-->

cover

środa, 28 września 2016

Ciacho na pożegnanie lata...

Jesienna nutka już w powietrzu... Chłodne poranki i wieczory otulone cienkim szalem mgły powodują, że budzi się w nas pewna nostalgia, a spacery stają się bardzo nastrojowe. Kilka dni temu kupiłam pierwszą w tym roku dynię i herbatę aromatyzowaną indyjską mieszanką przypraw. Pewnie już niedługo będę siedzieć na sofie i pod kocykiem nadrabiać książkowe zaległości. A do tego właśnie herbatka. Albo kubek gorącej czekolady. Jesień ma swoje uroki :) Jednak zanim nastanie czas szali i rękawiczek, chcę się jeszcze nacieszyć letnimi wspomnieniami i piekę bardzo łatwe ciasto pełne owoców (przepis stąd). Jego przygotowanie zajmuję chwilkę, piecze się szybko, a smakuje... jak esencja lata, jak pogawędki w ogrodzie i pikniki na plaży.






Łatwe ciasto z owocami

300 g mąki pszennej
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
100 - 120 g cukru
2 duże jajka
50 g płynnego miodu
skórka otarta z dwóch cytryn
1 szklanka jogurtu naturalnego
150 ml oleju
600 g owoców (do wyboru, do koloru!)

Do jednego naczynia wsypujemy cukier i przesiewamy mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia i sodą. W drugim naczyniu mieszamy (jak w przypadku muffinów) widelcem jajka, miód, jogurt i olej (pamiętamy, aby miały pokojową temperaturę). Potem do mokrych składników dodajemy sypkie i mieszamy tylko do połączenia składników. Piekarnik rozgrzewamy do 175 stopni. Formę wykłądamy papierem do pieczenia albo folią (w oryginalnym przepisie forma o średnicy 25 cm, u mnie 36 x 20 cm, bo bardzo lubię, kiedy to ciasto jest niziutkie). Wykładamy masę do formy, wyrównujemy wierzch i układamy owoce. Pieczemy około godziny, do suchego patyczka.





piątek, 22 lipca 2016

Hipopotam już wrócił :) I zajada szkockie truskawki :)

Przedwczoraj o siódmej rano niebo było błękitne, ptaszki słodko ćwierkały w parku, a temperatura była rozkoszna jak na Lazurowym Wybrzeżu. Plaża Portobello wypełniła się ludźmi spragnionymi słońca i letniej bryzy. Wczoraj o tej samej porze była burza z piorunami i ogrom wody z nieba. Po wieżyczkach i omszałych dachówkach niczym z Hogwartu płynęły strugi deszczu, a w kuchni było ciemno jak w średniowiecznym zamku. Ot, lato w Szkocji ;) Mijają właśnie dwa miesiące odkąd osiedliłam się w kraju Roberta Burnsa, magicznych krajobrazów, whisky i śmiesznych kudłatych krów :) Potrzebowałam nowego miejsca. Nowych klimatów i wyzwań. Szukałam i znalazłam. Odpowiedziałam na ogłoszenie, które wydało mi się "moje". Po kilku dniach przyszedł mail z Edynburga, a po kolejnych kilku dniach siedziałam już w samolocie, żeby porozmawiać o warunkach nowej pracy. Zanim poleciałam, zobaczyłam na niebie cudną, podwójną tęczę, która okazała się dobrym znakiem :) Na miejscu pogoda była cudowna (cztery dni błękitu na niebie, żadnej mżawy, żadnej ulewy). Moja przyszła szefowa okazała się niesamowicie ciepłą i serdeczną osobą, do tego jeszcze fanką dobrego wina i pewnego przystojniaka z Gry o Tron ;) Dobrze się nam rozmawiało, w wielu kwestiach mamy bardzo zbliżone poglądy. Kiedy poznawałam moje nowe miejsce i weszłam do kuchni, otworzyłam szufladę, w której znalazłam... rękę Fatimy! Z tęczy to można się jeszcze śmiać, ale rączka Fatimy naprawdę okazała się dla mnie szczęśliwym symbolem... A potem? Dostałam pracę, rączka Fatimy wisi w naszej kuchni na ścianie i jeszcze się okazało, że wkrótce wystąpi w Edynburgu mój ukochany Rudy z zespołem, czyli Simply Red. Tyle szczęścia od ręki :)




