-->

cover

piątek, 25 lipca 2014

Masz chwilę...?

Siedzę na balkonie, czytam ulubione czasopismo i rozkoszuję się pysznym ciastem. Raj na ziemi! Wygrzewam się w słońcu jak leniwy kocur i zaklinam - chwilo trwaj... A potem myślę o płycie Turnaua, której słuchałam wczoraj wieczorem i przypomina mi się śpiewany przez Grzegorza wiersz Iwaszkiewicza: "Takiej drugiej chwili nie będziesz już miał... takiej łaski bogów nie będziesz już miał...". Ano właśnie. Do tego jeszcze niedawno znaleziony cytat, podobno Buddy: "Jest jeden mały problem - myślisz, że masz czas..." I proszę - to jak kubeł zimnej wody w tym gorącym słońcu. Skutecznie budzi. Bo rzeczywiście, ilu z nas serio traktuje czas, który został nam dany i zdaje sobie sprawę z jego nieuchronnego upływu...? Co byście zrobili, tak zupełnie poważnie, dowiadując się na przykład jutro, że zostaje Wam rok - dwa lata życia? Mało się zastanawiamy nad tym, że przysługuje nam jedynie "teraz". Dzień wczorajszy, lepiej czy gorzej wykorzystany gdzieś już umknął, a jutro... Kto tak naprawdę wie, co przyniesie jutro? Ktoś tylko wspomni, że czas tak szybko płynie, że lata lecą... Pora wziąć sprawy w nasze własne ręce. Ruszyć się z pracy, która nas uwiera. Założyć sukienkę, która czeka na specjalną okazję - przecież każdy dzień jest szczególny... Pora mówić ludziom, że są dla nas ważni, że ich kochamy, pora spędzać z nimi czas, być dla nich, słuchać i rozmawiać z nimi. Czas wyruszyć w podróż... Nasza planeta jest taka niezwykła, a my się uparcie trzymamy naszego kąta ;) Jest tyle miejsc do zobaczenia, tylu ludzi do spotkania... Pora też robić miłe niespodzianki :) Czemu by nie zapukać do czyichś drzwi niosąc takie oto ciasto:




Wynalazłam ostatnio mnóstwo fajnych przepisów na serniki. Mimo, że pora bardziej przecież owocowa niż sernikowa, zapragnęłam sernika właśnie. Do tego jeszcze od kilku dni czasu miałam ochotę na grzech w wersji czekoladowej, a przy okazji ostatnich zakupów trafiły mi się cudne wiśnie. Trzeba było jakoś te wszystkie dobroci połączyć i okazało się, że jest na to sposób. Przypomniał mi się przepis z bloga Pistachio , który od jakiegoś czasu był na mojej "liście oczekujących". Zmodyfikowałam go odrobinę wedle własnych upodobań i oto można się delektować ciastem, które już w trakcie pieczenia pachniało tak niebiańsko, że trudno się było oddalić od piekarnika :)




Sernikobrownie z wiśniami 

Masa brownie:
200 g dobrej gorzkiej czekolady (ew. gorzkiej i mlecznej)
180 g masła
150 g cukru
30 g gorzkiego kakao
40 g mąki
5 jajek
szczypta soli

Masa sernikowa:
400 g kremowego serka  (użyłam jogurtowego serka labneh)
80 g cukru
1 łyżeczka ekstraktu wanilii
2 jajka

150 g wiśni

Czekoladę z masłem rozpuszczamy w kąpieli wodnej i odstawiamy do ostudzenia. Jajka miksujemy ze szczyptą soli i cukrem, około 3 minut, aż podwoją objętość. Dodajemy ostudzoną czekoladę, a potem mąkę i kakao. Mieszamy albo lekko miksujemy całość. Serek miksujemy na gładką masę z jajkami, cukrem i ekstraktem waniliowym. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Tortownicę 23 cm wykładamy papierem do pieczenia i lekko smarujemy masłem. Wylewamy najpierw masę czekoladową, a potem sernikową i nożem tworzymy "esy floresy". Na wierzchu układamy wiśnie. Pieczemy 45 - 60 minut, aż powierzchnia ciasta się zetnie, ale środek pozostanie lekko wilgotny. Możemy pod koniec pieczenia przykryć ciasto folią aluminiową. Kiedy ciasto ostygnie, (środek pewnie opadnie, ale nie szkodzi, i tak jest urocze) dobrze jest włożyć je na noc do lodówki.







sobota, 19 lipca 2014

Gorąco, gorąco... Chłodnik!

