-->

cover

wtorek, 22 czerwca 2021

Pochwalone niech będą ptaki... I książki. I letnie smakołyki!

Kilka dni temu kupiłam ostatni wiosenny bukiet, moje ukochane tulipany. A wczoraj zaczęło się lato i mimo, że kocham cięte kwiaty w domu, to najpiękniejsza będzie teraz kwiatowa obfitość na polach i łąkach, mnóstwo żywych kolorów i nieujarzmiona liściasta eksplozja... I ten jedyny w swoim rodzaju zapach rozgrzanej ziemi, czarnego bzu i dzikiej róży... Mam jesienną duszę i zawsze czekam na ostatni kwartał roku, ale wspomnienia letnich chwil pomagają czasami przetrwać, kiedy człowiek zbyt mocno zapadnie się w jesienne szarugi.
Niedawno udało nam się wyjechać na małe wakacje, lokalnie, kilka dni w Szkocji. Było cudnie i już "zapakowałam" sobie kilka wspomnień. Wędrowanie ścieżką na grzbiecie klifu, między błękitem morza i błękitem nieba. Sekretna nadmorska grota, kryjącą niezliczone ilości fantastycznych kamieni w najróżniejszych kolorach i oszlifowanych jak przez światowej klasy jubilera. Chwila na plaży, na której odznaczyły się jedynie ślady naszych stóp i najsłodsze na świecie truskawki, czyli raj na ziemi. Jest też jedna sztampowa wakacyjna migawka, czyli lody na przystani. Tak się jakoś składa, że lody gałkowe jem tylko na wyjazdach, więc są dla mnie synonimem wypoczynku, a tym razem - nie wiem, kto wymyślił niebiańską kombinację mango i chilli, ale znalazła się na topie mojej listy! Mam już zatem kilka słoiczków słonecznych wspomnień na czas słoty, a przecież lato dopiero się rozkręca... 

A propos słoiczków, pisałam kiedyś słoiku szczęścia , w którym miała wzrastać kolekcja małych, dobrych chwil, które przytrafiły nam się danego dnia i naszej wdzięczności za nie. Dawne to były czasy, mieszkałam pod innym niebem i słońce świeciło tam zdecydowanie łaskawiej niż w Szkocji ;) Dziś myślę, że jedną z najcenniejszych umiejętności jest odczuwanie wdzięczności za wszystko. Za to, co dobre, za to, co złe, za upał, za słotę, za nadmiar i za brak. Wciąż się tego uczę, ale mam wrażenie, że warto i że taka wdzięczność pomaga nam stać się bardziej obecnymi, uważnymi... Na myśl przychodzą mi tu fragmenty wiersza jednego z moich ulubieńców, niesfornego Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

Pochwalone niech będą ptaki 
i słońce, co im nóżki złoci,
pochwalona chwila odwagi
i zwątpienie w labiryntach samotności. 

Pochwalone także pyszne zdrowie
i choroba, co uczy pokory,
i jednako mucha i człowiek,
i jednako sady i ugory.

O, pochwalony każdy ból stokrotnie
i każdy cios, byle męski - 
i te pelargonie na wysokim balkonie, 
do których zawsze będziesz tęsknił.

Pochwalone: grzesznik i święty,
i serce ludzkie jak morze odkryte.
A nade wszystko okręty
Rzeczypospolitej*.

(*bo skądże poeta mógł wiedzieć, jak będzie wyglądała niezwyciężona armada RP w 2021...?) 




Chciałam też wspomnieć o książkach, choć u mnie od jakiegoś czasu panuje totalny chaos czytelniczy, i czytam pięć książek w tym samym czasie, potem o którejś zapominam, zamawiam kolejne... Już w ubiegłym roku chciałam Wam polecić książkę Marcina Kąckiego "Oświęcim. Czarna zima." Teraz zmotywowała mnie dodatkowo nominacja tej pozycji do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Kiedy ktoś wspomni o Oświęcimiu, nasze myśli biegną w kierunku tragicznej przestrzeni obozu koncentracyjnego. Auschwitz pozostawi tutaj wieczne piętno, ranę, która nigdy się nie zagoi. Jednak z reguły nie zastanawiamy się, kim byli mieszkańcy Oświęcimia przed wojną. Niewielu z nas zapewne zna historię pogromu Romów w 1981 roku. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak czas Auschwitz wpłynął na obecne życie miasta i z jakimi problemami borykają się dzisiaj mieszkańcy. Dowiedziałam się z tej książki naprawdę sporo, bardzo mi również odpowiada styl autora, który zwyczajnie pytał mieszkańców, jak się tutaj żyje. Próbuje również odkryć przyczynę tytułowej oświęcimskiej czarnej zimy.  To nie jest (według mnie) lekka lektura, zebrała też różne recenzje (kwestie polsko-żydowskie zawsze pozostaną niezwykle delikatną materią), ale uważam, że naprawdę warto tę książkę przeczytać. I ocenić z własnej perspektywy. A na mojej półce czekają już kolejne książki Marcina Kąckiego - reportaże o Poznaniu i Białymstoku. 