Kilka dni temu byłam na koncercie Simply Red, nareszcie, po dwudziestu paru latach miałam okazję zobaczyć Micka Hucknalla na scenie i było to dla mnie niesamowite przeżycie :) Poza tym kilka pierwszych tygodni tutaj było czasem na oswojenie się z nową pracą i obowiązkami. Wróciłam do zabawy w "hospitality", więc nienormowany czas pracy, sporo emocji i wyzwań, ale przy tym niesamowita satysfakcja, jaka daje mi praca z ludźmi. Zamieszkałam w klimatycznej dzielnicy Leith (choć niektórzy by się za tę "dzielnicę" pewnie pogniewali...) w miejscu, gdzie wciaż coś się dzieje, gdzie blisko do doków i zacumowanej królewskiej Britannii. Ludzie są bardzo otwarci i sympatyczni, jest mnóstwo różnych knajpek i jedzenia z różnych stron świata, a ilość restauracji z gwiazdką Michelina jest.. mhm, taka sama, jak w całej mojej ojczyźnie ;)
Kiedy tylko jest okazja, wędruję sobie po Leith i z pewnością kiedyś napiszę więcej o tym ciekawym miejscu, które też trochę oswajam dla siebie, Wiem już, gdzie fajny fryzjer, wiem, gdzie pójść po przyprawy i cieszę się, że zaledwie kilka kroków od domu mogę kupić pyszną baklawę, kiedy przychodzi mi ochota na mały grzech ;)




Sporo zajęć w pracy, dni płyną bardzo szybko i czasem chciałabym, żeby doba miała kilka godzin więcej... Moje hipopotamowe przedsięwzięcie musiało trochę poczekać na swoją kolej, ale mam nadzieję, że teraz już będę pojawiać się częściej z nowymi smakołykami... Zastanawiałam się, kiedy wrócę na bloga, ale byłam po prostu zmęczona i moje myśli krążyły gdzie indziej. Z czasem jednak zaczęło mi już brakować kuchni, a dodatkowo pojawił się ktoś, kto dał mi pozytywnego "kopa" i zmobilizował do wyprawy po zakupy i naładowania baterii do aparatu.
Każdego dnia rano siedzą przy naszym stole ludzie z różnych zakątków świata. Niektórzy dziwią się, kiedy po raz pierwszy wchodzą do kuchni i widzą jeden duży stół nakryty dla dziesięciu osób. Taka była koncepcja właścicieli, żeby ludziom było łatwiej zwyczajnie się spotkać i rozmawiać ze sobą. Z satysfakcją stwierdzam, że nikt nie je śniadania z "nosem w smarfonie", a rozmowy przy stole są zwykle bardzo ciekawe. Szwedzi, Niemcy, Chilijczycy, Chińczycy, Amerykanie, Hiszpanie, Hindusi... Każdy ze swoją historią, każdy też z reguły ciekawy innych ludzi. Trzy dni temu miałam okazję poznać Raja, przybysza z Kerali. Poranek był o dziwo niespieszny i mieliśmy okazję pogawędzić przy kawie.
Raj opowiadał mi historię o profesorze, który miał nauczać studentów tzw. time managementu. Profesor przybył na wykład z dużym szklanym słojem i przed studentami napełniał go różnym rzeczami. Zaczął od piłek golfowych. Potem dodał żwiru, później drobniutkie kamyczki, wreszcie wsypywał piasek, a na koniec... zaczął wlewać kawę. Studentom wydawało się już, że pojemność tego słoja jest nieograniczona. Na co ma zwrócić uwagę ta historia? Powiedziałam Rajowi, że chodzi chyba o pewną ważność, o ustalanie priorytetów. Wydawało mi się, że piłki golfowe oznaczają podstawowe, najważniejsze rzeczy, np. pracę. A wtedy Raj mi odpowiedział, że owszem, piłki golfowe symbolizują najważniejsze rzeczy, ale bardziej takie jak rodzina i nasze pasje. I że ta historia ma nam pokazać, że czasu jest wbrew pozorom dosyć na wszystko, chodzi tylko o to, że piłki golfowe musiały być umieszczone w słoju jako pierwsze, w przeciwnym razie już by sie do niego nie zmieściły... Jednym słowem - priorytety... Raj wyjechał, a ja... zalogowałam się, żeby sprawdzić, czy ktokolwiek jeszcze pamięta o Niebieskim Hipopotamie.
Tymczasem wakacje, owocowa pełnia i najlepszy moment, żeby się rozsmakować w kolorych słodkościach od Matki Natury. Już w ubiegłym roku chciałam przygotować coś z truskawkami, ale nie na słodko i oto mała przekąska, elegancka i interesująca, grecki ser halloumi w duecie z truskawkowym winegretemt (przepis stąd). Pycha!