Pewnie znów najpiękniejszy w Polsce jest lipiec nad wodą... Ja tymczasem też nad wodą, tyle, że nie w Polsce i chyba staję się powoli miłośniczką zimy, jako że lata u mnie nawet w nadmiarze, a temperaturą najchętniej obdzieliłabym kilka osób, żeby sobie móc spokojnie pooddychać ;) W ubiegłym roku o tej porze byłam u rodziców, biegałam boso po trawie, wyjadałam porzeczki prosto z krzaka, a moja Babcia robiła mi najlepsze na świecie kluseczki serowe :) Było też naturalnie mnóstwo pyszności mojej Mamy - w tym kotlet na powitanie, naturalnie hi hi hi :)






Było też kilka spacerów po Bielsku, fotka z Reksiem, pyszne lody z siostrą na starówce i fajny balkon wynalazłam:




Było bieganie po najprawdziwszej zielonej łące, z trawą do kolan i mnóstwem obłędnie pachnących kwiatów, było zbieranie  grzybów i chwila relaksu z widokiem na góry... Ognisko było i grill i śpiewanie :)




Były harce z niesfornym acz niezwykle fotogenicznym psem w ogrodzie i sesje kulinarne wśród kwiecia:






Było sporo pieczenia (tarta morelowa, szarlotka, tarta z porzeczkami i jagodami, muffiny jabłkowe, tarteletki z malinami....), kilka książek, dużo spotkań z rodziną i przyjaciółmi i wieczór z moim ulubionym ojcem chrzestnym, długie serdeczne rozmowy i  jak zwykle dobre wino, a do tego pyszna sałatka z kozim serem:




Wyciągnęłam też z szafy starego poczciwego Zenita i okazało się, że całkiem, całkiem się nam współpracuje... Nie będzie to dłuższa relacja, biorąc pod uwagę cenę negatywów, wywoływania odbitek i skanowania, ale kto robi analogowe zdjęcia, ten wie, że jest w nich magia i jedyny w swoim rodzaju urok... :












To był piękny i dobry czas, w dodatku z prawdziwie wakacyjną, cudną pogodą, a w nocy przed moim wyjazdem była nawet letnia burza. Siedziałam sobie na balkonie i oglądałam piorunujący spektakl na ciemnym niebie. To było przeżycie!
Tymczasem dziś mam dla Was przepis na chłodnik. Niby nic, prosta rzecz, ale trochę inna wersja. W oryginale z suszonymi płatkami róż :) Ja płatków nie mam, więc nie dodałam, wystarczyła mi ciekawa koncepcja połączenia ogórka z rodzynkami i uprażonymi włoskimi orzechami. I to jest bardzo dobry pomysł! Na mały chillout na tarasie, żeby odetchnąć w upał - chwila roboty, proste składniki, a przyjemność spora. Spróbujecie?


Chłodnik perski
 (4-6 porcji)

1/2 szklanki orzechów włoskich, uprażonych na suchej patelni i drobno posiekanych
2 szklanki jogurtu naturalnego
1 i 1/2 szklanki bardzo zimnej wody
1/2 szklanki rodzynek
1 szklanka ogórków, obranych ze skórki, pokrojonych w drobną kostkę (2-3 sztuki)
1/4 szklanki posiekanej mięty
1/4 szklanki posiekanego koperku
1/4 szklanki posiekanej pietruszki
sól, pieprz

Jogurt mieszamy z wodą, dodajemy resztę składników, doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Chłodzimy w lodówce przynajmniej godzinę. Przed podaniem możemy udekorować listkami świeżej mięty, albo inną zieleniną. To wszystko :)












sobota, 12 lipca 2014

Wypiekanie na śniadanie i greckie bułeczki z fetą.

Nie przewidywałam włączania piekarnika przez kilka najbliższych dni, bo temperatury piekielne, ale już od jakiegoś czasu chciałam się przyłączyć do "Wypiekania na śniadanie" organizowanego przez Małgosię. To fajna weekendowa akcja, podczas której blogerzy, choć nie tylko, pieką coś według jednego przepisu, a zdjęcia i linki zamieszczają potem na Facebooku. Na ten weekend Małgosia wybrała wyjątkowo smakowity przepis - greckie bułeczki z serem feta. Co prawda drożdżowy wypiek nadziewany w moim wykonaniu jest daleki od mistrzostwa (przynajmniej wizualnie hi, hi...), ale uwierzcie, bułeczki są pyszne i warto sobie je zaserwować na weekendowe śniadanie :) A w domu jak pachnie... :)




