-->

cover

czwartek, 26 grudnia 2013

Najlepsze życzenia

Mam nadzieję, że spędzacie Boże Narodzenie z tymi, których kochacie, że jest to dla Was piękny i dobry czas... No i naturalnie pyszny też :) Sernik z brzoskwiniami mojej Mamy jest rewelacyjny, a moje ciasto dla cierpliwych, pieczone trzy tygodnie przed świętami również baaaardzo mile nas zaskoczyło... O tak, święta to cudowna okazja do łasuchowania z najbliższymi... Za chwil parę Dziadek oceni moje śledzie z daktylami ;) Świąteczne światełka ślicznie migoczą, a ja rozkoszuję się pasztetem Mamy, makowcem i nowymi książkami :)  Okazałam się grzeczną dziewczynką i aniołek hojnie mnie obdarował pod choinką... Raj na ziemi :)




Do Nowego Roku jeszcze kilka dni, ale ponieważ powrócimy tutaj z Hipopotamem dopiero w styczniu, chciałabym już teraz Wam życzyć dobrego, pomyślnego roku słowami księdza Twardowskiego:

Oby się wszystkie trudne sprawy
porozkręcały jak supełki,
własne ambicje i urazy
zaczęły śmieszyć jak kukiełki.

Oby w nas paskudne jędze
pozamieniały się w owieczki,
a w oczach mądre łzy stanęły,
jak na choince barwnej świeczki.

Niech anioł podrze każdy dramat
aż do rozdziału ostatniego,
i niech nastraszy każdy smutek
tak jak goryla niemądrego.



Mam nadzieję, że Nowy Rok będzie dla nas wszystkich czasem spełnionych marzeń, zrealizowanych planów i odnalezienia tego wszystkiego, za czym tęsknimy. I naturalnie, niech to będzie pyszny rok :)


Marta

czwartek, 19 grudnia 2013

Ogród Królowej Zimy i przegląd świątecznych ciasteczek

Magia świąt Bożego Narodzenia pojawia się jeszcze przed ubraniem choinki i rozwieszaniem moich ulubionych światełek (MILIONA światełek)... Myślę o chwili, kiedy w domu zaczyna obłędnie pachnieć miodem, pomarańczami, cynamonem i imbirem. Wracamy do starych, ulubionych przepisów, ale poszukujemy również nowych inspiracji. To czas pieczenia świątecznych ciasteczek. Wyjątkowy moment w całym roku.
Dzisiejszy poranek był naprawdę piękny. Mroźny, ale słoneczny, dlatego sporządziłam sobie wielki kubek gorącego kakao i poszłam obcować z przyrodą ;) A po powrocie z ogrodu zajęłam się ciasteczkami, czyli podzieliłam je do pudełek i puszek. Przygotowałam też specjalne ciasteczkowe pudełka, dla tych, którzy byli w tym roku wyjątkowo grzeczni ;)






Oto tegoroczny świąteczny plan łasucha:


- kakaowe bombki z notatnika Mamy
- ciasteczka imbirowe znalezione tutaj
- mięciutkie pierniczki stąd
- chrupki z brązowym cukrem z tej książki
- Cranberry Noel Marthy Stewart
- orzechowe rogaliki Cioci Magdy




Kakaowe bombki z notatnika Mamy

400 g herbatników typu petit beurre, drobno zmielonych
300 g masła, rozpuszczonego
250 g cukru pudru
4 opakowania budyniu (mogą być śmietankowe, waniliowe, czekoladowe)
200 g drobno pokrojonych rodzynek
100 g innych bakalii, również drobno posiekanych (orzechy włoskie, skórka pomarańczowa)
3 łyżki gorzkiego kakao
5 (lub więcej, do smaku) łyżek wódki, rumu lub brandy
cukier i wiórki kokosowe do dekoracji

Do dużej miski wsypujemy zmielone herbatniki, cukier puder, proszek budyniowy, kakao, bakalie. Następnie wlewamy lekko przestudzone masło. Wyrabiamy ręką "ciasto", dodajemy alkohol do smaku. Formujemy kulki wielkości orzechów włoskich i obtaczamy w cukrze lub wiórkach kokosowych. Przechowujemy później w chłodzie. Bombki to nieodłączny element naszych świąt. Można sobie je nastroić według upodobań, dobierając bakalie i ulubioną alkoholową nutkę. Bardzo lubię te w cukrze :)




Ciasteczka imbirowe

1 szklanka piwa imbirowego
1/3 szklanki oleju roślinnego
1/2 szklanki cukru pudru
2 szklanki mąki
1/4 szklanki miodu
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka imbiru
szczypta soli