Smażony ser halloumi z truskawkowym winegretem

1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka octu balsamicznego
1-2 łyżki płynnego miodu
1 czerwona papryczka chilli, wypestkowana i drobniutko pokrojona (w zależności od ostrości papryczki i Waszych preferencji można użyć tylko połowy...)
60 ml oliwy z oliwek
200 g truskawek, drobno pokrojonych
500 g sera halloumi, pokrojonego w plastry (mniej więcej pół cm lub nieco grubsze)
100 g rukoli

Sok z cytryny, ocet, miód, chilli i oliwę mieszamy w miseczce. Dodajemy pokrojone truskawki i odstawiamy na parę chwil. Na patelni rozgrzewamy 1-2 łyżki oliwy i na średnim/małym ogniu smażymy plastry sera przez około dwie minuty, z każdej strony na jasnozłoty kolor. Jeśli trzeba, po usmażeniu sera odsączamy z niego nadmiar tłuszczu papierowym ręcznikiem, Na czterech talerzach rozkładamy rukolę, na niej plastry usmażonego sera, a całość polewamy truskawkowym winegretem.



Będę jeszcze szukała wytrawnych truskawkowych inspiracji, a tymczasem, żeby tradycji stało się zadość, nieco słodkości z truskawkami. Muszę przyznać, że nie upiekłam jeszcze nigdy porządnego tortu (mam na liści wyzwań, hi hi...). Może dlatego, że biszkopty nie były kiedyś moją mocną stroną i w pewnym momencie po prostu zrezygnowałam z marnowania składników. Tymczasem doskonały przepis na biszkopt jest u Doroty i przy jego pomocy można wyczarować cuda, więc kto wie, może i tort będzie z czasem. Moje dzisiejsze ciasto, delikatny biszkopt z truskawkami i mascarpone doskonale się nadaje na ogrodowe posiadówki z przyjaciółkami :)


Ciasto z kremem mascarpone i truskawkami

Biszkopt: (z bloga Moje Wypieki)
5 jajek (żółtka i białka osobno)
3/4 szklanki drobnego cukru do wypieków
3/4 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej

Nadzienie:
500 g mascarpone
3 żółtka
3-4 łyżki śmietany kremówki
3-4 łyżki cukru, do smaku
około kilograma truskawek (kilka pokrojonych w plasterki)
1 szklanka zielonej herbaty cytrynowej (lub czegoś innego do nasączenia blatów)

Najpierw przygotowujemy krem. Mascarpone miksujemy z żółtkami i kremówką na gładką masę, cukier odajemy do smaku. Jeśli masa jest zbyt gęsta, można dodać więcej kremówki. Gotowy krem wstawiamy do lodówki, aby schłodzić go w czasie, gdy przygotujemy biszkopt. Zaparzamy szklankę zielonej herbaty, żeby była zimna, gdy ciasto bedzie gotowe.
Teraz kolej na biszkopt. Zaczynamy od przesiania mąki. Następnie ubijamy białka na sztywną pianę. Pod koniec ubijania dodajemy cukier, łyżka po łyżce, wciąż ubijając i tak samo dodajemy po jednym żółtku. Do masy wsypujemy stopniowo przesianą mąkę i delikatnie mieszamy szpatułką, żeby składniki się połączyły. Piekarnik nastawiamy na 170 stopni, dno tortownicy (23 cm) wykładamy papierem do pieczenia, boków nie smarujemy już niczym. Delikatnie wykładamy masę do foremki i wyrównujemy wierzch. Pieczemy do suchego patyczka około 35-40 minut. Kiedy ciasto jest gotowe i wyciągamy je z piekarnika, trzeba upuścić blachę na podłogę z wysokości pół metra. Brzmi dość osobliwie, ale działa i biszkopt nie opada. Kiedy ciasto będzie zupełnie zimne, przekrawamy je na dwa blaty. Nasączamy je herbatą (niekoniecznie zużywając całą szklankę płynu).
Masę mascarpone dzielimy na pół, jedną częścią smarujemy dolny blat biszkoptu, a na kremie układamy truskawki pokrojone w plasterki. Przykrywamy całość drugim blatem i smarujemy wierzch ciasta pozostałym kremem, a na nim układamy truskawki. Przed podaniem schładzamy jeszcze ciasto w lodówce.