A oto i przepis na te smakowitości z bloga Pracownia Wypieków :

Tiropsomo - greckie bułeczki z fetą

300 g mąki pszennej
1 łyżeczka soli
20 g świeżych drożdży lub 1 łyżeczka drożdży instant (użyłam 1,5 łyżeczki drożdży instant)
5 łyżek ciepłej wody (użyłam 6)
1 łyżka cukru lub miodu
4 łyżki oliwy (użyłam 5)
120 ml ciepłego mleka

topione masło do smarowania bułeczek
270 g sera feta, rozgniecionego widelcem (użyłam 250 g)

do posmarowania: 1 żółtko wymieszane z 1 łyżeczką wody
do posypania: 2 łyżki sezamu (użyłam ziół prowansalskich, to był świetny pomysł)

Mąkę łączymy z solą i drożdżami instant (świeże drożdże najpierw mieszamy z ciepłą wodą, a potem dodajemy do mąki). Dodajemy miód/cukier, oliwę, mleko. Łączymy i zagniatamy gładkie ciasto. Następnie przekładamy je do miski lekko posmarowanej oliwą, przykrywamy folią i odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę lub dwie. Potem dzielimy ciasto na cztery części, każdą z nich rozwałkowujemy na prostokąt o szerokości 6 cm i grubości 3 mm. Na środku kładziemy ser i dokładnie zlepiamy brzegi tworząc wałek, a potem zwijamy go w ślimaka. Bułeczki lekko smarujemy masłem, przykrywamy folią i odstawiamy do wyrastania na 40 minut. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Wyrośnięte ślimaki smarujemy żółtkiem z wodą i posypujemy sezamem. Pieczemy 30 - 35 minut, aż się zrumienią.





niedziela, 6 lipca 2014

Dziś są Twoje urodziny...

A Ty nie przepadasz za słodyczami.

Tart nie lubisz, o tortach nie wspomnę. Nawet lody Cię nie kręcą ;)

Wyzwanie. Chcę Ci przygotować coś słodkiego. Prostą, ale naprawdę dobrą rzecz.

Znalazłam na targu piękne śliwki. Mam w domu czekoladę. I kilka innych potrzebnych składników.

Nigel Slater podpowiedział mi, że TO może Ci się spodobać:








Śliwki zapiekane pod owsiankową kruszonką  (cztery porcje)

12 - 16 śliwek, pokrojonych na nieduże kawałki
30 g masła
50 g cukru
szczypta cynamonu
garść grubo posiekanych orzechów włoskich

Kruszonka:
85 g masła
40 g mąki
40 g mąki migdałowej (jeśli nie macie, użyjcie podwójnej ilości zwykłej mąki)
80 g cukru
3 łyżki płatków owsianych
1 łyżka wody
80 g dobrej, ciemnej czekolady pokrojonej na małe kawałki

Na patelni rozpuszczamy masło. Dodajemy śliwki i cukier i gotujemy na małym ogniu kilka minut, aby śliwki troszkę zmiękły. Zdejmujemy z ognia, posypujemy szczyptą cynamonu i odcedzamy śliwki z powstałego soku. Rozkładamy je po równo do nasmarowanych masłem foremek do zapiekania i posypujemy orzechami. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Przygotowujemy kruszonkę - najpierw łączymy ze sobą masło i mąkę (zwykłą i migdałową), a potem dodajemy cukier i płatki owsiane. Dolewamy do kruszonki łyżkę wody, a kiedy powstaną grudki, dokładamy czekoladę. Owsiankową kruszonką posypujemy śliwki i pieczemy około 45 minut, aby deser się ładnie zezłocił. Łakomczuchy pewnie zjedzą jeszcze ciepły, ale można też trochę go ostudzić i podać w rozpustnej wersji z gałką ulubionych lodów.






Wszystkiego najlepszego! Niech Ci się szczęści :)















czwartek, 3 lipca 2014

Dla moich Przyjaciół. I bakłażan.