Kolejną pozycją, którą chciałam polecić jest "Pieśń Ziemi. Rdzenna mądrość, wiedza naukowa i lekcje płynące z natury" autorstwa Robin Wall Kimmerer. Członkini plemienia Potawatomi i profesorka botaniki napisała książkę porównywaną do "Biegnącej z wilkami" Clarissy Pinkoli Estes. Książkę, która mówi o tym, że wszyscy i wszystko na naszej planecie jest ze sobą połączone. I że jedynym sposobem, aby tę planetę uratować przed zagładą jest rozbudzenie w nas wrażliwości, czułości i zrozumienia, dla wszystkiego, co nas otacza. 
Książkę otwiera opowieść o Skywoman, przybyszce z niebios, która stworzyła ląd i zasadziła nasiona, które ze sobą przyniosła. Pomagały jej zwierzęta, a Ziemia powstała w wyniku współdziałania człowieka i przyrody. "Po jednej stronie świata żyli ludzie, których związek z naturą ukształtowała Skywoman - ta, która stworzyła bujny ogród dla dobra wszystkich istot. Po drugiej stronie świata możemy spotkać inną kobietę, ogród i drzewo. Ta za spróbowanie rosnącego na nim owocu została wygnana z raju (...). Matka rodzaju ludzkiego musiała się błąkać po pustkowiu i w pocie czoła zdobywać pożywienie zamiast zrywać słodkie, soczyste owoce z uginających się pod ich ciężarem gałęzi. By mogła zaspokoić głód, kazano jej czynić sobie poddaną ziemię, na którą ją wygnano. (...) Zarówno historie stworzenia, jak i kosmologie są wszędzie źródłem tożsamości i orientacji w świecie. (...) Kształtują nas, nawet jeśli nie mamy tego świadomości. Jedna opowieść kieruje nas wprost w łaskawe objęcia natury, druga wiedzie na wygnanie. Jedna kobieta jest pradawną założycielką ogrodu, współtwórczynią przyjaznego zielonego świata, który stał się domem dla jej potomków. Druga jest banitką, tułaczką, która wędruje przez nieprzyjazny świat, zmierzając do prawdziwego domu w niebie." "Pieśń Ziemi..." to piękna książka, w sam raz na leniwe gorące poranki/popołudnia/wieczory. Wzrusza zarówno potomków Ewy jak i potomków Skywoman. Skłania do przemyśleń, rozbudza chęć bycia bliżej z naturą i budowania z nią relacji opartej na szacunku i trosce o planetę, której jesteśmy częścią. 




A jeśli chodzi o letnie kulinarne przyjemności? Na upały najlepszy będzie chłodnik w nieco innej wersji niż tradycyjna... Jest też cała bateria pysznych deserów dla ochłody: mrożony jogurt malinowy , lody truskawkowe oraz granita latte albo brzoskwiniowo-grejpfrutowa.
Naszym ostatnim skleconym naprędce deserem łasucha był przekładaniec - kilka połamanych ciastek digestive, żółtka utarte z cukrem do białości i wymieszane z mascarpone, duuuża ilość malin i truskawek pokrojonych na mniejsze kawałki. Poukładane warstwowo, idea tiramisu, kolejność dowolna. Kilka godzin w lodówce i.. jedziemy windą do nieba lądując przyjemnie w malinowo-truskawkowym chruśniaku.
Na tapecie są oczywiście młode ziemniaki, najczęściej jako najprostsza sałatka, z majonezem, odrobiną musztardy i dużą ilością posiekanej dymki i koperku. Młode ziemniaki możemy też upiec i podać tak, albo zrobić michę pysznej sałatki. Ulubiona kanapka sezonu to ta z hummusem, pomidorem malinowym, ogórkiem i plasterkami czerwonej cebuli. 




