumin do niemal wszystkiego, ale nie wszyscy są takimi fanami... Warto natomiast pamiętać o pozytywnym wpływie kuminu na nasze procesy trawienne i przemycać choćby odrobinkę!). 






Kuskus z pieczoną dynią, granatem i fetą


200 g kuskusu
10-12 (albo i więcej) grubych półplasterków dyni
ziarenka z 1/4 granatu
100 g fety
1/2 ogórka, przekrojone wzdłuż, wydrążone pestki, pokrojone w plasterki
1/4 - 1/2 czerwonej cebuli, pokrojonej w półplasterki
oliwa z oliwek, sól i pieprz
sos: 2 łyżki miodu + 2 łyżki oliwy + 2 łyżki octu z białego wina + 1 łyżeczka kuminu

Sałatka najlepiej smakuje, kiedy dynia jest ciepła, więc dynię przygotujemy na końcu. Zaczynamy od dokładnego wymieszania składników sosu. Kuskus wsypujemy do garnka, dodajemy odrobinę soli i oliwy i zalewamy wrzątkiem, tylko do momentu, kiedy kuskus będzie przykryty. Nie warto dodawać więcej wody, bo kuskus nie będzie sypki. Garnek przykrywamy pokrywką i odstawiamy na 10-15 minut. Potem mieszamy kuskus widelcem, żeby osiągnąć pożądaną konsystencję. Rozgrzewamy piekarnik z opcją górnej grzałki na około 200C, układamy na blasze kawałki dyni i delikatnie polewamy oliwą, a potem posypujemy niewielką ilością soli i świeżo zmielonym pieprzem. Pieczemy do momentu, aż dynia będzie miękka i zacznie się karmelizować, ale sprawdzamy co i rusz, żeby kawałki nie zaczęły się rozpadać. Kiedy dynia jest gotowa, układamy na talerzach warstwę kuskusu, cebulę i ogórek, kawałki dyni, a potem posypujemy pokruszoną fetą i ziarenkami granatu. Ostatni krok to skropienie całości sosem. Przepis na dwie porcje. Pyszne i piękne! Składniki można łatwo podwoić, a żeby sałatka była bardziej treściwa, proponuję dodatek ciecierzycy. 










poniedziałek, 26 października 2020

Mam życzenie...

Dziś są moje urodziny. Zawsze z niecierpliwością, trochę po dziecinnemu czekam na ten dzień, żeby sobie zwyczajnie poświętować. Jednak w tym roku wszystko wygląda inaczej. Dzisiaj w Glasgow o 18:00 zbiorą się przeciwnicy haniebnego orzeczenia Trybunału, już tylko w teorii Konstytucyjnego, z 22 października. Ci ludzie, kobiety i mężczyźni, pojawią się na George Square z parasolkami, transparentami i charakterystycznym elementem kobiecego strajku - metalowymi wieszakami. Będą przemowy, będzie skandowanie różnych haseł i palenie symbolicznych świec.

W ostatnią sobotę ja również przyłączyłam się do podobnego protestu organizowanego przed konsulatem RP w Edynburgu, bo jako Polka i kobieta, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym zostać w domu. Było nas dużo, kobiety, mężczyźni, a nawet rodziny z dziećmi. Wszyscy, którym dobro Polek leży na sercu. Były naturalnie transparenty, okrzyki i wieszaki... Najbardziej jednak wzruszające było dla mnie słuchanie pojedynczych osób, które mówiły o swoich odczuciach wobec obecnej sytuacji i powodach, dla których zdecydowały się dołączyć do tego protestu.

Wypowiadała się m.in. mama dwóch małych dziewczynek, która ze smutkiem przyznała, że pomimo planowanego powrotu do Polski, w świetle bieżących wydarzeń zdecydowali się z mężem na pozostanie w Wielkiej Brytanii, w trosce o przyszłość i bezpieczeństwo córek. Ważne było dla mnie również wystąpienie studentki z Meksyku, która mówiła o dramatycznych realiach życia meksykańskich kobiet i problemach, z którymi się borykają, również dotyczących aborcji. Pojawiła się też francuska fotografka, która powiedziała po prostu: "Jesteśmy z wami, wesprzemy wasze dążenia, bo jako kobiety powinnyśmy być razem i jestem pewna, że kiedy przyjdzie czas, wy również będziecie po naszej stronie".