Redukujemy piwo do połowy, podgrzewając go w rondelku przez około 20 minut. Ostawiamy do ostygnięcia. W dużej misce mieszamy mąkę, sodę, proszek do pieczenia, cynamon oraz imbir. W innym naczyniu ubijamy olej z cukrem pudrem, dodajemy miód i 1/4 szklanki ostudzonego piwa imbirowego, całość dobrze mieszamy. Następnie mokre składniki wlewamy do miski z mąką, mieszamy i formujemy z ciasta kulę. Jeśli ciasto jest za suche, możemy dodać trochę piwa. Owijamy ciasto folią i wkładamy do lodówki na 1,5 godziny. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni, rozwałkowujemy ciasto na grubość 5 mm lub nieco cieniej i wycinamy foremką ciasteczka. Pieczemy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia przez około 8 minut. Ciasteczka powinny się zezłocić. Kiedy będą już upieczone i ostygną, możemy je ozdobić lukrem, przygotowanym z połowy szklanki cukru pudru i kilku łyżeczek zredukowanego piwa. Nasze polukrowane ciasteczka zostały później posypane zmielonymi nerkowcami, kolorową cukrową posypką, czekoladą z chilli. Ciasteczka imbirowe, polukrowane i posypane bakaliami wyglądają naprawdę bardzo ładnie i świetnie smakują, ale nawet bez żadnej dekoracji są wymarzonym dodatkiem do zimowej herbatki :)


Mięciutkie pierniczki z ziemniakami


250 g ugotowanych ziemniaków, ostudzonych i zmiksowanych na gładką masę
250 g miodu
150 g cukru
125 g masła
450 g mąki
1,5 łyżeczki przyprawy piernikowej
1,5 łyżki gorzkiego kakao
1 jajko
1 łyżeczka sody

Miód podgrzewamy w rondelku, wsypujemy cukier, a kiedy się rozpuści, dodajemy masło. Mieszamy do połączenia składników, odstawiamy do wystygnięcia. Przestudzoną mieszankę wlewamy do dużej miski, dodajemy ziemniaki, przesianą mąkę, przyprawę piernikową, kakao i sodę oraz jajko. Wyrabiamy jednolite ciasto, formujemy z niego kulę i zapakowane w folię wkładamy do lodówki na godzinę. Następnie rozwałkowujemy lekko ciasto na około 5 mm, wycinamy pierniczki i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Zachowujemy odstępy między ciasteczkami, które w czasie pieczenia rosną. Piekarnik nastawiamy na 160 stopni z termoobiegiem i pieczemy około 10 minut. Po wystudzeniu pierniczków udekorowałyśmy je lukrem zrobionym "na oko" z cukru pudru i kilku łyżek soku pomarańczowego. Potem posypałyśmy pierniczki zmielonymi orzechami, płatkami migdałowymi i gorzkim kakao. Dzięki dodaniu ziemniaków, pierniczki są puszyste i miękkie. W przyszłym roku też na pewno je upiekę.




Chrupki z brązowym cukrem

100 g pestek słonecznika
100 g pestek dyni
100 g ziaren sezamu
50 g orzechów włoskich
200 g brązowego cukru
6-8 łyżek mleka kokosowego

Na suchej patelni prażymy wszystkie pestki, ziarenka i orzechy, aż będą złote, następnie wsypujemy cukier i karmelizujemy całą mieszankę. Kolejno dodajemy mleko kokosowe, cały czas mieszając. Kiedy wszystko zacznie się kleić, formujemy przy pomocy łyżeczki quasi kuleczki (trzeba to robić ostrożnie, bo wszystko jest bardzo gorące, ale jak najszybciej) i układamy na papierze do pieczenia lub wkładamy do malutkich papilotek muffinkowych. Nie miałyśmy papilotek, a kształt naszych chrupek odbiegał daleko od kuleczek, ale ten smak... ;) Nad podziw szybko znikają :)


Cranberry Noel

225 g masła
1/2 szklanki cukru
2 łyżki mleka
1 łyżeczka ekstraktu wanilii
1/2 łyżeczki soli
2,5 szklanki mąki, przesianej
3/4 szklanki suszonej żurawiny
1/2 szklanki posiekanych włoskich orzechów
wiórki kokosowe (opcjonalnie)

Masło miksujemy z cukrem na puszysty krem. Ciągle  miksując dodajemy dwie łyżki mleka, wanilię, sól i stopniowo mąkę. Następnie dodajemy bakalie, dobrze mieszamy. Kiedy ciasto jest gotowe, dzielimy je na dwie części i formujemy z nich rulony. Jeśli chcemy użyć wiórków kokosowych, przy pomocy silikonowego pędzla delikatnie nawilżamy rolki ciasta wodą i obtaczamy je w wiórkach. U mnie ten pomysł nie przeszedł ;) Następnie zawijamy rulony ciasta w folię i wkładamy do lodówki, najlepiej na całą noc. Następnego dnia kroimy zrolowane ciasto (najlepiej nożem z piłeczką) na pojedyncze ciasteczka o grubości około 5 mm i układamy na blasze wyłożonej papierem. Pieczemy w 190 stopniach około 12 minut, do zezłocenia. Ciasteczka są aromatyczne i chrupiące, poza tym ładnie wyglądają dzięki przekrojowi żurawinowo-orzechowemu. To ciasteczka, które można zostawić Mikołajowi ze szklanką mleka ;)




Orzechowe rogaliki Cioci Magdy

1/2 kg mąki
200 g masła
200 g orzechów włoskich, zmielonych
1 całe jajko + jedno żółtko
2 łyżki śmietany (użyłam 18%)
3 łyżki cukru pudru
1 opakowanie (15g) cukru waniliowego (zapomniałam... ;)...)