Dziś przepisy na bardzo proste przysmaki, akurat na popołudniową przekąskę. Ciecierzycowe placuszki/pankejki wynalazłam u Malin. Malin jest przesympatyczną szwedzką blogerką, weganką, która ze swoim partnerem Robem mieszka w Malmo. Bardzo lubię jej bloga, ale odkryłam ją na Youtube i często oglądam vlogi, które przygotowują wspólnie z Robem. Malin jest bardzo pozytywną osobą, przepisy, którymi się dzieli są proste i inspirują do sezonowego jedzenia, a filmiki spod znaku Good Eatings bardzo przyjemnie się ogląda. Zawsze piękne zdjęcia i dobra muzyka. Oprócz przepisów znajdziemy też u Malin relacje z miejsc, które z Robem odwiedzili, trochę filmików spod znaku life style i "what I eat in a day", czyli propozycje jednodniowego wegańskiego menu. 
A do pankejków bardzo proste dodatki - fasolka szparagowa z sosem z sezamowej pasty tahini (mieszkając w Egipcie zwariowałam na jej punkcie i teraz zawsze mam ją w kuchni) i sałatka z grillowanej papryki w marokańskim stylu, z odrobiną kuminu. 
 



Placuszki ciecierzycowe z kukurydzą 

1 szklanka mąki z ciecierzycy
3/4 szklanki wody
1 łyżeczka sody
1/2 łyżeczki wędzonej papryki
1/2 łyżeczki granulowanego czosnku
1/2 łyżeczki oregano
1-1 i 1/2 szklanki kukurydzy (z puszki albo rozmrożonej)
1 nieduża czerwona cebula, pokrojona w cienkie półplasterki

Zaczynamy od zmieszania w misce wszystkich suchych składników. Wlewamy wodę i mieszamy do uzyskania gładkiej masy. Dodajemy kukurydzę i cebulę, mieszamy do połączenia. 
Na średnim ogniu rozgrzewamy patelnię, na niedużej ilości oleju smażymy placuszki na złoto 2-4 minuty z każdej strony. Z naszych domowych testów wynika, że najlepiej smakują na ciepło.




Fasolka szparagowa z sosem z pasty tahini


Fasolkę gotujemy kilka minut we wrzącej wodzie, ważne, żeby jej nie rozgotować. Po ugotowaniu przelewamy ją szybko zimną wodą, żeby zachować ładny kolor i odcedzamy.
Kilka łyżek pasty tahini mieszamy z wodą, do uzyskania pożądanej konsystencji. Dodajemy rozgnieciony ząbek czosnku, sok z cytryny lub ocet i sól do smaku. Dodajemy również odrobinę kuminu i jeśli lubimy, szczyptę mielonej papryki chilli. Taki sos będzie również świetnym dodatkiem do warzyw z grilla. 


Marokańska sałatka z grillowanej papryki z kuminem


4 czerwone i 4 żółte papryki
2 duże pomidory
2 zmiażdżone ząbki czosnku
sok z cytryny
oliwa
sól i pieprz
kumin

Papryki na blasze wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni, najlepiej z opcją górnej grzałki. Pieczemy, aż ich skórka zrobi się czarna (trzeba je będzie w trakcie obrócić). Potem wkładamy papryki do garnka i przykrywamy szczelnie, a kiedy ostygną, obieramy je ze skórki i kroimy w paski. Pomidory parzymy, obieramy ze skórki i pozbywamy się pestek. Kroimy pomidory na nieduże kawałki. Później w misce łączymy paprykę z pomidorami, dodajemy do smaku sól, pieprz i szczyptę lub dwie kuminu, a całość skrapiamy oliwą i sokiem z cytryny i delikatnie mieszamy. Przed podaniem możemy sałatkę posypać odrobiną posiekanej kolendry. 



sobota, 2 stycznia 2021

Szczęśliwego Nowego Roku :)

I przyszedł Nowy... Uśmiechnął się błękitnym niebem i polukrował moją ogródkową mini Prowansję. Uszczypnął w nos na dzień dobry i zaprosił na piękny spacer. Mały noworoczny toast słynną wiśniówką Taty wznieśliśmy z widokiem na przystań, smakując trunek i rześkie popołudnie. Tyle niepokoju dokoła i tak wiele znaków zapytania wciąż w powietrzu, a jednak przepełniała mnie po prostu wdzięczność i nadzieja na szczęśliwe dni.
Mamy, jak zawsze, swoje marzenia i plany, ale również frasunki, szczególnie po ostatnich miesiącach, wypełnionych troską o najbliższych, którzy są daleko, odwoływaniem tego, co od dawna było zaplanowane i na co tak bardzo się cieszyliśmy i niepewności, co przyniesie kolejny dzień.
Mimo wszystko ten Nowy Rok to za każdym razem krajobraz pełen nadziei, to 365 dni, z których każdy jest nową szansą. To 365 poranków, kiedy trzeba się uśmiechnąć do swojego odbicia w lustrze, zaparzyć kawę, a potem iść po swoje... To stos czystych kartek, na których zamierzam pisać turkusowym atramentem i grubym czerwonym mazakiem. 
Będą codzienne radości, małe święta i ta nasza szara rzeczywistość. Będą płatki śniegu, co łaskoczą w nos, potem przebiśniegi, i radość Wielkanocy. Później tulipany, piękne dni lipca, kolorowy świat jesieni i znów zatoczymy koło, wyjmując z pudełek ulubione ozdoby choinkowe.
Niech to będzie dla nas dobry rok. Niech otaczają nas życzliwi i serdeczni ludzie. I my bądźmy takimi ludźmi dla innych. 