Moja obecność na proteście, oprócz oczywistego powodu, miała również na celu fotografowanie wydarzenia. Momentami było mi cholernie ciężko, bo wiadomo, maska na twarzy, a do tego zaparowany wizjer, bo nie mogłam powstrzymać łez wzruszenia, słuchając tych wszystkich historii, a przede wszystkim patrząc na twarze ludzi, którzy tam przybyli. Twarze, na których malowała się ogromna troska, ale również bunt i cholerny gniew... Jestem również poruszona i bardzo, bardzo wdzięczna lokalnej społeczności LGBT+. Dziękuję Wam z całego serca, za Wasze zaangażowanie i wsparcie. Dziękuję, że stoicie murem za kobietami kraju, który Was sklasyfikował jako ideologię i stygmatyzuje na każdym kroku. Teraz pokazujecie, kim jesteście i co jest dla Was ważne. Cieszę się, że niektórych z Was mogę nazwać przyjaciółmi. Ja będę stała za Wami i wiem, że Wy będziecie stali za mną. To się chyba nazywa miłość bliźniego, czy jakoś tak...?

Podobnie jak wiele innych kobiet, miałam nadzieję, że Czarny Protest z 2016 roku zapewnił nam względny spokój. Czas pokazał, że się myliłyśmy. To, co zaczęło się dziać w Warszawie wieczorem 22 października, przeszło moje najśmielsze oczekiwania i do północy oglądałam transmisję z ulic stolicy. Następnego dnia dołączyły inne miasta, duże i małe. Protest trwa. Ulicami płynie morze ludzkich głów, ulicami płynie również gniew. Flagi, marsze, świece i znicze. Patrzę na moje Bielsko, na Poznań, na Kraków. Na bramę katedry w jednym z miast, zasnutą wieszakami jak gęstą srebrną pajęczyną...

Zbyt dużo się wydarzyło. Z ludźmi można osiągnąć wiele, można zbudować wszystko, ale trzeba ich szanować. Trzeba się starać zrozumieć ich potrzeby i troski. Trzeba uszanować, że mamy różne systemy wartości. Tymczasem w Polsce, dziwnym zbiegiem okoliczności, najwyższe stanowiska w kraju piastują pazerni i niekompetentni ludzie dobrani wedle klucza znanego chyba tylko Carowi Jarosławowi Nikczemnemu, któremu chyba wszyscy potulnie raportują do podnóża tronu (pamiętacie "Zapomnianego diabła" z genialnym Gajosem...?). Car Jarosław ma plan na Polskę bez uwzględnienia dobra jej obywateli. On już kiedyś zapowiedział, że doprowadzi do tego, że kobiety będą musiały rodzić, nawet ciężko chore dzieci, które następnie zostaną ochrzczone. Wygląda, że ponura przepowiednia właśnie zaczyna się wypełniać. Kaczyński ochoczo się również przyczynia do sojuszu tronu z ołtarzem, ignorując fakt, że wciąż nie jesteśmy państwem wyznaniowym i próbując zarządzać naszymi sumieniami. To się nie uda. 

Cierpienie kobiet w Polsce uszlachetnia tylko rządzących i episkopat. Matkom niepełnosprawnych dzieci nie zapewnia się należytej pomocy i opieki. Trwa zażarta walka o płody, podczas kiedy ci, którzy już są na tym świecie, są przez państwo pozostawieni sami sobie (przeczytaj historię pani Izabelli i pani Moniki - a to są jedynie krople w morzu i tak bardzo bolą...). Nie można od nikogo żądać heroizmu. Nie wolno skazywać ludzi na cierpienie, nie można nakładać na nich ciężaru ponad siły. Są sprawy, o których można jedynie decydować w ciszy własnego sumienia i żadne prawo tego nie zmieni. Wyrok Trybunału, mający na celu "obronę życia", w obecnym brzmieniu osiągnie odwrotny skutek, spotęguje liczbę aborcji dokonywanych w podziemiu i zagranicznych wyjazdów na zabiegi. Bardzo trudno będzie odbudować zaufanie Polek do instytucji państwa. 

Poszłam na protest w 2016. Poszłam w ostatnią sobotę. Dołączę do kolejnych. Dla siebie, dla mojej siostry, dla moich kuzynek, przyjaciółek, dla milionów Polek, których nigdy nie spotkam. Bo to jest gra o wszystko. Chodzi o bycie człowiekiem, o to, że władza przekroczyła kolejną granicę.

A teraz moje małe - wielkie urodzinowe życzenie. Pomyśl o tym. Przemyśl wszystko dokładnie. Nie osądzaj własną miarą, nie patrz jedynie na swój światopogląd. Nie proszę Cię o skandowanie haseł w środku miasta (choć tym razem, to może być potrzebne). Proszę Cię o bycie człowiekiem, o tolerancję i uszanowanie faktu, że nie wszyscy myślą tak samo jak Ty. Proszę o zrozumienie, że wolność wyboru nie powoduje, że musisz go dokonać - jednak ta wolność MUSI być zagwarantowana każdej kobiecie. Bo bez kobiety nie narodzi się świat. 