Masło siekamy z przesianą mąką, dodać orzechy, jajko i żółtko, cukier puder, śmietanę. Szybko zagniatamy gładkie ciasto, formujemy kullę, owijamy ją folią i wkładamy do lodówki na około 1,5 godziny. Następnie wyjmujemy ciasto z lodówki, dzielimy na dwie części, jedną odkładamy do lodówki (ciasta jest sporo, nie mam sensu, żeby wysychało), a z drugiej odrywamy po małym kawałku i formujemy małe rogaliki, które układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Potem tak samo postępujemy z drugą częścią ciasta. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni, pieczemy rogaliki około 10 minut, aż zaczną się złocić. Po wystudzeniu posypujemy szczodrze cukrem pudrem. Orzechowe rogaliki Magdzi to jedne z ulubionych ciastek w rodzinie, stary, sprawdzony przepis. Co prawda moje rogaliki (niektóre...) przypominały bardziej, mhm..., podkowy, ale zapewniam, że są przepyszne :)





Jeśli nie udało Wam się jeszcze niczego upiec na święta, wybierzcie któryś z powyższych przepisów. Są proste i nie zajmują wiele czasu. Nie ma jak domowe ciasteczka, no i jak pięknie będzie Wam pachniało Boże Narodzenie... 








środa, 18 grudnia 2013

Małe puchatkowe Conieco ze świąteczną nutą

Dziś krótko i na temat, jako że świąteczne przygotowania w toku :) U Marty z Jadłonomii wynalazłam przepis na krem daktylowy. Daktyle to jedne z moich ulubionych owoców i na pewno jeszcze się na blogu pojawią, tymczasem chcę wam pokazać przepis na pyszną daktylową pastę, która po dodaniu gorzkiego kakao staje się quasi nutellą z nutką piernikową :) Nadaje się do kanapek, naleśników, przekładania ciasteczek i do białego sera jeśli lubimy wersję na słodko. I zdecydowanie, tak jak napisała autorka tego przepisu, w kryzysowych momentach można go po prostu wyjadać łyżeczką ze słoika :) Marta napisała również, że można ten krem przechowywać w lodówce, w szczelnie zamkniętym słoiku nawet do dwóch miesięcy, ale biorąc pod uwagę ten smak, daję mu dwa, najwyżej trzy dni :)




Daktylowa świąteczna nutella z piernikową nutką


1,5 szklanki suszonych daktyli namoczonych w wodzie przez noc
szczypta soli
pół łyżeczki przyprawy piernikowej
2 łyżeczki gorzkiego kakao

Daktyle delikatnie odcedzamy, nie wylewamy wody. Dodajemy szczyptę soli, przyprawę piernikową oraz kakao i miksujemy przy pomocy blendera na gładki krem. Jeśli wydaje się za gęsty, możemy dodać odrobinę wody, w której daktyle się moczyły. Przekładamy krem do słoika i trzymamy w lodówce. I już :)



wtorek, 17 grudnia 2013

My Moroccan soul czyli kurczak z miodem i śliwkami

Niemal każdy ma w swojej pamięci miejsca, które od razu kojarzą się nam z konkretnymi smakami, zapachami czy wrażeniami. Są letnie romantyczne kolacje pachnące świeżymi ziołami na leniwym południu Europy, jest aromat grzanego wina po narciarskim szaleństwie, są gorące pączki z okienka na Chmielnej w Warszawie i wspomnienia zimowych spacerów z przyjaciółmi. Jest jedyny w swoim rodzaju zapach t e j szarlotki mojej Babci Haliny, który potrafi sprawić, że miejsce staje się domem, że przestrzeń pozwala się oswoić...
Niektórych smaków nie jesteśmy w stanie odtworzyć z daleka od takich miejsc. Choć wszystkie składniki są pod ręką, chociaż przepis krok po kroku tłumaczy, jak to wszystko przyrządzić, jakoś się nie udaje, czegoś wciąż brakuje. To samo danie pod innym niebem, w innym towarzystwie smakuje nam zupełnie inaczej. Maroko, z którym wiąże się fragment mojego życia, to kraj o imponującej tradycji kulinarnej. Bogactwo marokańskich przysmaków oparte jest na prostych, umiejętnie zestawionych składnikach odpowiedniej jakości, mnóstwie dobrze dobranych przypraw i inspiracji kulinariami innych narodów, które pojawiały się przez wieki na tle dziejów królestwa Maroka.
Kiedy tęsknię do kraju zachodzącego słońca, do moich przyjaciół, krajobrazów, śpiewu pustyni, tęsknię również za smakiem, jaki miało moje marokańskie życie. Zabrałam z Maroka mnóstwo przypraw, książek i przepisów, ale na początku moje próby kulinarne nie były zbyt udane. Dobrze dobrane przyprawy... No właśnie, "dobrze" w większości przepisów oznacza "na oko", a tego sformułowania bałam się kiedyś jak ognia. Upłynęło trochę czasu, czegoś się nauczyłam, po wielu próbach udało mi się przygotować zaalouk czyli pastę z bakłażana i pomidorów, która smakowała dokładnie jak TAM. Cóż to była za satysfakcja :) Potem przyszła pora na gulasz z soczewicy, a dziś chciałam się z Wami podzielić przepisem na kurczaka ze śliwkami i miodem. To proste danie, które zaskakuje bogactwem smaku i doskonale nadaje się na chłodne dni.