W mojej rodzinie mówi się, że "jaki Nowy Rok, taki cały rok" i staramy się, żeby ten pierwszy dzień Nowego Roku miał pewną jakość. Lubimy zacząć od dobrego śniadania, dlatego w sylwestrowy wieczór, między kolejnymi partyjkami gry w kości, tuż przed północą wylądowała w piekarniku chałka. 




Tym sposobem mogliśmy się porządnie wyspać po zarwanej nocy, a później zaparzyć kawę i pokroić chałkę na rozkoszne grube kromki. Niby nic, ale takie śniadanie ma moc :) Do chałki potrzebuję tylko masła i miodu spadziowego, albo konfitury śliwkowej. Jednak noworoczne śniadanie zasługuje na coś ekstra, była więc wspaniała kanapka z awokado, wędzonym łososiem, jajkiem i sosem chilli. Jedyna w swoim rodzaju, zupełnie jak każdy nowy początek. Tak mi się też skojarzyła ta chałka noworocznie, można ją wykorzystać do świetnych kanapek, na słodko, na słono, można się nią dzielić i cieszyć, a można również zapomnieć i pozwolić jej smętnie obeschnąć w kuchennym kącie. Co zrobicie z Waszą chałką i Waszym Nowym Rokiem...?





Chałka nasza ulubiona  (na podstawie przepisu Liski stąd )

30 g świeżych drożdży albo 3 łyżeczki drożdży instant
350 g mleka, leciutko podgrzanego
60 g drobnego cukru
80 g masła, roztopionego i ostudzonego
550 g mąki 
1 płaska łyżeczka soli
1 jajko
do posypania: sezam, kruszonka, mak

Do mleka dodajemy drożdże i cukier, mieszamy i odstawiamy, aż drożdże "ruszą". Trwa to zwykle 15-30 min. Do miski z mąką i solą wlewamy roztopione masło i drożdżową mieszankę i zaczynamy wyrabiać ciasto. Staramy się nie dosypywać już mąki, dobrym sposobem na klejące ciasto jest delikatne posmarowanie dłoni olejem lub oliwą (piszę o tym tu , polecam zajrzeć, jeśli zaczynacie przygodę z drożdżowym). 
Kiedy mamy już gładkie, odchodzące od ręki ciasto, formujemy kulę i odkładamy je do miski delikatnie nasmarowanej masłem lub olejem, na godzinę lub dłużej, tak, aby ciasto podwoiło objętość. Gdy ciasto urośnie, wyjmujemy je z miski, "odgazowujemy" (to jeden z moich ulubionych momentów, ciasto wtedy dramatycznie się zmniejsza) i w zależności od tego, czy chcemy upiec jedną naprawdę dużą chałkę (to moja opcja) czy dwie mniejsze, dzielimy ciasto na pół. Kolejny krok to podzielenie ciasta na trzy części, rolowanie trzech wałków i zaplecenie warkocza (wybieram najprostszą wersję, ale na YouTube znajdziecie mnóstwo wskazówek, jak zaplatać chałkę z 4 czy nawet 6 pasm). Pamiętamy, że ciasto musi być zaplecione dosyć luźno. Zaplecioną chałkę odkładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (ja jeszcze delikatnie posypuję go mąką) i odstawiamy do ponownego wyrośnięcia. Liska radzi przykrycie chałki wilgotną ściereczką, ale rezygnuję z tego, bo chałki, które przykrywałam, wychodziły dziwnie płaskie. 
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni, w miseczce lekko ubijamy jajko i smarujemy nim chałkę (można dodać łyżkę wody). Posypujemy czymś, co akurat mamy pod ręką :) Pieczemy około 30 minut, aż chałka będzie złota. 








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...