-->

cover

poniedziałek, 24 października 2016

Jesień? Lubię to!

Jesień. Wrzosy i dynie. Skoki przez kałuże i wirujące kolorowe liście w parkowych alejkach. Cynamon. Ciepłe swetry i miękkie szale. Gorąca czekolada. Chłodne, mgliste poranki i nastrojowe piękne wieczory. Jabłka. Ogniska z przyjaciółmi i spacery po lesie. Uśmiech matki Natury, pełnia z tysiącem kolorów...
Spaceruję po parku i podziwiam późnopopołudniowe niebo, którego kolory przywodzą na myśl deser skomponowany przez szalonego łakomczucha. Jest niebieskie, jest stalowoszare, jest różowe, płonie czerwienią... Cała ta feeria w jednej chwili, w jedynym niepowtarzalnym momencie. Nagle widzę nadlatujące ptaki, przyglądam się uważniej i dostrzegam ptasi klucz, nie jeden, a trzy! Niesamowite widowisko na tle płonącego nieba. Pewnie mogłabym zrobić zdjęcie, ale to, co podziwiam tam, wysoko, ma w sobie taką magię, że zupełnie zapominam o aparacie. Stoję z zadartą głową, jak dziecko i chłonę niezwykły widok. A potem, znienacka ogarnia mnie jakiś ogromny smutek. I tęsknota za czymś, czego nie potrafię nazwać. Przypominam sobie, że Babcia czytała nam w dzieciństwie "Cudowną podróż", historię małego nieznośnego Nilsa, który podróżował ze stadem dzikich gęsi i wiele się od nich nauczył. A teraz widzę ptaki szybujące nad moją głową... Nie mam pojęcia, dokąd lecą. Wiem tylko, że są wolne. I że jest w nich niespotykana siła... Rozglądam się po niemal już pustym parku i dopiero teraz czuję chłód.




Jesienna aura płata figle. Słoneczny dotąd dzień zamienia się w strugi deszczu, a spokój w wichurę. Tymczasem w Edynburgu, wędrując przez miasto, bez względu na porę roku, można właściwie nie rozstawać się z aparatem. Bardzo lubię tu podziwiać jesienną grę świateł, gdy część kamienic skąpana jest w słońcu, a część okryta niepokojącym cieniem. Dziś nad tymi kamienicami rozpięta była tęcza. I to podwójna! Pięknie wyglądały te łuki na kontrastowym ciemnoszarym niebie.
Nie byłam nigdy zapalonym łazikiem, ale moje podejście do plenerów zmieniło się zdecydowanie, kiedy zaczęłam odkrywać różne fantastyczne wynalazki ludzkości, a mówię tu o zmyślnych włóknach, chroniących nas przed wiatrem i wodą z nieba ;)  Jeśli się odpowiednio przygotować, to bez względu na pogodę można się dobrze bawić na zewnątrz. Następnym razem muszę jedynie mieć litość dla obiektywu ;) Bo przed nami jeszcze wiele przygód i tyle do zobaczenia :)




Ciasto bananowe z czekoladą i orzechami

450 g dojrzałych bananów (waga po obraniu ze skórki), rozgniecionych widelcem
3 jajka
150 ml maślanki
100 ml oleju
150 g brązowego cukru
150 g mąki pszennej
150 g mąki pełnoziarnistej
2 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
100 g ciemnej czekolady, posiekanej
100 g orzechów włoskich, uprażonych i  posiekanych

W jednym naczyniu miksujemy rozgniecione banany z jajkami, olejem, cukrem i maślanką. Mąkę mieszamy z cynamonem, proszkiem do pieczenia i sodą, przesiewamy i stopniowo dodajemy do bananowej mieszanki, miksując na średnich obrotach. Gdy uzyskamy jednolitą masę, dosypujemy do niej posiekaną czekoladę i orzechy. Masę przelewamy do foremki (23 cm), nasmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni, ciasto pieczemy około godziny, do suchego patyczka. Doskonałe na jesienne spacery. Najlepiej smakuje na drugi dzień.





sobota, 1 października 2016

To już trzy smaczne lata :)