Usiadłam przy stole z moim przyjacielem,  z miseczką złocistego kurczaka posypanego sezamem, podanego (a jakże by inaczej) z kaszą kuskus. To był naprawdę dobry wieczór. Nie tylko ze względu na fakt, że udało mi się doścignąć jeden z moich ulubionych smaków. Przypomniało mi się też, jak słyszałam w Maroku, że do stołu powinno się siadać z ludźmi, którzy są nam życzliwi, bo dobre towarzystwo znaczy więcej niż najdroższe przyprawy...




Marokański kurczak z miodem i śliwkami

1 kg filetów z kurczaka
2 cebule
200 g suszonych śliwek
szczypta szafranu
1/2 łyżeczki cynamonu
szczypta gałki muszkatołowej
2 łyżki miodu
1 łyżka ziaren sezamu uprażonych na suchej patelni
olej, sól, pieprz

Śliwki zalewamy wodą na 20 minut. Cebulę kroimy w cienkie półplasterki, na głębokiej patelni rozgrzewamy olej, wkładamy cebulę, pokrojone w kostkę filety z kurczaka i dodajemy szczyptę szafranu. Kiedy cebula i mięso zmiękną, dolewamy 3/4 szklanki wody i gotujemy na średnim ogniu przez około 20 minut. Następnie dokładamy na patelnię odsączone śliwki, a po 15 minutach dodajemy cynamon, gałkę muszkatołową i miód. Gotujemy na małym ogniu pod przykryciem przez 20 minut, a na koniec doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Przed podaniem posypujemy kurczaka uprażonymi ziarnami sezamu, serwujemy z kaszą kuskus lub ryżem. 












wtorek, 10 grudnia 2013

Kraków przed świętami i czekoladowe przyjemności

Aura jakoś nie może się zdecydować. Miota się gdzieś między jesienią i zimą, nękając nas wiatrem, chłodem i wilgocią. Niełatwo teraz o dobre samopoczucie, ale robię wszystko, co w mojej mocy... Poza tym dostarczono mi (dosłownie) mnóstwa inspiracji, kiedy paczka od Mikołaja z Anglii do mnie dotarła :) Pysznie się zapowiada i może nawet nie spojrzę na pluchę za oknem wybierając przepisy z moich nowych książek :) Dziękuję, Mikołaju :)
Kilka dni temu, kiedy pogoda była jeszcze łaskawsza, wybrałam się do Krakowa. Magiczne miasto nad Wisłą, pełne uroczych zakamarków i nastrojowych uliczek, przygotowuje się do Bożego Narodzenia. Na krakowskim rynku czekają zaczarowane dorożki, mieszkańcy miasta i zagraniczni turyści z upodobaniem fotografują się na tle pięknej choinki, karmią gołębie i delektują się przysmakami na gorąco, wybierając świąteczne ozdoby. A wieczorami chronią się przed grudniowym chłodem w klimatycznych kafejkach pijąc grzane wino i gorącą czekoladę.





Kraków jest przytulnym i gościnnym miastem. Nie odwiedzam go zbyt często (a szkoda), ale i tak mam już moje małe krakowskie rytuały. Przechadzam się niespiesznie wąskimi uliczkami, zastanawiając się, kto przemierzał je wieki wcześniej, robię zdjęcia, kupuję obwarzanki posypane solą, a wieczorem lubię pójść z przyjaciółmi do Alchemii na Kazimierzu. Na mapie Krakowa pojawiło się mnóstwo kulinarnych przybytków, które chciałabym odwiedzić, ale zostawiam to już na kolejną wizytę.







Moja siostra miała dziś urodziny. Chciałam upiec jej coś dobrego, a ponieważ, jak wiemy, czekolada jest dobra na wszystko z pogodą łącznie, a za mną wciąż chodzi wspomnienie gorącej pysznej czekolady z Krakowa, oto co z moich zamiarów wyniknęło...






