-->

cover

czwartek, 16 listopada 2017

Listopadowe notki. I krupnik.

Na listopad najlepszy jest szeroki szal-komin, który zrobiła mi Mama. Można się nim opatulić na spacerze, kiedy chłód szczypie w policzki i zarzucić na ramiona przy czytaniu ulubionej książki. Na listopad dobre są długie spacery w ostatnich łaskawych bursztynowych promieniach słońca. Dobra jest herbata w stylu chai, przyprawiona korzennie i z odrobiną mleka. A już gorąca czekolada w wygodnym fotelu albo w przyjemnej miejscówce z widokiem na morze ma wręcz terapeutyczne działanie. Na listopad dobry jest przytulny kącik. W moim wieczorami płoną świece, a na parapecie stoją dwie ładne dynie. Kolejne. Bo zapowiada się jeszcze jedna dyniowa pyszność tej jesieni!




Już od kilku wieczorów regularnie zapadam się w ostatni album Leonarda Cohena. Ciemny i głęboki doskonale pasuje do nastrojowego schyłku dnia. Popełniam również grzechy ciemnoczekoladowe i przeglądam nowe książki w poszukiwaniu świątecznych inspiracji. Na półce mam między innymi The Christmas Chronicles Nigela Slatera. Jestem zachwycona tą książką. Delektuję się nią, strona po stronie, jak czekoladowymi truflami albo kieliszkiem brunello.




Wynalazłam też pchli targ, coś między giełdą staroci a słynnym Stadionem Dziesięciolecia i stałam się szczęśliwą posiadaczką kilku uroczych posrebrzanych łyżeczek. Uwielbiam targi staroci. Za sprzedawców, z którymi można pożartować, a nawet trochę się podroczyć i za przedmioty z duszą, którym można dać nowy dom, aby stały się częścią kolejnej opowieści. Na studiach byłam częstym gościem warszawskiego bazaru i targowiska na Kole. Wynalazłam tam między innymi dwa ładne dzbanki (jeden z nich zobaczycie tu). Widziałam też kilka niesamowitych ikon i mam nadzieję, że kiedyś będę miała jedną w domu.




Co jeszcze w listopadzie? Full Scottish w sobotę, czyli hiperkaloryczne szkockie śniadanie, w domu albo w gwarnej kafejce, gdzie zza zaparowanych szyb można podglądać przechodniów i zgadywać, jakie mają plany na chłodny dzień. Częściej chodzę do kina. Kilka dni temu obejrzałam Morderstwo w Orient Expressie i bardzo polecam! Film z klasą. Pięknie sfotografowany, z dobrą obsadą i ścieżką dźwiękową (nie spodziewałam się Imagine Dragons!).
Ostatnio musiałam trochę więcej czasu spędzić w autobusie, bo objazd i remont ulicy. W końcu sięgnęłam po darmową lokalną gazetę. Sporo sensacji z miasta i okolic, sportowe newsy i wreszcie, powiedzmy, "towarzyskie". I czytam: "Do szczupłego rudzielca z ładną brodą. Codziennie jeździsz do pracy koło szóstej. Zawsze nosisz ładne koszule i dobre buty. Jesteś taki przystojny! I zawsze taki zaczytany! A ja najchętniej... zmierzwiłabym tę Twoją perfekcyjną fryzurę i zabrała Cię na kawę!". Właśnie, właśnie! Mierzwić grzeczne uczesania i chodzić na dobrą kawę. Taki sezonowy podryw :)




A co dzisiaj na ząb? Ostatnio zebrało mi się trochę na wspomnienia. Myślałam o kuchni moich Dziadków w wilkowickim domu. Dziś ta kuchnia wygląda inaczej, a Babcia z Dziadkiem mają inne widoki ze swojej kuchni. Wtedy za oknem rosła ładna leszczyna. A tuż pod oknem stał nieduży stół z jasnym blatem. Stół miał szufladę, w której Babcia trzymała papierowe torebki po cukrze i mące. Wkładała do nich kanapki dla Dziadka do pracy. Albo trzymała w nich grzanki do zupy. Jednym słowem już wtedy Babcia była eko :) Dobre rzeczy powstawały w tej kuchni z widokiem na las. Wiadomo, jedzonko Babci jest zawsze niczym serdeczny uścisk.
Jednym z hitów mojego dzieciństwa był tzw. podobiadek, czyli coś do schrupania między drugim śniadaniem a obiadem, kiedy obiad miał być naprawdę późno. Kanapeczki, jabłuszka, herbatka. O tak, u Babci zawsze jest słodko. Nawet jeśli ma się mhm.... kilka lat więcej. Lubię zupy i zawsze bardzo mi smakował babciny krupnik. Czegoś takiego potrzebowałam w tym tygodniu. Dobrego, treściwego posiłku. Smaku domu, ale już w mojej wersji.