Gorrrrrąco... Omijam kuchnię szerokim łukiem. Piję hektolitry wody z miętą i cytryną i chowam się w klimatyzowanym pokoju z nowymi książkami, o których pewnie niebawem tu napiszę. Miałam dziś kolejny dobry dzień, udało mi się dłuższą chwilę pogadać z dwójką moich przyjaciół. Oboje zakochani (ach, ta letnia magiczna pora ;) ...) z motylami w brzuchu :) Bardzo się cieszę, że dobrze im się układa, ale przede wszystkim cieszę się, że są. Nie mamy teraz okazji często się spotykać, ale za nami wiele przegadanych wieczorów, wiele żartów, czasem życzliwej ironii i kilka butelek czerwonego wina i duuuuużo czekolady ;) Poza tym z prawdziwymi przyjaciółmi tak już jest, że można nie gadać miesiącami, a relacja się nie zmienia i zawsze mamy poczucie wsparcia, które nam zapewniają. Świadomość, że tacy ludzie istnieją w naszym życiu daje niesamowity komfort psychiczny. Przyjaciele, dla których jesteśmy naprawdę ważni, pomagają nam często zobaczyć nas samych z zupełnie innej strony (nie, naprawdę, Marta, nie masz nosa jak czarownica....)... :) Potrafią dodać nam wiary w siebie i zmotywować do robienia rzeczy, na które może wcześniej zabrakłoby nam odwagi. Odkładają też czasem na bok własne sprawy, po prostu po to, żeby przy nas być. To chyba najcenniejsze, co można dać drugiemu człowiekowi. Momenty spędzone z przyjaciółmi długo się pamięta, to są takie chwile - perełki, które później wywołują uśmiech na twarzy i poprawiają samopoczucie. Wędrówka po krakowskim Kazimierzu (daleko jeszcze....?) i zapiekanki nad ranem, moje pierwsze szpilki (taaaaakie szpilki), spadanie ze śmiechu z kanapy przy okazji czytania na głos "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?", najpiękniejszy make-up na świecie i sesja zdjęciowa, morele w czekoladzie, świetne perfumy (pasują Ci do charakteru), długie rozmowy w Paryżu i otwarty dom w Rembertowie, czekanie na lotnisku, jadło drwala i bigos, ba, nawet sarnina na powitanie w Polsce, spacery po Parku Szczęśliwickim i rozmowy do rana... Dziękuję Wam, Kochani! 




Kiedy za oknem skwar i nie bardzo chce się jeść, a jeszcze bardziej nie chce się niczego przygotowywać w sąsiedztwie piekarnika, z reguły wieczorową porą staram się nastroić coś na kolejny dzień. Dziś proponuję Wam bakłażana, podpieczonego i zamarynowanego w oliwie z chilli, czosnkiem i zieleniną (przepis stąd). Prosta, ale niesamowicie smakowita przekąska. Nadaje się jako towarzystwo dla grillowanego mięsiwa, ale pysznie smakuje również z chlebkiem pita (przepis tu) albo z dobrą bagietką. Wypróbowałam go również w wersji z domowym sosem pomidorowym, na zimno. Genialne! Nawet w upał warto dla tego bakłażana rozgrzać piekarnik :)




Bakłażan marynowany w oliwie z chilli i czosnkiem

3 bakłażany średniej wielkości
oliwa z oliwek
sól, pieprz

Marynata:
5 łyżek oliwy z oliwek
5 łyżek soku z cytryny (użyłam limonki)
1 mała czerwona papryczka chilli (użyłam zielonej), drobno posiekana, wypestkowana, jeśli ma być mniej pikantnie
3-4 łyżki posiekanej pietruszki / bazylii / kolendry (użyłam pietruszki)
2 ząbki czosnku, drobniutko posiekane
sól, pieprz

Zaczynamy od sporządzenia marynaty. Mieszamy ze sobą wszystkie składniki, niech chwilę postoi i się "przegryzie". Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni, blachę wykładamy papierem do pieczenia. Obcinamy końce bakłażanów, a potem WSZERZ przecinamy je na pół. Każdą cześć dzielimy później na 6-8 "ćwiartek", ważne, aby były równej wielkości (zobaczcie w przepisie). Kawałki bakłażana układamy teraz na blasze, skórką w dół. Smarujemy je oliwą, oprószamy solą i pieprzem i pieczemy 20 - 25 minut, do momentu, aż będą lekko brązowe i i miękkie w dotyku. Kiedy bakłażan będzie upieczony, jeszcze gorące kawałki wkładamy do sporej miski z marynatą i delikatnie mieszamy, tak, aby wszystkie kawałki pokryły się oliwą, ale żeby jednocześnie zachowały kształt. Bakłażanową przekąskę możemy podać już po godzinie, ale można ją również kilka dni przechowywać w lodówce w szczelnym pojemniku. 




PS Panno M., najlepszego weekendu na świecie :*