-->

cover

sobota, 1 października 2016

To już trzy smaczne lata :)

Widzę już, jak będzie wyglądała moja wymarzona kuchnia. Wiem, jaką chcę mieć podłogę, jakie kafelki i jaki kolor ścian. Ba, nawet mam już coś do powieszenia na ścianie :) W moim komputerze jest folder "kuchnia", a tam kilkadziesiąt, a może już nawet kilkaset zdjęć, inspirujące wnętrza i ciekawe pomysły. Zimne, nowoczesne rozwiązania i "babcine" jadalnie, cudowne stoły, do wyboru, do koloru... Na poddaszu u moich Rodziców jest całkiem niezła kolekcja wszelakich naczyń i foremek do wypieków, które absolutnie muszą się w tej kuchni znaleźć. Jest marokańska ceramika, dzbanek z targu staroci na Kole, są talerze z Anglii. W mojej kuchni będzie można posłuchać muzyki, lenić się, podjadać pyszności i pić herbatkę. W mojej kuchni będą duże okna... A widok? To chyba jedyne pytanie, na które do tej pory nie znam odpowiedzi... Sympatycznie tak sobie fruwać po świecie (i na szczęście znam jeszcze kilka takich duszyczek w typie nomady, co to uparcie odmawiają "ustatkowania się"), ale w końcu (przynajmniej ja mam takie poczucie) trzeba zdecydować, czy z tych okien zobaczę Beskid Śląski, wybrzeże Atlantyku czy może szare kamienice Edynburga... I to jeszcze nie koniec listy ewentualnych widoków, więc kto wie, może w końcu kwestię rozstrzygnie rzut monetą...?






Pierwsze urodziny mojego bloga świętowałam w Bystrej chałwowym sernikiem. Z okazji dwóch lat Hipopotama w Hurghadzie zaprosiłam przyjaciół na brownie. A dzisiaj właśnie mija trzeci rok od publikacji pierwszego posta. I... Jestem w Szkocji. Ten rok nie jest do tej pory zbyt pomyślny dla moich kulinarnych poczynań. Nowa praca, o której napisałam co nieco w lipcu, nowe miejsce do życia, a do tego... Brak własnego miejsca do gotowania i brak moich wszystkich ukochanych filiżanek, miseczek i talerzy, tak przydatnych do fotografowania jadła, które powstaje na potrzeby bloga. Był moment, gdy właściwie wcale nie było mnie w kuchni. Teraz powoli do niej wracam, ale zajęć wciąż sporo i nie mam kuchennej przestrzeni na wyłączny użytek. Oczywiście, nie byłabym sobą bez garów i dlatego... większość moich smakołyków powstaje teraz w późnych godzinach wieczornych. Trochę to naturalnie trwa i niestety, nie miałam do tej pory najmniejszych szans na żadną "food photo session" z prawdziwego zdarzenia. Bardzo mi jednak brakuje blogowania i dlatego zdecydowałam, że dzisiaj, z okazji kolejnych urodzin Hipopotama, podzielę się z Wami trzema przepisami na smakowitości, a ramach ilustracji, pokażę Wam moje ulubione miejscówki. Zaczynam od dzielnicy Leith, gdzie teraz mieszkam, potem Rudy, czyli Simply Red i zdjęcia z koncertu, na którym byłam w lipcu. Dalej kilka fotek Edynburga, a na koniec miejsce, do którego uciekam ładować baterie... Zostańcie z Hipopotamem!








A teraz trochę o konkretach ;)

Ciasto orzechowe z kawową nutą  (według przepisu Delii Smith)

120 g orzechów włoskich, uprażonych na suchej patelni i niezbyt drobno posiekanych
180 g mąki
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 i 1/2 łyżeczki sody
180 g miękkiego masła
180 g cukru
3 duże jajka