Gotowałam ostatnio dużo i obficie. Na przekór paskudnej pogodzie, na przekór złości i rozczarowaniu. Gotowałam, żeby wrócić do siebie i znaleźć spokój. Podzielę się dziś z Wami dwoma przepisami, które moim zdaniem doskonale wpasowują się w czas jesiennej pełni i strefę comfort food. Bez mięsa dziś, bo sezonowe warzywa są wspaniałe i mięsiwo niepotrzebne. Inspiracją makaronową był dla mnie przepis Claudii Roden na Pastę alla Siracusana, a dyniowe curry jest moim autorskim wynalazkiem. Makaron można przyrządzić w wersji wegańskiej, jeśli pominiemy anchois i parmezan (ja uwielbiam, więc się ich trzymam!), a curry jest stuprocentowo wegańskie. I przepyszne. Wybaczcie, nie będzie żadnej curry fotki - nie ostała się ani odrobina! A teraz już zapraszam Was do mojej jesiennej kuchni. 




Penne z grillowanym bakłażanem i papryką

1 duży bakłażan, pokrojony na spore kawałki
3 papryki, czerwone i żółte, pokrojone na spore kawałki
oliwa z oliwek
6-8 filecików anchois
2 ząbki czosnku, pokrojone w cienkie plasterki
1 i 1/2 puszki pokrojonych pomidorów
250 g  makaronu penne
duża garść czarnych oliwek grubo posiekanych
1 łyżka kaparów
sól, pieprz
parmezan

Zaczynamy od przygotowania warzyw. Rozgrzewamy piekarnik z opcją grilla / górnej grzałki. Na blasze układamy kawałki bakłażana, polewamy delikatnie oliwą i pieczemy, aż będą miękkie i złotawe. Odkładamy na ręcznik papierowy, żeby się pozbyć nadmiaru tłuszczu. Tak samo postępujemy z papryką. Polecam Wam upieczenie większej ilości warzyw, można je potem trzymać w pudełku w lodówce i wykorzystywać na sto sposobów. Zwykle grilluję warzywa wcześniej, nie tuż przed przygotowaniem makaronu. W garnku rozgrzewamy 4 łyżki oliwy i dodajemy czosnek i anchois. Podgrzewamy oliwę delikatnie mieszając, żeby ją zaromatyzować i uważamy, aby nie przypalić czosnku. Potem dodajemy pomidory i odrobinę soli (dodamy jeszcze kapary) i pieprzu i gotujemy kilka minut, aby sos nieco się zredukował. Teraz zaczynamy gotować makaron. Do sosu dodajemy oliwki i kapary, gotujemy 2-3 minuty, a później dokładamy kawałki bakłażana i papryki. Gotujemy jeszcze chwilę, doprawiamy do smaku i łączymy z makaronem. Podajemy z parmezanem. Przepis na 3 porządne porcje. 






Dyniowe curry z fasolką mung

1 spora dynia (1.6kg), obrana, pokrojona na kawałki
1 szklanka fasolki mung (trzeba ją będzie namoczyć i ugotować, o tym poniżej)
2 czerwone cebule, pokrojone w kostkę
4-5 ząbków czosnku, zmiażdżonych
1 papryczka chilli, wypestkowana i posiekana na małe kawałeczki
1 łyżka startego imbiru
1 i 1/2 łyżki garam masala
1 łyżka przyprawy curry
1 łyżeczka gorczycy
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka kurkumy
2 puszki pomidorów
2 puszki mleka kokosowego
sól
2 pęczki kolendry
sok z cytryny (opcjonalnie)

Fasolkę mung najlepiej jest namoczyć na noc. Następnego dnia opłukać, zalać niewielką ilością wody (tak, aby nieco przykrywała fasolkę) i doprowadzić do wrzenia, a potem gotować na małym ogniu i sprawdzać miękkość. Fasolka gotuje się szybko i chodzi o to, żeby się nie rozgotowała na papkę, bo przecież posiedzi jeszcze w curry :) Ugotowaną fasolkę odsączamy.
Na kilku łyżkach oleju podsmażamy do miękkości cebule z 1 łyżeczką soli. Potem dodajemy czosnek, chilli i imbir i podsmażamy jakieś 2 minuty, a później dokładamy wszystkie przyprawy i podsmażamy kolejne 2 minuty. Dodajemy pomidory i mleko kokosowe, dobrze mieszamy całość i dokładamy kawałki dyni. Zagotowujemy, a potem na małym ogniu pod przykryciem gotujemy 30-40 minut, tak, aby dynia była miękka, ale nie rozgotowana. Na koniec dodajemy fasolkę mung i gotujemy 3-4 minuty. Finiszujemy doprawiając do smaku solą i dodając posiekaną kolendrę. Można dosmaczyć sokiem z cytryny.  Serwujemy z ryżem albo z kaszą. To przepis na wielki garnek pysznego, sycącego curry, które, choć łagodne, ma bardzo fajną smakową kompozycję, jest kremowe i kojące. Przepis na jakieś 8 porcji. 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...