Listopadowy krupnik Marty

1 kurczak (nieduży, 1.2 kg)
2 cebule, przekrojone na pół i opieczone nad gazowym płomieniem
6 ząbków czosnku, pokrojonych w grubsze platerki
4 średnie marchewki, pokrojone w półplasterki
2 korzenie pietruszki, pokrojone w kostkę
3-4 średnie ziemniaki, pokrojone w kostkę
100 g kaszy jęczmiennej
5 listków laurowych
kilka ziaren pieprzu
kilka ziaren ziela angielskiego
łyżeczka kuminu (nasion) lub kminku
łyżeczka suszonego majeranku
sól
pęczek natki pietruszki

Kurczaka dzielimy na części (użyłam wszystkich z wyjątkiem piersi). W większym garnku zalewamy mięso wodą i doprowadzamy do wrzenia. Zmniejszamy nieco płomień i gotujemy około 15 minut. Potem odcedzamy kurczaka, płuczemy go i dokładnie myjemy garnek. A później wkładamy do niego z powrotem mięso, dokładamy wszystkie pokrojone warzywa, kaszę i przyprawy (bez soli). Zalewamy całość wodą i doprowadzamy do wrzenia. Potem na malutkim ogniu pod przykryciem gotujemy około półtorej godziny. Ostrożnie wyjmujemy z garnka kawałki kurczaka i obieramy z niego mięso, które wkładamy z powrotem do zupy. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Dodajemy cały pęczek drobno posiekanej pietruszki. Zapraszamy zziębnięte duszyczki, które po pracowitym dniu wracają do domu. Osiem porcji jak nic.




czwartek, 26 października 2017

Trzydzieści sześć. Piękna sałatka. I sukienka!

Słyszałam jakiś czas temu, że trzydziestka to nowa dwudziestka ;) Ufff, co za ulga! Bo przyznaję, jako niewielka dziewczynka zupełnie inaczej wyobrażałam sobie siebie w statecznym (hi, hi) wieku trzydziestu sześciu lat.
Tymczasem dziś rano przy kawie stwierdziłam, że mimo iż nie mam dzieci ani domku z ogródkiem i wszystko się w ogóle toczy wbrew wszelkim schematom, to jednak jestem bardzo szczęśliwą istotą. Każdego dnia doświadczam mnóstwa maleńkich radości i spotykam ludzi, za których jestem wdzięczna. Wciąż się uczę, podążam dzielnie za swoją gwiazdą, zawsze w stronę słońca, zawsze z nadzieją i wiarą w dobre jutro. Jest tyle marzeń do spełnienia, a na mapie świata - tyle miejsc, które chciałabym zobaczyć. Tyle wszystkiego do dotknięcia, spróbowania, podziwiania. Tyle książek do przeczytania i muzyki do odkrycia!




Dziękuje wszystkim, którzy się dziś postarali, żebym miała cudny dzień! Dziękuję za dobre życzenia, za śliczne kartki i fantastyczne prezenty od serca. Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i za różę, która pachnie jak te z ogrodu mojej Babci. 
Jest jeszcze jedna rzecz, dzięki której mam dziś taki wyborny nastrój! Kiedy się obudziłam, zobaczyłam JĄ :) Piękną, czerwoną sukienkę. Wczoraj kupiłam. Czerwoną, jak sygnalizacja świetlna. Nie do przegapienia. W końcu trzydzieści sześć ma się tylko raz :)




Piękna jesienna sałatka z dynią, rukolą i kaszą

1 dynia (kilogram z kawałkiem, obrana i pokrojona w średnią kostkę)
200 g kaszy jęczmiennej perłowej
120 g rukoli
2 jabłka, pokrojone w grube plasterki
2 garści orzechów laskowych, uprażonych na suchej patelni, bez skórek, grubo posiekanych
2 garści pestek dyni
pestki granatu / suszona żurawina
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka kolendry
szczypta cynamonu
sól
oliwa z oliwek
ocet balsamiczny
miód

4-5 łyżek oliwy mieszamy z kuminem i kolendrą i solimy do smaku (to są moje ulubione przyprawy i bardzo pasują do dyni, ale zawsze możecie spróbować innego zestawu!). W misce mieszamy dyniowe kostki z doprawioną oliwą, tak, żeby się nią dobrze pokryły. Rozgrzewamy piekarnik do 200-220 stopni, i na blasze wyłożonej folią pieczemy dynię około pół godziny, żeby zmiękła i miała ładny złotawy kolor. Odstawiamy do ostudzenia, w razie potrzeby odkładamy na ręcznik papierowy do odsączenia. Kaszę gotujemy według przepisu na opakowaniu i studzimy, a potem mieszamy widelcem, żeby była sypka. W dużej misce mieszamy kaszę z rukolą i polewamy odrobiną oliwy. Dodajemy dynię, orzechy, ziarenka granatu/żurawinę i pestki dyni. Delikatnie mieszamy całość. A potem robimy sos, proporcje do smaku. Oliwę mieszamy z miodem i octem balsamicznym. Sałatkę skrapiamy sosem i rozkoszujemy się smakiem jesieni. Ta sałatka to sto procent dobroci! Jest pyszna i barokowo piękna! Tyle kolorów na talerzu :) Proporcje na 8-10 porcji.