Widzę już, jak będzie wyglądała moja wymarzona kuchnia. Wiem, jaką chcę mieć podłogę, jakie kafelki i jaki kolor ścian. Ba, nawet mam już coś do powieszenia na ścianie :) W moim komputerze jest folder "kuchnia", a tam kilkadziesiąt, a może już nawet kilkaset zdjęć, inspirujące wnętrza i ciekawe pomysły. Zimne, nowoczesne rozwiązania i "babcine" jadalnie, cudowne stoły, do wyboru, do koloru... Na poddaszu u moich Rodziców jest całkiem niezła kolekcja wszelakich naczyń i foremek do wypieków, które absolutnie muszą się w tej kuchni znaleźć. Jest marokańska ceramika, dzbanek z targu staroci na Kole, są talerze z Anglii. W mojej kuchni będzie można posłuchać muzyki, lenić się, podjadać pyszności i pić herbatkę. W mojej kuchni będą duże okna... A widok? To chyba jedyne pytanie, na które do tej pory nie znam odpowiedzi... Sympatycznie tak sobie fruwać po świecie (i na szczęście znam jeszcze kilka takich duszyczek w typie nomady, co to uparcie odmawiają "ustatkowania się"), ale w końcu (przynajmniej ja mam takie poczucie) trzeba zdecydować, czy z tych okien zobaczę Beskid Śląski, wybrzeże Atlantyku czy może szare kamienice Edynburga... I to jeszcze nie koniec listy ewentualnych widoków, więc kto wie, może w końcu kwestię rozstrzygnie rzut monetą...?






Pierwsze urodziny mojego bloga świętowałam w Bystrej chałwowym sernikiem. Z okazji dwóch lat Hipopotama w Hurghadzie zaprosiłam przyjaciół na brownie. A dzisiaj właśnie mija trzeci rok od publikacji pierwszego posta. I... Jestem w Szkocji. Ten rok nie jest do tej pory zbyt pomyślny dla moich kulinarnych poczynań. Nowa praca, o której napisałam co nieco w lipcu, nowe miejsce do życia, a do tego... Brak własnego miejsca do gotowania i brak moich wszystkich ukochanych filiżanek, miseczek i talerzy, tak przydatnych do fotografowania jadła, które powstaje na potrzeby bloga. Był moment, gdy właściwie wcale nie było mnie w kuchni. Teraz powoli do niej wracam, ale zajęć wciąż sporo i nie mam kuchennej przestrzeni na wyłączny użytek. Oczywiście, nie byłabym sobą bez garów i dlatego... większość moich smakołyków powstaje teraz w późnych godzinach wieczornych. Trochę to naturalnie trwa i niestety, nie miałam do tej pory najmniejszych szans na żadną "food photo session" z prawdziwego zdarzenia. Bardzo mi jednak brakuje blogowania i dlatego zdecydowałam, że dzisiaj, z okazji kolejnych urodzin Hipopotama, podzielę się z Wami trzema przepisami na smakowitości, a ramach ilustracji, pokażę Wam moje ulubione miejscówki. Zaczynam od dzielnicy Leith, gdzie teraz mieszkam, potem Rudy, czyli Simply Red i zdjęcia z koncertu, na którym byłam w lipcu. Dalej kilka fotek Edynburga, a na koniec miejsce, do którego uciekam ładować baterie... Zostańcie z Hipopotamem!








A teraz trochę o konkretach ;)

Ciasto orzechowe z kawową nutą  (według przepisu Delii Smith)

120 g orzechów włoskich, uprażonych na suchej patelni i niezbyt drobno posiekanych
180 g mąki
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 i 1/2 łyżeczki sody
180 g miękkiego masła
180 g cukru
3 duże jajka