Tarta i tarteletki z czekoladowym kremem i bakaliami

Pamiętacie szarlotkę, którą upiekłam dla Mamy? Skorzystałam z tego przepisu na kruche ciasto, tyle tylko, że użyłam 1/3 składników. Z tej ilości ciasta wyszła mi dzisiaj niewielka tarta (20 cm) oraz 10 małych tarteletek. Natłuszczone foremki wylepiłam schłodzonym wcześniej w lodówce ciastem, podpiekłam w 180 stopniach przez jakieś 10 minut i odstawiłam, żeby trochę ostygły.
Potem przygotowałam nadzienie:

Krem czekoladowy:
100 g gorzkiej czekolady
250 g serka mascarpone
1 łyżka miodu (lub więcej, do smaku, jeśli chcemy, aby krem był słodszy)
2-3 łyżki alkoholu (podkradałam Tacie wiśniówkę, myślę, że amaretto czy brandy również by się nadały)

Czekoladę rozpuściłam w kąpieli wodnej, kiedy odrobinę ostygła, dodałam ją do miseczki z mascarpone, miodem i wiśniówką. Wymieszałam dokładnie całość łyżką i wypełniłam nadzieniem spód tarty i tarteletki. Udekorowałam je później orzechami włoskimi, laskowymi, suszoną żurawiną i płatkami migdałowymi, a potem schowałam do lodówki. Po około godzinie już się nadawały do pałaszowania. Solenizantka ponoć zadowolona ;)




Dziś w kuchni towarzyszyła mi taka muzyka (zdecydowanie pasuje do czekolady...) :





środa, 4 grudnia 2013

Czekać... Jak to łatwo powiedzieć ;)

Jak to u Was jest z czekaniem? Po co się w ogóle na coś czeka? Czemu nie można mieć wszystkiego tak od razu, natychmiast, już...? Można czekać na to, co już zaplanowane, obmyślone, w jakiś sposób przewidziane. Czekać na zamierzony efekt. Można czekać z ciekawością, nie mając pojęcia, co nam się objawi na końcu drogi, czy będzie to miła niespodzianka, czy też gorzki posmak zawodu.
Czekamy na pojawienie się tej jedynej osoby,  na łaskawe lato, na zawodowy sukces, na stabilizację finansową. Uważamy to za zwykłą kolej rzeczy, a czasami za przedłużającą się w nieskończoność karę. Czekanie potrafi nas uspokajać i zabijać. Czekanie nas uskrzydla i przyprawia o bezsenność. Po co to wszystko? Tłumaczę sobie, że czekanie w pewnym stopniu kształtuje nasz charakter, uczy nas jakoś bardziej cieszyć się z różnych rzeczy.  Czy cieszylibyśmy się latem nie marznąc w zimie? Czy docenilibyśmy bliskość nie doświadczając wcześniej samotności?
A, co ważne dla tego bloga, czekanie może też nadawać smak. Już za trzy tygodnie Wigilia, zacznie się magiczny czas, na który pewnie większość z  nas czeka.
Ja upiekłam dziś ciasto, na które poczekamy... do Bożego Narodzenia. Trzy tygodnie... Wtedy będzie najlepsze, choć podobno już po czterech dniach smakuje pysznie. Sądząc po zapachu, który dziś wypełnił kuchnię, powinnam czekać z ciekawością i nadzieją, że smak tego wypieku nas nie rozczaruje. I uroczyście przyrzekam, że nie będę się potajemnie zakradać do szczelnie zapakowanej paczki z ciastem...




Świąteczne ciasto dla cierpliwych


2 szklanki cukru
2 szklanki gorącej wody
2 łyżki masła
1,5 łyżeczki soli
2 łyżeczki cynamonu
2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
450 g rodzynek
2 łyżeczki sody
3 szklanki mąki

W garnku mieszamy gorącą wodę z cukrem, masłem, solą, rodzynkami i przyprawami. Doprowadzamy do wrzenia, a potem jeszcze gotujemy na malutkim ogniu 5 minut. Sodę mieszamy z jedną łyżką gorącej wody i dodajemy do garnka, nie należy już mieszać całej mikstury. Po 5 minutach zdejmujemy mieszankę z palnika i studzimy do temperatury pokojowej i dodajemy mąkę. Nagrzewamy piekarnik do 160 stopni, smarujemy masłem formę z kominkiem i wysypujemy bułką tartą. Wypełniamy foremkę masą i pieczemy około 55 minut, do suchego patyczka. Moje ciasto potrzebowało godziny. Gdy ciasto się upiecze, wyjmujemy je z formy, studzimy, a potem owijamy papierem do pieczenia i folią aluminiową. Teraz pozostaje już tylko znaleźć mu ustronną miejscówkę w chłodzie, a ja chyba na wszelki wypadek ustawię alarm w telefonie, ot tak, żeby w święta nie zapomnieć ;)




Szukam jeszcze kilku przepisów na ciasteczka, wybieram świąteczną muzykę, kompletuję prezenty i czytam sobie "Tajemnicę świąt Bożego Narodzenia" Josteina Gaardera. Poza tym uwielbiam oglądać świąteczne wystawy, nawet jeśli czasem są trochę kiczowate. Nastrojowe grudniowe czekanie to chyba jedyne, które naprawdę bardzo lubię. I myślę, że nasze niepozorne ciasto bardzo nas w te święta zaskoczy :)


środa, 27 listopada 2013

Winter is coming, zjedzmy coś dobrego...

