-->

cover

niedziela, 19 lutego 2017

Black Beauty, czyli zjedz ze mną śniadanie :)

Byłam zmęczona. Zmęczona, ale pełna pozytywnych emocji i wdzięczna za dobry dzień, który miał się ku końcowi. Pomyślałam, że już bardzo dawno nie upiekłam chleba... Co prawda w moim przypadku nigdy do końca nie wiadomo, jaki będzie efekt, ale byłam wysoce zmotywowana :) Po pierwsze chciałam zamknąć w tym chlebie całą dobroć, jaka mi się w ciągu dnia przytrafiła, a po drugie - udało mi się upolować w rewelacyjnej cenie kolejną książkę mojej ukochanej autorki kulinarnej Diane Henry (m.in. lody truskawkowo-różane , kuskus z warzywamisałatka z gruszką i serem blue, tarta z dynią, szpinakiem i gorgonzolą...). No i jeszcze, bardzo się już stęskniłam za ciemnym chlebem i jego słodkawym, głębokim smakiem.




Pewnie już pamiętacie, że im późniejsza pora, im ciszej na świecie i ciemniej za oknami, tym lepiej mi w kuchni. Była więc herbata, czerwona, aromatyzowana szafranem, anyżem i migdałami. Była Sophie Milman i Aga Zaryan...




A potem pojawił się cudowny, pachnący bochenek, który był niekwestionowaną gwiazdą śniadania... Do tego jeszcze eksplozja tulipanów w moim pokoju, słońce za oknami i kilka pysznych dodatków do chleba, z różnych stron świata:
                                                                       
szkocki łosoś, 
turecki ajvar (pasta z papryki i bakłażanów),
kremowy serek z egipską dukkah,
hummus z kolendrą, czosnkiem, chilli i pestkami dyni,
greckie oliwki,
caprese ze słonecznej Italii...

Wspominałam, że kocham śniadania...?




Pyszny ciemny (czarny) chleb
 (na podstawie przepisu z książki Diane Henry "A Change of Appetite")

150 g mąki żytniej
425 mąki pszennej
2 i 1/2 łyżeczki drożdży instant
2 łyżeczki soli
3 łyżeczki brązowego cukru
2 łyżki gorzkiego kakao
2 łyżki kawy rozpuszczalnej
50 g niesolonego masła, pokrojone na nieduże kawałki
60 g miodu
150 g marchewki, startej na drobnych oczkach
garść pestek słonecznika
garść pestek dyni
olej

Do miseczki wlewamy 225 ml wrzątku i dodajemy 50 g mąki żytniej. Mieszamy widelcem (będzie a la owsianka) i odstawiamy na 15 minut, żeby ostygło. Potem dosypujemy drożdże i 1 łyżeczkę cukru, mieszamy dokładnie, przykrywamy i odstawiamy na 45 minut. Mieszanka w tym czasie "ruszy". W drugiej miseczce mieszamy kakao, kawę, resztę cukru, miód i masło. Dodajemy 100 ml gorącej wody i mieszamy dokładnie, aż masło się rozpuści. Odstawiamy do przestygnięcia.
W dużej misce mieszamy mąkę pszenną z resztą mąki żytniej. Robimy wgłębienie i dodajemy mieszankę drożdżową, kawowo-kakaową, startą marchewkę i pestki. Mieszamy, aż zacznie się nam formować lepkie ciasto. Smarujemy olejem blat i dłonie i wyrabiamy ciasto około 10 minut (przyznaję, podsypywałam je odrobinę mąką, bo lepi się szalenie...). Potem wkładamy ciasto do natłuszczonej miski i przykrywamy wilgotnym kuchennym ręcznikiem. Odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę. Po tym czasie wyjmujemy ciasto z miski, uderzamy w nie pięścią, żeby je odgazować i jeszcze przez jakieś pół minuty wyrabiamy. Blachę do pieczenia wykładamy papierem, smarujemy delikatnie olejem i oprószamy mąką. Z ciasta formujemy bochenek, układamy na blasze, przykrywamy znów kuchennym ręcznikiem i odstawiamy na kolejną godzinę. Piekarnik nastawiamy na 220 stopni. "Smarujemy" wierzch bochenka wodą (przydaje się pędzel), robimy w nim nacięcie na krzyż i posypujemy słonecznikiem. Pieczemy w 220 stopniach 20 minut, a potem redukujemy temperaturę do 180 i pieczemy kolejne 20 minut. W połowie pieczenia wydawało mi się, że wierzch za bardzo się przypieka, więc przykryłam go folią. Chleb jest upieczony, jeśli "postukamy" w jego spód i wydaje się, jakby był pusty w środku. Studzimy go na kratce. A jeśli skórka na wierzchu wydaje się nam za twarda, kiedy wyjmiemy chleb z pieca, trzeba ją jeszcze od razu znowu "posmarować" wodą.








poniedziałek, 13 lutego 2017

Nie wiem, ach nie wiem, jak to się stało...