Do nasączenia ciasta:
2 łyżki kawy rozpuszczalnej
100 g cukru
110 ml wrzątku

Krem:
250 g mascarpone
szklanka serka śmietankowego
płynny miód i cynamon

Zaczynamy od przygotowania kremu, mieszamy serki na gładką masę i dodajemy miód i cynamon do smaku. Gotowy krem wkładamy do lodówki. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i sodą i przesiewamy do naczynia, w którym są już wszystkie inne składniki (odkładamy trochę posiekanych orzechów, żeby potem obsypać boki albo wierzch ciasta). Całość miksujemy na gładką masę. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Foremkę o średnicy 23 cm wykładamy folią aluminiową i delikatnie smarujemy masłem. Przekładamy masę do foremki, wyrównujemy wierzch. Pieczemy 40-60 min, do suchego patyczka. Pod koniec pieczenia ciasta przygotowujemy syrop, mieszamy wrzątek z cukrem i kawą (jeśli chcecie bardziej "kawowe" ciasto, proponuję przygotować półtorej porcji syropu). Kiedy wyjmiemy ciasto z piekarnika, nakłuwamy go patyczkiem do szaszłyków i gorące nasączamy kawowym syropem. Dopiero kiedy wystygnie, wyjmujemy je z formy i przekładamy na talerz (do góry dnem). Boki i wierzch ciasta smarujemy kremem i dekorujemy posiekanymi orzechami. Potem najlepiej, kiedy ciasto posiedzi jeszcze chwilę w lodówce, żeby łatwiej się kroiło. Przygotowanie tego ciasta zajmuje chwilę, smakuje bardzo dobrze, nie jest za słodkie, a na koniec wygląda naprawdę efekciarsko. Moja szefowa dostała go na urodziny i baaardzo szybko zniknęło :)










Hipopotamowa zupa dyniowa z soczewicą


nieduża dynia (około 1 i 1/2 kg, obrana ze skórki i pokrojona na kawałki)
szklanka zielonej soczewicy
2-3 czerwone cebule, pokrojone w półplasterki
kilka ząbków czosnku, pokrojonych w plasterki
1 puszka mleka kokosowego
Wasze ulubione przyprawy
oliwa

W garnku rozgrzewamy 2-3 łyżki oliwy i dodajemy cebule i czosnek, wraz z wybranymi przez Was przyprawami (ja miałam pod ręką mieszankę marokańską: kumin, słodka papryka, kolendra, mięta, cynamon, gorczyca, kurkuma, goździki, gałka muszkatołowa.... Gdyby miała wybrac inną opcję, pewnie dodałabym curry). Kiedy cebula będzie miękka i szklista, dodajemy do garnka kawałki dyni i soczewicę i podgrzewamy całość na niedużym ogniu, mieszając, aż dynia pokryje się przyprawami. Potem dolewamy wodę (tylko tyle, aby przykryć dynię i soczewicę) i gotujemy na średnim ogniu, aż dynia będzie miękka, a soczewica ugotowana. Następnie dodajemy mleko kokosowe, gotujemy jeszcze kilka minut, a potem delikatnie rozgniatamy kawałki dyni (tłuczek do ziemniaków bardzo się nada) i doprawiamy zupę do smaku solą, ewentualnie pieprzem. Można jeszcze dodać wody, jeśli wydaje się zbyt gęsta. To jedna z najprostszych zup na świecie, sycąca i pyszna, doskonała, kiedy wraca się do domu w chłodny wieczór :)




















Caponata, czyli za co kocham bakłażany  (przepis Jamiego Olivera po mojemu)

4-5 niedużych bakłażanów, pokrojonych na średniej wielkości kawałki
oregano (suszone)
3 czerwone cebule, pokrojone w kostkę
kilka (lubię dużo!) ząbków czosnku pokrojonych w plasterki
natka pietruszki (posiekana razem z łodyżkami)
duża garść zielonych oliwek
duża garść czarnych oliwek
2 puszki pokrojonych pomidorów
oliwa
sól

W garnku lub na patelni rozgrzewamy trochę oliwy i partiami obsmażamy kawałki bakłażana posypane szczodrze oregano. Bakłażan ma być złotawy i miękki. Kawałki nie mogą być zbyt małe, żeby nie nasiąkły całkowicie oliwą. Każdą partię odkładamy na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem, żeby się pozbyć nadmiaru oliwy. Kiedy całość jest usmażona, przekładamy bakłażana do garnka, dodajemy posiekane cebule, czosnek i natkę i na niedużym odgniu podsmażamy wszystko kilka minut, aż czosnek i cebula zmiękną i zaczną ładnie pachnieć. Można dodać odrobine oliwy, jeśli całość wydaje się zbyt sucha. Potem dokładamy do garnka oliwki i znów kilka minut podsmażamy. Na koniec dodajemy pomidory i gotujemy na małym ogniu, aż kawałki bakłażana zaczną się rozpadać, a sos się zredukuje. Doprawiamy solą. Mnie caponata najbardziej smakuje zimna, na drugi dzień. Zwłaszcza z chrupiącą bagietką. Taki mały grzech i marzenia o słonecznej Italii :)