No i mamy zimę... Dwa dni temu obudził nas poranek w bieli. Dzieci się cieszą, drogowcy denerwują, inni już planują zimowe szaleństwa w górach, a ja zastanawiam się, czy biały puch ustroi nam również święta, czy raczej nie będzie już wtedy po nim śladu. Jakoś nie mogę rozstać się z Kubusiem Puchatkiem, z pewnością dlatego, że aura wybitnie sprzyja ustawicznej chęci na małe Conieco... Przypomniałam sobie też dzisiaj, jak kiedyś jeszcze w liceum moja dobra koleżanka Ania na wybitnie nudnej lekcji o tej mniej więcej porze roku przysłała mi liścik z wierszykiem "Im bardziej pada śnieg...", w którym to poemacie Prosiaczek skarżył się na marznące paluszki. Była to, uwaga, specjalna Mruczanka z Nadworu na Śnieżną Pogodę. A pamiętacie Kłapouchego? Zapytany przez Krzysia o samopoczucie, zgodnie z zaleceniem Monty Pythona "always look on the bright side of life...", odpowiedział: "...Wciąż pada śnieg [...] i mróz bierze. Jednakże - ciągnął rozpogadzając się trochę - nie mieliśmy ostatnio trzęsienia ziemi.".

Pogoda była dziś wspaniała, więc podreptałam sobie trochę po śniegu:










W ramach małego Conieco upiekłam francuską tartę cebulową, którą znalazłam tu. Kruche maślane ciasto wypełnione mięciutką i aromatyczną duszoną cebulą smakuje rewelacyjnie z kieliszkiem wina. Takie proste przyjemności... W ogóle życie jest dla mnie ostatnio niezwykle hojne, oprócz drobnych niespodzianek, zostałam zaproszona na fantastyczne pierogi z kapustą i grzybami (po 15 sztukach licznik pierogowy się litościwie wyłączył...), w dodatku Mikołaj, przystojny zresztą, wpadł w tym roku nieco wcześniej i obdarował mnie świetną książką z gatunku (a jakże) kulinarnych, więc obiecuję, że podzielę się przepisami.




Francuska tarta cebulowa


Kruche ciasto:
250 g mąki
175 g masła
2 żółtka
1,5 łyżki śmietany (dodatek śmietany to moja inwencja twórcza, użyłam, tak jak do nadzienia, śmietany 18%)

Nadzienie:
0,8 kg cebuli pokrojonej w cienkie piórka
50 g masła
2 łyżki oliwy
120 ml śmietany
2 jajka
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
sól i pieprz

Przepis przewiduje formę o średnicy 30 cm. Nadzienia cebulowego po 30 minutowym duszeniu jest na taką tartę za mało, dlatego moją upiekłam w formie o średnicy 25 cm, cebuli było akurat, połowę ciasta mam w lodówce, a zalewę następnym razem zrobię z połowy podanych składników.
Zaczynamy od przygotowania kruchego ciasta, formujemy z niego kulę, owijamy folią i wkładamy do lodówki na przynajmniej 30 minut. Na patelni roztapiamy masło z dwiema łyżkami oliwy, dodajemy cebulę i na małym ogniu dusimy 30 minut. Lekko ubijamy jajka, dodajemy śmietanę, gałkę muszkatołową oraz sól i pieprz do smaku.
Formę do tarty wyklejamy ciastem, rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni i zarumieniamy ciasto przez jakieś 20 minut. Następnie redukujemy temperaturę do 180 stopni, układamy na podpieczonym cieście uduszoną cebulę i zalewamy jajkami ze śmietaną. Pieczemy około 25 minut.





















czwartek, 21 listopada 2013

Muffiny na dobry dzień

Pamiętacie taką piosenkę?
"Jak pięknie jest rano, gdy jeszcze nie wszystko się stało i wszystko może się stać, tylko brać..." Agnieszka Osiecka miała rację pisząc te słowa , a Sojka pięknie to później zaśpiewał :) Utwór pochodzi z płyty "...tylko brać - Osiecka znana i nieznana. Rok później", którą bardzo Wam polecam.

Jak wyglądają Wasze poranki? Jest czas na otwarcie okna, dużą kawę z mlekiem i śniadanie, tak na spokojnie, czy też ubieracie się w pośpiechu, a tuż przed wyjściem z domu tylko łyk małej czarnej? Jako notoryczny nocny marek, który baaardzo późno staje się niezwykle kreatywny i ma najlepsze pomysły na świecie, dopiero niedawno zaczęłam dostrzegać uroki poranków, które wcześniej zaczynały się dla mnie kolo dwunastej ;) Teraz zwykle budzę się wcześniej, otwieram na oścież okna, ba, nawet wychodzę w piżamie na balkon, bo dopiero potem rzucam okiem na termometr - to zdecydowanie mniej frustrujące :) Teraz bardziej niż przedtem czuję, że poranek to możliwość...

Bez względu na to, o której się poranek zaczyna, śniadanie musi być. Preferuję śniadania konkretne, najlepiej na ciepło. Tymczasem wczoraj porządkując kosmiczne ilości kulinarnych czasopism w magazynie Kuchnia (10/2010) znalazłam przepis na śniadaniowe muffiny. Owsianka i żurawina - to po prostu musiało być dobre... Po 25 minutach wyjęłam z piekarnika 12 muffinów, z których każdy tego ranka z kimś powędrował (no dobra, przyznaję, dwa schowałam dla siebie)...  A ja miałam fantastyczne, spokojne śniadanie z kubkiem gorącego kakao i Kubusiem Puchatkiem :)




Owsiane muffiny na śniadanie

W misce mieszamy:
1,5 szklanki płatków owsianych błyskawicznych
1 szklankę mąki
1 łyżeczkę proszku do pieczenia
1 łyżeczkę sody
1/2 łyżeczki soli
2 łyżki sezamu (uprażyłam go wcześniej na suchej patelni)
3/4 szklanki cukru
1/2 szklanki suszonej żurawiny (dodałam 3/4 szklanki)

W innym naczyniu łączymy:
1 jajko (dodałam dwa)
1/4 szklanki oleju
1 szklankę jogurtu naturalnego




Łączymy zawartość obu naczyń wlewając delikatnie mokre składniki do suchych i mieszamy tylko do połączenia składników. Masę rozkładamy równo do 12 foremek na muffiny. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni około 25 minut, do suchego patyczka. Przed włożeniem do piekarnika posypałam moje muffiny kruszonką, która mi została z poprzednich produkcji, ale nie jest ona tutaj konieczna. 












poniedziałek, 18 listopada 2013

O zadowoleniu według Tao i proste ciasto na jesienne wędrowanie


Pora roku sprzyja lekturze. Poszukujemy nowych pozycji, ale często również sięgamy po te, które już znamy i szczególnie lubimy. To taki balsam dla duszy... W jednej z moich ulubionych książek przeczytałam niedawno:

"Człowiek zadowolony może się cieszyć tym, co wydaje się bezużyteczne. Może znaleźć ciekawe zajęcie w lesie lub w górach. Mieszka w małej chatce i przyjaźni się z prostymi ludźmi. Nie zamieniłby swego wytartego okrycia na cesarskie szaty, ani tobołka na plecach na czterokonny powóz. Pozostawia turkusy w górach, a perły w morzu.




Gdziekolwiek zmierza, cokolwiek robi - potrafi być szczęśliwy; wie, kiedy ma się zatrzymać. Nie zrywa krótko kwitnącego kwiatu, nie wędruje niebezpieczną drogą. Dla niego dziesięć tysięcy rzeczy to pył na wietrze. Śpiewa sobie, idąc wśród zielonych gór. Osłaniające go gałęzie są dlań przyjemniejsze niż dwory z czerwonymi bramami, pług w rękach daje mu więcej satysfakcji niż tytuły i proporce, świeża woda z górskiego źródła jest dlań smaczniejsza niż uczty możnych.



Jest prawdziwie wolny. Cóż może dla niego znaczyć walka o zaszczyty? Czym może go pociągać zachłanność i pożądliwość? Przez swą prostotę ma Tao, a przez Tao - wszystko. Widzi światło w "ciemności", pogodę w "chmurach", szybkość w "powolności", pełnię w "pustce". Kucharz przygotowujący posiłek ma u niego tyle samo szacunku co słynny śpiewak albo wysoki urzędnik. Nie ma żadnych korzyści do zdobycia, ani żadnej posady do stracenia, nikt go nie oklaskuje ani nikt nie krytykuje.
Kiedy spogląda w górę, to nie z zazdrością. Kiedy patrzy w dół, to nie z pogardą. Wielu na niego patrzy, ale nikt go nie widzi. Spokojny i oderwany, wolny jest od niebezpieczeństw, niczym smok ukryty wśród ludzi."
/Benjamin Hoff, Te Prosiaczka/

Takie niby łatwe, zatrzymać się, być TERAZ i TU, cieszyć się z małych rzeczy, mieć szacunek dla wszystkich istnień i być świadomym przemijania, które nadaje naszym chwilom wyjątkowej wartości i piękna... Czy nam się udaje? Tak naprawdę nasze życie to zbiór momentów, danych by się nimi cieszyć, by jak najpełniej w nich uczestniczyć i jak najlepiej je wykorzystać.
Wczorajsza piękna pogoda zawiodła nas w góry. Las mienił się jeszcze jesienną paletą barw, ale w powietrzu czuć już zimę. Wędrówki po lesie mają w sobie zawsze niesamowitą magię. Znaleźliśmy piękną polanę otoczoną wysokimi drzewami, przy szlaku, ale w jakiś sposób odosobnioną. Z dziecięcą radością przechadzałam się po wilgotnych liściach, robiłam mnóstwo zdjęć zawieszonym na trawach perłom rosy... Był czas na podziwianie nieba, wdychanie zapachu lasu i rozpalenie ogniska. Było też pewne ciasto, które należy pokroić na grube kawałki i zabrać ze sobą w plecaku, a potem dzielić się nim z przyjaciółmi, ciesząc się lasem, jesienią i byciem TU i TERAZ.




