-->

cover

niedziela, 25 maja 2014

Słoik szczęścia, małe dobre rzeczy i brzoskwinie. Duuużo brzoskwiń.

Życie jest dla mnie niezwykle hojne :) Dni skrzą się od słońca, co i rusz udaje się jakąś nową perełkę przeczytać czy też posłuchać pięknej piosenki. Wynajduję mnóstwo nowych przepisów i kiełkują nowe pomysły na posty i zdjęcia. Niedawno też udało mi się wygrać konkurs w kulinarnym radiu - dzięki ogromnej ilości życzliwych osób głosujących na zdjęcie mojej wiosennej tarty cukiniowej :) Jeszcze raz wszystkim bardzo dziękuję :) Poza tym mam szczęście do rozmów z ludźmi, którzy chcą i potrafią słuchać i naprawdę interesuje ich porozumienie z drugim człowiekiem, co w dzisiejszym zwariowanym i zabieganym świecie uważam za niezwykle cenne... Do tego jeszcze mój ulubiony targ z całym mnóstwem warzyw i owoców, sama radość, kolor i smak :) Teraz pora brzoskwiniowa i właśnie się rozkoszuję soczystym, dojrzałym owocem, a sok kapie mi po brodzie. Raj na ziemi! I jeszcze małe cuda w gratisie od matki Natury ;) Wczorajsza noc była nocą spadających gwiazd i wyobraźcie sobie, że udało mi się jedną upolować ;) Nie wiem, czy życzenie się spełni, ale uwielbiam oglądać gwiaździste niebo gdzieś z daleka od świateł miasta. Gwiazdy mają w sobie niesamowitą magię, mogę na nie patrzeć w nieskończoność i w sumie nawet mi głupio, że potrafię nazwać jedynie kilka konstelacji... Kiedy będziecie (mam nadzieje hi, hi...) czytać tego posta, ja będę w drodze do miejsca, gdzie pustynia spotyka się z morzem. W ciągu dnia można się pluskać w błękicie i podziwiać cuda podwodnego królestwa, a wieczorem, gdzieś na pustkowiu, można oglądać niesamowite niebo. Gwiazdy niby wszędzie takie same, ale w Afryce niebo jest inne, a gwiazdy wydają się dużo, dużo bliżej nas. Już się nie mogę doczekać, wszystko spakowane :)
Piszę o tych wszystkich fajnych małych rzeczach, bo przecież nasze życie składa się z sympatycznych drobnostek... Niby nic, a jednocześnie bardzo, bardzo wiele... Wydaje mi się, że szczęście w życiu polega na umiejętności dostrzegania tych wszystkich momentów, obrazów i smaków. I również na tym, że potrafimy być za to wszystko wdzięczni, Stwórcy, naturze i ludziom dokoła nas. Niedawno gdzieś wyczytałam, że jakaś młoda dziewczyna (pewnie nie tylko ona, bo pomysł się spodobał i rozprzestrzenił po świecie) ma duży słoik, do którego zawsze przed snem wrzuca małe karteczki. A na tych karteczkach pisze o tym, co fajnego jej się w danym dniu przytrafiło i za co jest wdzięczna. Taki happiness jar ;) Ja nie planuję słoja, ale w moim kalendarzu też zapisuję różne rzeczy, które mi się przytrafiają i rozgrzewają serducho :) Nie czekajmy zatem na idealne życie, tylko rozejrzyjmy się dokoła i nauczmy cieszyć z tych fajnych drobinek, pozytywnych okruszków rzeczywistości. Pewnie i największy słoik by ich nie pomieścił :)




Dzisiejszy pyszny deserowy post będzie z dedykacją. I z wdzięcznością. Dla mojej Mamy, jako, że Dzień Matki tuż tuż. Tym razem deser wirtualny, ale odbijemy to sobie, Mamuś, obiecuję :)
Pora brzoskwiniowa zachęciła mnie do eksperymentów i było warto. Planowałam lody albo sorbet, a wyszła mi ... rewelacyjna granita :) W jednym z wcześniejszych postów napisałam, że czasem, to co otrzymujemy ZAMIAST, jest dużo lepsze od naszych pierwotnych założeń. W tym wypadku właśnie tak było. Granita, czyli lody-nie-lody, śliczne lodowe kryształki (o ile się nie mylę z włoskim rodowodem) okazała się niezwykłym przysmakiem. A kolejny przepis będzie na tartę. Że tarta znowu? Cóż, istotnie jesteśmy tartolubni, ale plan był inny, tyle tylko, że zachęcił nas niezmiernie wstęp do przepisu, którego autorka pisze, że każdemu z nas przyda się niezawodny sposób na łatwy i pyszny deser, którym się można popisać nawet z dala od własnej kuchni, jedynie przy użyciu noża, miski i foremki. Co Wy na to? Mnie czasem chodzi po głowie, że blog się powinien nazywać Lazy Blue Hipopotam, więc naturalnie bardzo mi ta idea przypadła do gustu ;)




Granita brzoskwiniowo - grejpfrutowa

3 duże brzoskwinie
4 grejpfruty
1 (ewentualnie 1 i 1/4 ) szklanki cukru pudru
2 i 1/2 szklanki wody

Ścieramy skórkę z jednego grejpfruta. Ze wszystkich natomiast wyciskamy sok. Dodajemy skórkę do soku i odstawiamy. Brzoskwinie kroimy na kawałki (nie trzeba ich obierać). Wkładamy do garnka, zalewamy wodą, dodajemy cukier puder (ilość cukru zależy od smaku soku grejpfrutowego, skosztujcie go najpierw i zdecydujcie). Na średnim ogniu gotujemy brzoskwinie, tak, aby cukier się rozpuścił, a owoce zmiękły. Odstawiamy do wystudzenia. Potem miksujemy ugotowane brzoskwinie blenderem na gładki syrop i mieszamy go z sokiem z grejpfrutów. Całość wlewamy do sporego płytkiego naczynia i wkładamy do zamrażalnika. Trzeba będzie często do niego zaglądać. Kiedy mieszanka się nam zamrozi, rujnujemy ją widelcem, żeby powstały kryształki i co godzinę lub dwie powtarzamy tę czynność, 3-4 razy. Warto, bo wtedy lodowe kryształki będą się naprawdę ślicznie prezentować. Ten deser to zdecydowanie mój faworyt na tegoroczne lato. A jeśli mieszanka nie mieści się Wam w całości do jednego naczynia - może macie w domu plastikowe foremki do lodów na patyku? Mnie się udało wypełnić cztery takie foremki. Lody ze sklepu się nie umywają! Moja granita wyszła w "złotym" kolorze, bo grejpfruty były żółte, ale jeśli użyjecie różowych, też będzie piękna. I obłędnie dobra!







Tarta brzoskwiniowa (foremka o średnicy 27 cm lub mniejsza)

Ciasto kruche:  (to jest właśnie cały trick, ciasto kruche bez formowania kuli, chłodzenia, podpiekania...)
1 i 1/2 szklanki mąki
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
1/4 szklanki oliwy z oliwek
1/4 szklanki oleju roślinnego
2 łyżki mleka
1/2 łyżeczki ekstraktu migdałowego (dodałam waniliowy)

Wypełnienie:
8-10 niedużych brzoskwiń (zużyłam około kilograma)
2 łyżki mąki
3/4 szklanki cukru
2 łyżki zimnego masła
1/4 łyżeczki soli

Brzoskwinie kroimy na niezbyt cienkie plasterki. Nie musimy ich obierać ze skórki. Z pozostałych składników wypełnienia robimy kruszonkę, którą można na chwilę wstawić do lodówki. Jeśli brzoskwinie są bardzo soczyste, można do kruszonki dodać jeszcze jedną łyżkę mąki (ja potrzebowałam dwóch).
Aby zrobić ciasto, mieszamy w misce mąkę z cukrem i solą. W innym naczyniu łączymy oliwę, olej, mleko i ekstrakt migdałowy. Całość wlewamy do mąki i mieszamy widelcem, chwilę, tylko aby wszystko się połączyło (i wyglądało jak grudki mokrego piasku), po czym przekładamy do foremki i rozprowadzamy palcami, tak, aby wykleić dno i boki foremki. Zajmuje to ze dwie minutki ;) Potem wypełniamy dno tarty brzoskwiniami (autorka przepisu zrobiła to bardzo starannie, zobaczcie tu, ja natomiast użyłam o wiele więcej owoców i ciasno poukładałam plasterki obok siebie). Brzoskwinie posypujemy kruszonką (wydaje się, że jest jej bardzo dużo, ale nie szkodzi, jest pyszna!) i wstawiamy tartę do piekarnika nagrzanego do 190 stopni. Po około 40 minutach powinna być gotowa.
To pierwszy raz, kiedy sporządzałam tartowe ciasto bez masła i... bardzo mi go brakowało. Tradycyjne ciasto maślane, smaczne i chrupiące jest dla mnie równorzędnym partnerem wypełnienia. W przypadku tarty brzoskwiniowej to nadzienie ma zagrać główną rolę, a spód ma być po prostu niekłopotliwy i szybki ;)  Nie jest to elegancki deser na przyjęcia, ciasto się baaaardzo kruszy, ale całość jest bardzo sympatyczna i świetnie się komponuje z gałką lodów czy bitą śmietaną. Jednym słowem - fajny deser w wyluzowanym gronie przyjaciół :)







http://stokolorowkuchni.blox.pl/2014/07/Morelkowo-Brzoskwiniowo-6.html









niedziela, 18 maja 2014

Poniedziałki też mogą się dobrze zacząć. Naprawdę :)

Jutro poniedziałek. Nasz ulubiony dzień tygodnia...  I może jeszcze u niektórych z Was będzie lało jak z cebra ;) Co z tym zrobimy...?
Upiekłam już razy kilka muffiny bananowe, które bardzo niepozornie wyglądają, ale są naprawdę dobre i świetnie się nadają do małej czarnej typu "siekiera", do kakao i do herbaty z mlekiem też. Jak zwykle przy muffinach, kilka składników do wymieszania, stopień trudności żaden, a doznania smakowe sympatyczne... A poza tym mogą sobie siedzieć dni kilka w szczelnie zamkniętym pudełku, więc wtorkowy poranek też może być bananowy ;) Do foremek marsz :)




Muffiny bananowe z rodzynkami

1 szklanka mąki
1/2 szklanki cukru
1/2 szklanki rodzynek
1 łyżeczka sody
1/2 łyżeczki soli
odrobina ekstraktu waniliowego (nie miałam, dodałam 1 łyżeczkę cukru wanilinowego)
1/2 szklanki rozgniecionych widelcem bardzo dojrzałych bananów
1/4 szklanki oliwy
1 szklanka mleka
2 łyżeczki octu jabłkowego

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. W większej misce mieszamy wszystkie składniki suche - mąkę, cukier, rodzynki, sodę, sól i cukier wanilinowy. W innym naczyniu łączymy ze sobą widelcem mleko, oliwę, ocet i banany. Mokre składniki wlewamy do suchych, mieszamy tylko do połączenia i napełniamy muffinowe foremki. Babeczki powinny być gotowe po około 25 minutach, sprawdzamy patyczkiem. Chwila na ostygnięcie i już :) Z podanych składników wyszło mi 12 niedużych muffinów. Zmniejszyłam o połowę ilość cukru z tego przepisu, a myślę, że mogłoby być jeszcze mniej, choćby przez dużą ilość rodzynek, które możecie również zastąpić czekoladowymi groszkami ;) Oryginalny przepis jest wegański, ale ja się nie mogłam powstrzymać przed dodaniem mleka i nie żałuję -  pysznościowo :) Dajcie mi znać, jak Wam minął poniedziałek :)





niedziela, 11 maja 2014

Naleśniki dla Kuby. Z tuńczykiem i musztardowym beszamelem. I powodzenia !!!

Małgosia, Julia i Kuba - oto osoby zamieszane w powstanie dzisiejszego posta :) Jeszcze nie tak dawno nie byłam naleśnikowym championem. Zawsze coś było nie tak. Moja siostra Małgosia, specjalistka od naleśników, cierpliwie mnie próbowała nauczyć tych doskonałych, ale jakoś średnio mi szło. Może dlatego, że Gosia używa mojej ulubionej metody "na oko" ;) ... Na szczęście jednak, po zmarnowaniu sporej ilości składników naleśnikowego ciasta, spłynęło na mnie oświecenie. Albo raczej patelnia :) I książka. Małgosia sprezentowała mi specjalną ceramiczną patelnię, a w książce Julii Child Francuski szef kuchni znalazłam wreszcie przepis idealny :) I doskonale pamiętam ten dzień, kiedy ja, sierotka, zaczęłam smażyć naleśniki, podrzucając je efektownie, a na talerzu rósł stosik fantastycznych, nie za grubych, nie za cienkich naleśników. Wypróbowałam je już i na słono i na słodko (nutella z truskawkami...), są świetne! Tak więc, Małgosiu i Julio - bardzo Wam dziękuję :)
Dziś naleśnikowa edycja na słono, ze specjalną dedykacją dla Kuby, który w najbliższych dniach zmierzy się z egzaminami z biologii i chemii. Kuba przez ostatni rok naprawdę ciężko pracował, uczył się i rozwiązywał niezliczone ilości zadań, aby rozpocząć upragnione studia. Będziemy z Hipopotamem bardzo, bardzo mocno trzymać kciuki za Twoje powodzenie, Kubusiu. Po pierwsze dlatego, że marzenia są po to, by je realizować, a po drugie - kto by nie chciał mieć znajomego lekarza, który z pasją wykonuje swój zawód?




Dzisiejsze naleśniki to danie z gatunku comfort food, idealne na leniwy weekend. Łagodny tuńczyk i słodka kukurydza świetnie się komponują z kremowym beszamelem podkręconym musztardą. Naleśniki można sobie przygotować wcześniej, pamiętając, żeby je na talerzu przekładać papierem do pieczenia, w ten sposób się nie posklejają. Pałaszowanie tych pyszności na gorąco, z ciągnącym się rozkosznie szczypiorkowym cheddarem - omnomnomnom.... 




Naleśniki - przepis podstawowy (z książki Francuski szef kuchni)

1 szklanka zimnej wody
1 szklanka mleka
4 jajka
1/2 łyżeczki soli
2 szklanki mąki
4 łyżki oliwy (u Julii roztopionego i ostudzonego masła)

Wszystkie składniki miksujemy na najwyższych obrotach przez minutę, a potem wstawiamy do lodówki na przynajmniej dwie godziny (Julia zaleca jeszcze wcześniej przetrzeć całość przez sitko o drobnych oczkach, ale zwykle o tym zapominam...). Z takich proporcji wychodzi mi 10 naleśników smażonych na patelni o średnicy 24 cm.


Naleśniki z nadzieniem z tuńczyka i dymki
(przepis stąd)

1 pęczek dymki
50 g masła
50 g mąki
2-3 łyżki musztardy
425 ml mleka
mała puszka kukurydzy (ok. 150 g po odsączeniu)
2 puszki tuńczyka w oleju po 170-180 g (z zalewą)
125 g sera cheddar, drobno startego
8 naleśników

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Białe części dymki kroimy w cienkie plasterki, a zielony szczypiorek siekamy drobno. Potem przygotowujemy sos beszamelowy. Na patelni rozpuszczamy masło, dodajemy mąkę, mleko i musztardę do smaku, mieszamy szybko, żeby nie powstały grudki. Doprawiamy solą i pieprzem i gotujemy mieszając, aż całość zacznie gęstnieć. Można dodać odrobinę mleka lub wody, jeśli sos będzie zbyt zwarty. Kolejno dodajemy białą część dymki i gotujemy do miękkości, często mieszamy. Dokładamy kukurydzę i odsączonego tuńczyka.
Przygotowanym sosem smarujemy naleśniki, zwijamy je w rulony i układamy w natłuszczonym naczyniu do zapiekania. Starty ser mieszamy ze szczypiorkiem i posypujemy nim naleśniki. Pieczemy około 25 minut, aż ser się roztopi i ładnie zapiecze.



sobota, 10 maja 2014

Idealna sałatka dla Hipopotama i mistrzowskie (uhuuuhuuu) filetowanie pomarańczy

Zachciało się Hipopotamowi sałatki. Nowej, ciekawej. I treściwej, żeby się na obiad nadała, bez żadnych dodatków. Naturalnie jest sto tysięcy przepisów na sałatki i testowanie tych receptur to duża hipopotamowa przyjemność, ale założyłam, że na blogu przeczytacie tylko o tym, co naprawdę nam smakowało, żadnej ściemki i fałszywych zachwytów ;) I oto mamy sałatkę - faworytkę ;) Pora roku sprzyja sałatkowym eksperymentom, więc na pewno będzie ich więcej, tymczasem na pierwszy ogień poszły buraczki, bo się za nimi stęskniliśmy i pomarańcze, jako że sezon pomarańczowy w Egipcie w pełni... To się może wydawać zabawne, bo oczywiście pomarańcze sprzedają tutaj przez okrągły rok, ale jesienią i zimą (co gorsza w okresie świątecznym, kiedy MUSZĄ być pomarańcze) nie są już niestety takie smaczne i soczyste jak teraz. Korzystam skwapliwie z okazji i niemal co drugi dzień przywożę do domu pomarańcze w hurtowej ilości, żeby się potem rozkoszować świeżo wyciśniętym sokiem... To nie tylko cudowny smak i porcja witamin, ale również wspomnienia z Marakeszu, gdzie na placu Jemaa el Fna urzędują sprzedawcy soku z pomarańczy, nieocenieni wręcz, kiedy żar się leje z nieba :)




Sałatka pojawiłaby się u Hipopotama dużo wcześniej, gdyby nie fakt, że przeznaczona do zdjęć partia upieczonych buraczków została pożarta, ot tak, trochę jak chipsy, kolejna zaś, posypana tymiankiem okazała się wymarzonym dodatkiem do kanapek z serem feta... W każdym razie do trzech razy sztuka ;) Et voila sałatka kolorowa, ciekawa i naprawdę pyszna. Przepis (nieco zmodyfikowany pod kątem zawartości lodówki) stąd.




Sałatka z pieczonych buraczków z pomarańczą


3 buraki, średniej wielkości lub duże
1 łyżka octu balsamicznego
1 łyżka oliwy
2-3 szklanki rukoli, miksu sałat lub baby szpinaku
2 pomarańcze (miejcie w zapasie 3, jeśli tak jak mnie, tylko się Wam wydawało, że jesteście mistrzami filetowania pomarańczy, hi hi hi... jedna będzie ćwiczebna ;) A jak się filetuje pomarańcze, zobaczcie tu)
pół czerwonej cebuli, pokrojonej w cieniutkie półplasterki
150 g sera feta, pokruszonego
2 łyżki płatków migdałowych, podprażonych na suchej patelni
sól i pieprz

Sos:
1 łyżka oliwy
2 łyżki octu balsamicznego
1 łyżka miodu
1 ząbek czosnku, drobniutko posiekany i roztarty
sól i pieprz

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Buraki obieramy ze skórki i kroimy w półplasterki (nie powinny być zbyt cienkie, żeby się nie przypaliły). Układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, smarujemy mieszanką octu i oliwy (silikonowy pędzel będzie jak znalazł) i oprószamy solą i pieprzem. Wkładamy do piekarnika, po 20 minutach trzeba je odwrócić na drugą stronę i znów można posmarować oliwą i octem balsamicznym. Kolejne 20 minut i buraki powinny być upieczone i miękkie.
Buraki muszą ostygnąć, a my zabieramy się za filetowanie pomarańczy i robimy sos - mieszamy wszystkie składniki i odstawiamy "do przegryzienia". Później układamy na półmisku sałatę, buraczki, kawałki pomarańczy i cebulę. Całość posypujemy pokruszoną fetą i płatkami migdałowymi, a na koniec skrapiamy sosem.







wtorek, 6 maja 2014

O wpływie chleba na duszę i kanapce curry

Pamiętam, jak kiedyś, gdzieś w trakcie internetowych poszukiwań przeczytałam, że uprawianie ogródka jest znacznie tańsze niż wszelkiego rodzaju terapie, a na koniec masz jeszcze własne pomidory ;) Uśmiechnęłam się wtedy do siebie. Ze mnie co prawda żaden ogrodnik już nie wyrośnie, ale chyba wynalazłam własną metodę na ukojenie skołatanej duszy. Metodę skuteczną, która również daje namacalne (i jadalne) rezultaty. Mam na myśli pieczenie chleba. Nie bardzo potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak jest, piekłam już mnóstwo o wiele bardziej skomplikowanych specjałów, ale żaden z nich nie dostarczył mi takiej radości i satysfakcji jak mój własny chleb. Większość z Was wie, że jestem nocnym markiem więc nie zdziwicie się faktem, że hipopotamowa piekarnia otwiera się z reguły późną wieczorową porą, po dobrej kolacji i posprzątaniu kuchni na błysk. 




Mam wrażenie, że upieczenie dobrego chleba wymaga nie tylko porządku w kuchni, ale również gdzieś tam u nas głęboko w środku... Ludzie na całym świecie dzielą się chlebem, rodziny i nieznajomi, przyjaciele i przypadkowo spotkani. Chleb zawsze wiązał się dla mnie z pokojem i pewnego rodzaju wspólnotą, więc jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żebym go piekła ze złymi emocjami w głowie. Wiem, wiem, tak trochę filozofuję, ale tak właśnie myślę i chciałam o tym napisać. Trochę było tych moich prób chlebowych, mniej lub bardziej udanych, żebym się jeszcze nauczyła, że dobry chleb wymaga nie tylko pozytywnego nastawienia, ale również cierpliwości i czasu. Dlatego teraz, na spokojnie wchodzę sobie do kuchni wieczorem z kieliszkiem wina albo parzę dobrą herbatę, nastawiam ulubioną muzykę, przeważnie któryś z koncertów Simply Red lub mistrza Cohena z londyńskiej Areny i piekę chleb, który będzie akurat na rano. Nie śpieszę się, cierpliwie wyrabiam drożdżowe ciasto i rozkoszuję się wizją śniadania. A później chleb stygnie, a ja zasypiam z poczuciem spełnienia i spokojną głową.




Przepis na chleb, którym chcę się z Wami podzielić pochodzi od Moniki z bloga Gotuje bo lubi. Upiekłam go kilka razy i stał się moim ulubionym. Myślę, że nadaje się doskonale na Wasz pierwszy chleb, jeśli jeszcze nigdy go nie piekliście. Trzeba tylko pamiętać o dobrym nastawieniu i cierpliwości przy wyrabianiu, żeby chlebek pięknie nam wyrósł. Ja mam już sprytny plan na następną noc wypieków i zamierzam upiec ten chleb z dodatkiem ziół prowansalskich albo świeżego posiekanego koperku.

Chleb na drożdżach z ziemniakami

450 g ziemniaków, obranych i pokrojonych w drobną kostkę + 2 łyżeczki soli
1 szklanka wody z gotowania ziemniaków
5 g drożdży instant
2 i 1/4 szklanki mąki
2 łyżki oliwy
1 łyżka soli

Ziemniaki zalewamy w garnku wodą tylko, aby je przykryła i z dwiema łyżeczkami soli gotujemy do miękkości. Następnie odcedzamy ziemniaki i odstawiamy do wystygnięcia, zostawiając sobie szklankę wody z gotowania. Wystudzone ziemniaki rozdrabniamy widelcem w misce. Następnie wlewamy do ziemniaków 1/4 szklanki wody z gotowania (ciepłej, nie gorącej), dodajemy drożdże i wszystko dokładnie mieszamy. Dodajemy mąkę, oliwę i sól. Zaczynamy wyrabiać ciasto, gdyby było za suche, dodajemy po łyżce wody z ziemniaków. Kiedy ciasto jest już gładkie i elastyczne, formujemy z niego kulę i umieszczamy w misce natłuszczonej oliwą. Możemy je też przykryć wilgotną kuchenną ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na jakąś godzinę, aby podwoiło objętość. Wyrośnięte ciasto lekko zagniatamy i formujemy kształt chleba (Monika piecze go w koszyku, więc formuje kulę) a ja w keksówce o długości 32 cm. Wkładamy je do natłuszczonej formy, obsypujemy mąką i odstawiamy znów do wyrośnięcia, można je zostawić już w okolicach piekarnika, który nagrzewamy do 190 stopni. Kiedy chleb w foremce wyrośnie, pieczemy go przez około 40 minut, a później pozwalamy mu dobrze wystygnąć. Dzięki dodatkowi ziemniaków chleb jest puszysty i wilgotny, pamiętajcie natomiast, że jak każdy drożdżowy wypiek najlepiej smakuje w dniu upieczenia.




Domowy chleb na śniadanie motywuje mnie też do wynalezienia jakiegoś ciekawego smarowidła do kanapek. Możliwości jest naturalnie mnóstwo, ale jedną z moich ulubionych jest kanapka w wersji curry, z pastą, która znalazłam u Liski z White Plate. 




Gotuję 3-4 jajka na półmiękko, jakieś 5 min. Rozdrabniam je na talerzu widelcem, mieszam z 1-2 łyżkami majonezu, połową łyżeczki curry i garścią posiekanej kolendry. Liska do swojej pasty dodaje jeszcze łyżeczkę drobniutko posiekanych rodzynek, ale wypróbowałam tę wersję i jakoś mi te rodzynki nie pasują. Jajka i curry to bardzo sympatyczne połączenie, a jeśli nie przepadacie za specyficznym smakiem kolendry, możecie ją zastąpić szczypiorkiem.





czwartek, 1 maja 2014

A teraz maj i maj i maj...

Jakie macie plany na długi majowy weekend? Wyjazdy czy lenistwo w przydomowym ogródku? Jeden z najpiękniejszych miesięcy w Polsce otwiera sezon pikników i spotkań na świeżym powietrzu. Dzwońcie zatem do przyjaciół, pakujcie pyszności do koszyków i wyruszajcie trochę się zrelaksować wśród zieleni! Mam nadzieję, że pogoda dopisze :) U mnie (jak zwykle) słonecznie, ale za to trudno o taką jak w innych miejscach na świecie eksplozję zieleni. No i bzu nie uświadczysz... Nie będzie na trawie, będzie za to na plaży :) Śpiewam sobie ze Starym Dobrym, pakuję tarteletki do pudełka i już mnie nie ma przed monitorem! 







Tarteletki z nutellą i serkiem (przepis na 6 tarteletek o średnicy 8 cm)

Kruche ciasto:
Połowa porcji z tego przepisu

Nadzienie:
6 łyżeczek nutelli (około 1/2 szklanki)
100 g kremowego serka śmietankowego
1 jajko
50 g cukru

Natłuszczone foremki wylepiamy ciastem (pamiętajcie o nakłuciu ciasta widelcem, żeby się potem nie wybrzuszało) i wkładamy do lodówki lub zamrażalnika na godzinę. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni i podpiekamy tarteletki, żeby się delikatnie zarumieniły, 10 - 15 minut, a potem wyjmujemy z piekarnika i dajemy im ostygnąć. Jajko miksujemy z cukrem i serkiem na gładką masę, można dodać odrobinkę ekstraktu waniliowego. Na dnie każdej tarteletki rozsmarowujemy łyżeczkę nutelli, a potem przykrywamy warstwę czekoladową przygotowaną masą z serkiem. Pieczemy około 30 minut w 180 stopniach. Kiedy tarteletki wystygną, będą wdzięcznym obiektem do dekorowania. Moje ciasteczka posypałam uprażonymi migdałami, oprószyłam cukrem pudrem i udekorowałam plasterkami pomarańczy posypanymi cynamonem.