ale nabyłam foremkę w kształcie serduszka ;) Myślałam, że już mnie nic nie zdziwi po cukrowych dekoracjach świątecznego piernika, a tu proszę! Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz dla foremki :) Tymczasem nowy rok na dobre się rozhulał i patrząc na ostatnie tygodnie, dochodzę do wniosku, że całkiem spore wyzwania już przede mną postawił.
Podobno jest tak, że pewne sytuacje przytrafiają się nam w życiu do momentu, kiedy wreszcie zauważymy, że to rodzaj lekcji do odrobienia i szansa na wyciągnięcie pewnych wniosków. Z reguły całkiem pożytecznych. Te sytuacje ustają, kiedy zdamy sobie sprawę z sensu wydarzeń i zrozumiemy, dlaczego nas to wszystko spotyka raz po razie. U mnie właśnie coś podobnego się dzieje i było z tego powodu kilka "pierwszych razów", nie licząc serduszkowej foremki.
Musiałam się publicznie skonfrontować z osobą, której zachowanie od dłuższego czasu wystawiało moją cierpliwość na próbę i powodowało u mnie ogromny psychiczny dyskomfort. Trzeba było się do tego przygotować i wcale nie było łatwo, zwłaszcza takiej przyjaznej istocie jak ja, która chciałaby, żeby ludzkości było z nią przyjemnie... Koniec końców przełamałam się i powiedziałam, że od tej pory pewne zachowania po prostu nie mogą już mieć miejsca. No i nie mają. A o wszystkim zadecydowały chyba tak naprawdę spokój i zdecydowanie w moim głosie. Odetchnęłam. I teraz już wiem, że gdzieś tam we mnie mieszka król lew :)




Kolejna sytuacja była już inna. Tym razem zdecydowałam się komuś powiedzieć: "Robię zdjęcia jedzenia. Uważam, że są dobre. Chciałabym je u was pokazać...". Coś robisz, szyjesz, pieczesz, piszesz czy malujesz. Grono znajomych pochwali. ciocia się zachwyci, ale prawda jest taka, że nikt za Ciebie pewnych rzeczy nie zrobi. Sam/a musisz się pokazać światu.
Muszę przyznać, że za każdym razem, zanim kliknę "opublikuj", czytam i czytam te moje posty i zastanawiam się, czy to się w ogóle komuś na coś przyda, czy to całe pisanie i reszta to w ogóle warte pokazania. Mam wrażenie, że dzielić się swoją twórczością ze światem, to trochę tak, jakby postawić dziecko przed wypełnioną po brzegi widownią... Może zachwycić, może rozbroić, może zostać wyśmiane i wygwizdane. A może również pozostać niezauważone. Jest ryzyko. Zawsze jakoś nas ocenią. Coś jednak z czasem do mnie dotarło. Ja bardzo wierzę w to dziecko, które przed Wami stawiam. Kocham to, co robię i chcę się tym nadal zajmować i rozwijać. Będzie mi miło, jeśli się spodoba. A jeśli nie? To nie szkodzi, bo mamy różne gusta i upodobania. I ta różnorodność jest jedną z rzeczy, które mnie w życiu najbardziej pociągają :) A ponieważ do odważnych świat należy, mam nadzieję, że już za jakiś czas będzie można zobaczyć moją pierwszą miniwystawę :)

Jakoś tak wyszło przypadkiem, że foremka się wpisała w nastrój walentynkowego szaleństwa. No i fajnie, nie miałabym nic przeciwko, żeby jakiś Walenty zapukał do moich drzwi z marchewkowym ciastem ;) Jest to ciacho proste, słodkie i pyszne. Odpowiednie nawet dla wysoce początkujących Walentych ;)
A zdjęcia z dzisiejszego posta mają specjalną dedykację dla Karoliny. I ona dobrze wie, dlaczego :)




Ciasto marchewkowe z orzechami, imbirem i cynamonem  (na podstawie przepisu Paula Hollywood)

250 g mąki
1 łyżka cynamonu
1 łyżka imbiru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
250 g startej marchewki
50 g orzechów włoskich, uprażonych i posiekanych
230 g jasnego brązowego cukru
3 jajka
170 ml oleju

Do większej miski przesiewamy mąkę wymieszaną z resztą sypkich składników. Potem dodajemy cukier, orzechy i marchewkę i dobrze mieszamy. Następnie dodajemy jajka zmiksowane z olejem i znowu porządnie mieszamy, żeby wszystko się dobrze połączyło. Przekładamy masę do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą okrągłej foremki (18-23 cm). Można piec w mniejszej, a wyższej foremce i na angielską modłę przekroić na dwa blaty, przyznaję, że u Hipopotama to czasem za dużo roboty ;) Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni i pieczemy do suchego patyczka, około godziny.

Mam trzy wersje podania tego ciasta. Pierwsza (błyskawiczna) wymaga jedynie posypania cukrem pudrem ;) Druga opcja (ze zdjęć) to posmarowanie ciasta serkiem śmietankowym (200 g) zmiksowanym ze 125 g cukru pudru, skórką startą z 1 cytryny i kilkoma łyżkami soku z cytryny - do smaku. Do tego posypka z uprażonych i posiekanych włoskich orzechów (cytrynowy krem jest pyszny, ale ciasto musi swoje odstać, najlepiej w lodówce). Sympatyczna i bardzo szybka jest wersja nr 3, czyli najzwyklejszy lukier cytrynowy (kilka łyżek przesianego cukru pudru dobrze wymieszanych z sokiem z cytryny) plus posypka z pokruszonych imbirowych herbatników.