Przepis na nasze ciasto znalazłam tutaj i odrobinę go zmodyfikowałam. Zgodnie ze znalezioną recepturą dodałam rodzynki i orzechy (włoskie zamiast pekanów), od siebie dodałam jabłka, ale uważam, że świetnie pasowałyby również suszone śliwki, słonecznik i migdały. Ciasto jest bardzo proste, nie potrzebujemy miksera, przygotowuje się je właściwie jak muffinki, w dwóch miskach. Najlepiej smakuje dzień po upieczeniu, a dzięki dyni i jabłkom długo pozostaje wilgotne.

Ciasto na jesienne wędrowanie


2 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru
1,5 łyżeczki sody
szczypta soli
1,5 łyżeczki przyprawy piernikowej
garść rodzynek
2 garści orzechów włoskich, grubo posiekanych
3 jajka
1 szklanka puree z dyni
2/3 szklanki oleju
1 szklanka jabłek, obranych i pokrojonych w niewielką kostkę




Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. W misce mieszamy wszystkie suche składniki, dodajemy bakalie. W drugim naczyniu ubijamy lekko jajka, dodajemy puree z dyni, olej i mieszamy. Następnie wlewamy mokre składniki do suchych, mieszamy tylko do połączenia, dodajemy jabłka i napełniamy keksówkę wysmarowaną wcześniej masłem i wysypaną bułką tartą. Pieczemy około 50 minut, do suchego patyczka.



                                       







wtorek, 12 listopada 2013

Szarlotka dla Mamy




Przyznaję, trochę się leniłam... Nie było to jednak zamierzone. Okazało się po prostu, że ta złota polska, za którą tak z daleka tęskniłam, zaczyna się przepoczwarzać w szare, zimne, deszczowe, wietrzne i generalnie nieprzyjazne coś. Właśnie teraz, kiedy udało mi się wylądować w Polsce, wieje i leje, więc wolałam się zainstalować przy kominku i nie patrzeć na to, co za oknem ;) Dziś jednak postanowiłam się zmobilizować, uzbrojona w parasol i dobrą muzykę wyszłam z domu i oto jak się teraz prezentuje nasza jesień:


 








Dobrze mi chyba zrobiło to spotkanie z przyrodą, bo zaraz po powrocie do domu zabrałam się za szarlotkę, którą obiecałam Mamie. Połączenie jabłek i cynamonu chyba nigdy mi się nie znudzi, zresztą nie tylko ja mam do niego pewną słabość :) Dzisiejsza szarlotka, upieczona na podstawie tego i tego przepisu stanowi kompilację najlepszych, jakich do tej pory próbowałam. Kruche orzechowe ciasto i mnóstwo jabłkowego nadzienia to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej i doskonałe antidotum, kiedy złota przestaje być złota... Z podanych proporcji upiekłam dużą (38cm x 23cm) blachę tej smakowitości i... nie ma już nawet okruszka.




Szarlotka na słotę

Kruche ciasto:
600 g mąki
360 g masła
200 g cukru
8 żółtek
1,5 szklanki orzechów włoskich uprażonych na suchej patelni i zmielonych

Nadzienie:
2 kg jabłek (waga po obraniu), pokrojonych na niewielkie kawałki
150 g cukru (do smaku, zależy, jak słodkie są jabłka)
4 łyżeczki przyprawy piernikowej
150 g rodzynek

Kruszonka:
1,5 łyżki masła
4 łyżki mąki
2 łyżki cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego




Z podanych powyżej składników zagniatamy gładkie ciasto i wkładamy do lodówki na około 30 minut. Następnie 2/3 ciasta zużywamy do wylepienia formy nasmarowanej wcześniej masłem. Rozwałkowujemy ciasto i wylepiamy dno oraz 1/3 wysokości boku formy. Pozostałą część ciasta wkładamy na moment do zamrażalnika.
Jabłka dusimy z kilkoma łyżkami wody aż się rozpadną, dodajemy rodzynki, cukier do smaku i przyprawę piernikową. Studzimy. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni i wkładamy do niego formę wylepioną ciastem na około 15 minut, możemy położyć na cieście papier do pieczenia i wysypać fasolę, aby się nie wybrzuszało podczas podpiekania, ale wystarczy ponakłuwać ciasto widelcem. Wyjmujemy formę z piekarnika, wypełniamy ją jabłkowym nadzieniem (jeśli wydaje się nam zbyt wodniste, możemy wcześniej posypać ciasto odrobiną bułki tartej). Na jabłka ścieramy na tarce wyjętą z zamrażalnika pozostałą część ciasta, a następnie szczodrze posypujemy kruszonką. Pieczemy około 30 minut. Studzimy i oprószamy cukrem pudrem.