Do nasączenia ciasta:
2 łyżki kawy rozpuszczalnej
100 g cukru
110 ml wrzątku

Krem:
250 g mascarpone
szklanka serka śmietankowego
płynny miód i cynamon

Zaczynamy od przygotowania kremu, mieszamy serki na gładką masę i dodajemy miód i cynamon do smaku. Gotowy krem wkładamy do lodówki. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i sodą i przesiewamy do naczynia, w którym są już wszystkie inne składniki (odkładamy trochę posiekanych orzechów, żeby potem obsypać boki albo wierzch ciasta). Całość miksujemy na gładką masę. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Foremkę o średnicy 23 cm wykładamy folią aluminiową i delikatnie smarujemy masłem. Przekładamy masę do foremki, wyrównujemy wierzch. Pieczemy 40-60 min, do suchego patyczka. Pod koniec pieczenia ciasta przygotowujemy syrop, mieszamy wrzątek z cukrem i kawą (jeśli chcecie bardziej "kawowe" ciasto, proponuję przygotować półtorej porcji syropu). Kiedy wyjmiemy ciasto z piekarnika, nakłuwamy go patyczkiem do szaszłyków i gorące nasączamy kawowym syropem. Dopiero kiedy wystygnie, wyjmujemy je z formy i przekładamy na talerz (do góry dnem). Boki i wierzch ciasta smarujemy kremem i dekorujemy posiekanymi orzechami. Potem najlepiej, kiedy ciasto posiedzi jeszcze chwilę w lodówce, żeby łatwiej się kroiło. Przygotowanie tego ciasta zajmuje chwilę, smakuje bardzo dobrze, nie jest za słodkie, a na koniec wygląda naprawdę efekciarsko. Moja szefowa dostała go na urodziny i baaardzo szybko zniknęło :)










Hipopotamowa zupa dyniowa z soczewicą


nieduża dynia (około 1 i 1/2 kg, obrana ze skórki i pokrojona na kawałki)
szklanka zielonej soczewicy
2-3 czerwone cebule, pokrojone w półplasterki
kilka ząbków czosnku, pokrojonych w plasterki
1 puszka mleka kokosowego
Wasze ulubione przyprawy
oliwa

W garnku rozgrzewamy 2-3 łyżki oliwy i dodajemy cebule i czosnek, wraz z wybranymi przez Was przyprawami (ja miałam pod ręką mieszankę marokańską: kumin, słodka papryka, kolendra, mięta, cynamon, gorczyca, kurkuma, goździki, gałka muszkatołowa.... Gdyby miała wybrac inną opcję, pewnie dodałabym curry). Kiedy cebula będzie miękka i szklista, dodajemy do garnka kawałki dyni i soczewicę i podgrzewamy całość na niedużym ogniu, mieszając, aż dynia pokryje się przyprawami. Potem dolewamy wodę (tylko tyle, aby przykryć dynię i soczewicę) i gotujemy na średnim ogniu, aż dynia będzie miękka, a soczewica ugotowana. Następnie dodajemy mleko kokosowe, gotujemy jeszcze kilka minut, a potem delikatnie rozgniatamy kawałki dyni (tłuczek do ziemniaków bardzo się nada) i doprawiamy zupę do smaku solą, ewentualnie pieprzem. Można jeszcze dodać wody, jeśli wydaje się zbyt gęsta. To jedna z najprostszych zup na świecie, sycąca i pyszna, doskonała, kiedy wraca się do domu w chłodny wieczór :)




















Caponata, czyli za co kocham bakłażany  (przepis Jamiego Olivera po mojemu)

4-5 niedużych bakłażanów, pokrojonych na średniej wielkości kawałki
oregano (suszone)
3 czerwone cebule, pokrojone w kostkę
kilka (lubię dużo!) ząbków czosnku pokrojonych w plasterki
natka pietruszki (posiekana razem z łodyżkami)
duża garść zielonych oliwek
duża garść czarnych oliwek
2 puszki pokrojonych pomidorów
oliwa
sól

W garnku lub na patelni rozgrzewamy trochę oliwy i partiami obsmażamy kawałki bakłażana posypane szczodrze oregano. Bakłażan ma być złotawy i miękki. Kawałki nie mogą być zbyt małe, żeby nie nasiąkły całkowicie oliwą. Każdą partię odkładamy na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem, żeby się pozbyć nadmiaru oliwy. Kiedy całość jest usmażona, przekładamy bakłażana do garnka, dodajemy posiekane cebule, czosnek i natkę i na niedużym odgniu podsmażamy wszystko kilka minut, aż czosnek i cebula zmiękną i zaczną ładnie pachnieć. Można dodać odrobine oliwy, jeśli całość wydaje się zbyt sucha. Potem dokładamy do garnka oliwki i znów kilka minut podsmażamy. Na koniec dodajemy pomidory i gotujemy na małym ogniu, aż kawałki bakłażana zaczną się rozpadać, a sos się zredukuje. Doprawiamy solą. Mnie caponata najbardziej smakuje zimna, na drugi dzień. Zwłaszcza z chrupiącą bagietką. Taki mały grzech i marzenia o słonecznej Italii :)












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz