-->

cover

sobota, 26 grudnia 2015

Nie ma jak święta :)

Nie ma jak święta, kiedy w domu każdy (no, prawie) kąt wypucowany, w lodówce mnóstwo smakowitości, a kolorowe puszki pełne ciasteczek. Zabrakło nam w tym roku magicznego krajobrazu w bieli, ale przynajmniej nie trzeba latać z łopatą i odśnieżać przydomowych ścieżek ;) Można za to ułożyć się wygodnie na kanapie, czytać książki od Aniołka (byłam grzeczna i dostałam aż cztery!), wyjadać makowiec i pasztet Mamy i cieszyć się świętym spokojem :) W przeddzień Wigilii, w piękny słoneczny poranek ubierałam choinkę nucąc sobie pastorałki. Wokół drzewka było mnóstwo pudełek ze świątecznymi ozdobami, które po kolei wieszałam na pachnących zielonych gałązkach. Sporo było nowych, bo każdego roku pojawiają się śliczności, którym trudno się oprzeć, ale wciąż mamy ozdoby z naszego poprzedniego domu, są też bombki, które wcześniej wieszali na choince moi Dziadkowie. Dużo jest wspomnień, kiedy po kolei wyjmuje się te wszystkie kolorowe cacka. Przypomniały mi się jedne święta, w Wilkowicach, kiedy pewna młoda dama obdarowała Dziadka własnoręcznie sporządzonym szalikiem. Długość - chyba ze dwa metry... Kolor - cóż, Pantone się chowa ;) Jednym słowem, wszystkie kolory tęczy. Dzisiaj taki unikatowy szal byłby zapewne ulubionym dodatkiem niejednego hipstera, tyczasem wtedy, cóż, Dziadek zakładał go przeważnie... idąc za dom, żeby nakarmić króliki :)




Wieczerza wiglijna upłyneła nam spokojnie i szczęśliwie, a potem poszliśmy na Pasterkę i trudno opisać wzruszenie, które ogarnia ludzi, kiedy w kościele na słowa "Gloria in excelsis Deo!" nagle zapalają się światła. Niby co roku tak samo, ale ta wigilijna noc ma w sobie naprawdę ogromną magię, która wyzwala w nas mnóstwo pozytywnych uczuć i przypomina, że w gruncie rzeczy wszyscy pragniemy dobra i poszukujemy światła...




Wszystkie świąteczne choinki są piękne. Ustrojone, rozświetlone drzewka to radość w czystej postaci, ale ja chyba najbardziej lubię choinki, które wyciągają ramiona ku niebu i cieszą się słońcem i wiatrem :) Nie brakuje ich w naszej okolicy, więc w dzisiejszym poście mały festiwal "wolnych" choinek :)




Mam nadzieję, że świętujecie w zdrowiu i szczęśliwości. Życzę Wam wszystkim mnóstwa radości! Niech ten świąteczny czas będzie wyjątkowy, niech budzi w nas dobro i otwiera nas na innych ludzi...




środa, 23 grudnia 2015

Świąteczna pocztówka z Bielska i smakołyków kilka...

Planowałam grudzień pełen spokoju, refleksji i świątecznych przygotowań. Oczekiwanie na święta miało mi upłynąć na czytaniu, porządkach w domu i, naturalnie, na przygotowywaniu pyszności. Tymczasem, gdyby nie dopadło mnie przeziębienie, to chyba nawet nie zdążyłabym upiec zapowiadanych w ostatnim poście angielskich babeczek mince pies... Najęłam się w pewnej restauracji jako pomoc kuchenna i właściwie prawie nie było mnie w domu. Szare poranki, jeden za drugim, tylko migały mi szybko zza okien autobusu, a do domu wracałam późnym wieczorem, tak zmęczona, że właściwie nie miałam już ochoty na nic. Już się chyba powinnam przyzwyczaić do faktu, że mój żywot pełen jest przygód i wyzwań, ale nie spodziewałam się zupełnie, że szef kuchni po tygodniu naszej wspólnej pracy odejdzie z restauracji... Tym oto sposobem stanełam przed wyzwaniem ugotowania drugiego w moim życiu barszczu, który miał być, oczywiście, pyszny i z rozmachem, na, bagatela, 50 litrów :) To właściwie tylko wierzchołek góry lodowej, która przede mną w tym gastronomicznym przybytku wyrosła... Poradziłam sobie, może kiedyś opowiem o tym bardziej szczegółowo. Przede mną niewątpliwie wzmożone studia nad kuchnią polską ;) Całe to restauracyjne zamieszanie zupełnie mnie odciągnęło od przedświątecznych planów i spowodowało, że wszystko działo się jakby obok mnie. Udało mi się w pośpiechu kupić prezenty gwiazdkowe (mam nadzieję, że jednak trafione!), a z magicznej atmosfery oczekiwania zostało mi podziwianie rozświetlonego Bielska, kiedy wychodziłam po pracy na autobus. Kiedyś już tutaj pisałam, że kocham świąteczne światełka i oglądanie przystrojonego miasta zawsze sprawia mi ogromną przyjemność. Oto moje ulubione punkty spacerowe:














Jeśli zajrzeliście do mojego poprzedniego  posta, na pewno przeczytaliście przepis na nadzienie do mince pies, czyli babeczek, którymi Anglicy zajadają się na Boże Narodzenie. Upodobanie tych słodkości udzieliło się i mnie, dlatego w tym roku również u nas w domu takie pyszności zagoszczą. Wyglądają bardzo efektownie, smakują doskonale i nadają się też na świąteczny upominek :) To chyba wystarczająca rekomendacja, żeby upiec mince pies :)


Mince pies

Nadzienie:
Trzeba je przygotować odpowiednio wcześniej, przepis tu

Kruche ciasto:
300 g mąki
150 g zimnego masła
1 duże jajko
2 kopiaste łyżki cukru pudru
szczypta soli

Przygotowujemy kruche ciasto, rozcieramy mąkę z kawałkami masła, dodajemy cukier puder, jajko i sól i staramy sie jak najszybciej uformować z ciasta gładką kulę. Owijamy ją folią i wkładamy do lodówki na godzinę, albo nawet na całą noc. Potem rozwałkowujemy ciasto na grubość monety. Nie może być zbyt cienkie, ze względu na nadzienie. Przygotowujemy muffinową foremkę 12-dołkową, smarujemy delikatnie masłem. Z ciasta wycinamy kółka (w takim formacie, żeby dało się wyłożyć spód i boki muffinowych dołków). Wykładamy dołki ciastem, formując spody babeczek. Potem nakładamy do nich nadzienie, a później, z pozostałego ciasta wycinamy kształt do przykrycia babeczki, wedle upodobań. Mnie się bardzo podobają "gwiazdkowe", ale tradycyjne mince pies są w całości zakryte płatkiem kruchego ciasta, który nierzadko jest jeszcze ozdobiony jakimś świątecznym ornamentem. Piekarnik nagrzewamy do 170-180 stopni i pieczemy babeczki około 30 minut, do momentu kiedy staną się lekko złotawe. Studzimy i rozkoszujemy się smakiem świąt :) Z podanego przeze mnie przepisu na nadzienie sporządzimy co najmniej dwa razy tyle babeczek, ale ilość kruchego ciasta wystarczy na 12-16 mince pies.










Mam dla Was jeszcze cztery przepisy na świąteczne dobroci. Nie wszystkie niestety zdążyłam sfotografować. Postaram się z czasem uzupełnić zdjęcia, a teraz zapraszam jeszcze na:


Owsiane ciasteczka z suszonymi śliwkami - dla Rudolfa  (przepis podstawowy tu)

120 g masła
140 g brązowego cukru
1 duże jajko
100 g mąki
1/2 łyżeczki sody
3/4 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki soli
120 g płatków owsianych (nie błyskawicznych!)
120 g suszonych śliwek, pokrojonych na małe kawałeczki

Masło z cukrem i jajkiem miksujemy na gładką masę. W innym naczyniu mieszamy mąkę, sodę, cynamon i sól. Mączną mieszankę dodajemy do zmiksowanego masła, mieszamy, aż powstanie nam ciasto i dodajemy płatki owsiane i kawałeczki suszonych śliwek (po pokrojeniu śliwek oprószam je delikatnie mąką, żeby się nie posklejały). Następnie przykrywamy misę z ciastem folią i wkłdamy do lodówki na jakieś 15-20 minut. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni, blachy do pieczenia wykładamy papierem. Nabieramy łyżką  równe porcje ciasta, formujemy kulki, układamy je na blasze i delikatnie spłaszczamy. Musimy pamiętać o zachowaniu sporej odległości, bo ciastka się "rozlewają". Pieczemy je 10-12 minut, aż brzegi będą złote, a środki wciąż wygladają na lekko niedopieczone. Studzimy je 5 minut na blasze, a potem zdejmujemy i pozwalamy całkowicie ostygnąć. To bardzo aromatyczne, mięciutkie ciasteczka, wymarzone na śniadanie, albo na niespodziankę dla renifera świętego Mikołaja ;) Jeśli nabieramy porcje ciasta dużą łyżką, to wyjdzie nam około 20 ciastek.




Śledzie z majerankiem i czosnkiem  (przepis z książki Małgorzaty Caprari "Śledzie. 200 najlepszych przepisów kuchni polskiej i światowej)

1 kg solonych filetów śledziowych
15 ząbków czosnku, pokrojonych w grubsze plasterki
kilka łyżek suszonego majeranku
sok z cytryny
oliwa lub dobry olej, np, rzepakowy z pierwszego tłoczenia

Zaczynamy od wymoczenia śledzi w wodzie. Potem osuszamy je, obficie skrapiamy sokiem z cytryny i odstawiamy na pół godziny. Filety kroimy na kawałki i układamy w słoiku, przekładając porcje śledzia czosnkiem i posypując obficie majerankiem. Zalewamy całość oliwą (śledzie muszą być dokładnie przykryte) i wstawiamy do lodówki, na przynajmniej dwa dni. Jako wielbicielka śledzi zawsze szukam nowych smaków. Najlepiej sprawdza się właściwie prostota, czyli kilka dobrze dobranych składników, tak jak w przypadku ubiegłorocznych ekspresowych matjasów z dymką i żurawiną. Śledzie z majerankiem potrzebują co prawda nieco więcej czasu, ale smakują bardziej "po polsku" i doskonale pasują na świąteczny stół, podobnie jak bardziej wykwintne śledzie w winie, na które przepis również wynalazłam u Małgorzaty Caprari:


Śledzie po hrabiowsku w białym winie

8 solonych filetów śledziowych
200 ml białego wytrawnego wina
5 ziaren pieprzu
5 ziaren ziela anigielskiego
4 goździki
szczypta mielonego imbiru
szczypta mielonego kardamonu
1 łyżka cukru
1 średnia cebula, drobno pokrojona
1 por, tylko jasna część, drobno pokrojona
100 ml oleju
sok i cienko skrojona skórka z 1/2 cytryny
czerwony pieprz (do podania)

Wymoczone i osuszone filety kroimy na porcje. Wino zagotowujemy z przyprawami, cukrem i skórką cytrynową. Studzimy pod przykryciem, a potem cedzimy i mieszamy z sokiem z cytryny i olejem. W słoiku układamy warstwami cebulę wymieszaną z porem i śledzie. Na wierzchu powinna być warstwa cebuli z porem. Zalewamy całość winną marynatą i wkładamy do lodówki na przynajmniej dwa dni. Te śledzie dobrze smakują i ładnie wyglądają, kiedy przy podawaniu oprószymy je czerwonym pieprzem.




Wigilijny pasztet grzybowy
 (na podstawie przepisu z magazynu Moje Gotowanie 12/2015)

100 g suszonych grzybów, najlepiej mieszanych
szklanka bułki tartej
1 i 1/2 szklanki śmietanki 30%
4 cebule, drobno posiekane
3 ząbki czosnku, drobno posiekane
łyżka smalcu (można zastąpić masłem)
1/4 (lub więcej, zależnie od upodobań) łyżeczki: suszonego majeranku, bazylii, ziela angielskiego mielonego, gałki muszkatołowej, imbiru, mielonego kminku
4 jajka
sól, pieprz
masło i bułka tarta do foremek
garść drobno posiekanych orzechów włoskich

Opłukane grzyby zalewamy niewielką ilością wody i zostawiamy na noc, a potem gotujemy do miękkości. Ostudzone grzyby bardzo drobno siekamy albo blendujemy. Cebulę i czosnek szklimy na smalcu/maśle. Cebulę i grzyby łączymy w większej misce, dodajemy śmietankę, bułkę tartą i jajka. Całość dokładnie mieszamy i przyprawiamy, do smaku dodajemy też sól i pieprz. Foremkę (upiekłam ten pasztet w dwóch małych keksówkach, 23 cm długości) smarujemy masłem i wysypujemy bułką tartą. Pasztetową masę przekładamy do formy, wygładzamy wierzch i posypujemy posiekanymi orzechami. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 50 minut. Można taki pasztet pałaszować na ciepło lub na zimno. Pyszności!