-->

cover

środa, 25 grudnia 2024

Turn on the lights!

Był piękny, rześki grudniowy poranek. Słońce powoli zbierało się do roboty, a ogródek skrzył pozostałością nocnego przymrozku. Cudownie! - pomyślała korpulentna czterdziesto(kilku)latka, stojąc przy oknie i dopijając resztkę aromatycznej świątecznej kawy. To był doskonały moment na dekorowanie drzewa. Kupiła na tę okoliczność nowy komplet światełek. 1000 lampek! Jej mąż tylko przewrócił oczami, traktując ją jak szalonego elfa z amerykańskiego filmu...
Założyła zieloną czapkę (ponoć w kolorze sygnalizacji świetlnej - tak ją niedawno skomentował jakiś maruda na przejściu dla pieszych), grube wełniane skarpety, rękawiczki i wielki szal. Chłodne powietrze maleńkimi igiełkami zaróżowiło jej policzki. Z domku gospodarczego przyniosła (przywlekła!) drabinę. Zadowolona, zaczęła rozpakowywać nowe światełka rozkładając je na szklącej się srebrem trawie. A potem (każdemu jego Everest!) wdrapała się na drabinę, żeby zacząć dekorować od czubka drzewa. Drabina nieco się chwiała, ale dzielna niewiasta powiesiła lampki najwyżej, jak tylko mogła i rozmieszczała je potem (w miarę) równomiernie na gałęziach ogrodowej jabłonki. 
Drzwi budynku otworzyły się nieco i pojawiła się w nich siwa głowa sąsiadki. Jesteś tu już dobrą chwilę! - powiedziała. Może przyjdziesz na herbatę i trochę się ogrzejesz? Dziękuję! - odpowiedziała jej z drzewa nasza bohaterka. Jeśli teraz wrócę do domu, nie będę już chciała wychodzić na ten ziąb! Skończę wieszać lampki, a potem napiję się czegoś ciepłego. Ledwo zamknęły się drzwi za przyjazną sąsiadką, a nad siedzącą na czubku drabiny naszą bohaterką przeleciała ogromna mewa. PLUMP!!! Usłyszała. I... poczuła. Nie było wyjścia - musiała wrócić do domu i porządnie wyprać zieloną elfopodobną czapkę. 
Zauważyła potem, że kilka gałęzi wciąż nie jest udekorowanych, więc wyjęła kolejny zestaw światełek (tym razem jedynie 500...) i ponownie wspięła się na drabinę. Nauczona poprzednim doświadczeniem, zaczęła teraz przywiązywać światełka do gałęzi, żeby nie zdmuchnął ich wiatr. Drabina znów się zachwiała, tym razem mocniej, i... W mgnieniu oka nasza bohaterka (najokazalszą częścią swojego ciała...) wylądowała w jednej z warzywnych skrzynek jej męża. Dokładnie rzecz ujmując, wśród porów. Przyjemny, cebulkopodobny aromat zaczął się unosić wokół niej. Sprawczyni zamieszania nie bardzo się mogła z warzywnika wydostać. Śmiała się do rozpuku, myśląc, że przypomina teraz przewróconego na plecy nieporadnego żuczka. I że z pewnością da się stworzyć jakieś interesujące danie w stylu "z-gniecione pory". Wieczorową porą, w niedużym ogródku przy ulicy, jabłonka rozbłysła niczym magiczne drzewo z baśniowej opowieści.

Morał...? W każdym z nas jest coś z elfa. Mamy w sobie mnóstwo radości, czasami głęboko ukrytej. Mamy swoje wielkie ambicje i plany, ale też każdy z nas jest na swój sposób śmieszny, mały, felerny. Mimo to każdy, ale to każdy z nas może zapalić światełka, czy to na drzewie, czy w czyimś sercu, czy na oknie. Dlatego szukajmy radości, zawsze podążajmy za światłem i nieśmy je innym. Najpiękniejszych świąt Bożego Narodzenia!


niedziela, 23 stycznia 2022

Najlepszego Nowego!

Wspominałam już kilka razy o zmianie, która wydaje się być jedynym stałym elementem naszego życia. W pewnym stopniu już do tego przywykłam, ale jednak nie do końca. A covidowa rzeczywistość uświadomiła mi, jak bardzo zawsze chciałam się trzymać jakiegoś planu, wiedzieć, co będę robić za 3 miesiące, czy też dokąd moglibyśmy polecieć za pół roku. Tymczasem klops, nie wiadomo, co wydarzy się za dwa tygodnie. I chyba są jedynie dwa wyjścia z tej sytuacji. Można się denerwować i tupać nóżką, albo próbować jakoś się dopasować do dzisiejszych realiów. Wybrałam drugi wariant, ale uczciwie przyznaję, że nie odbyło się to bezboleśnie i wciąż jeszcze zdarzają mi się mniejsze lub większe frustracje powodowane obecną sytuacją. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzą naprawdę istotne sprawy.




Kiedy w grudniu odlatywał samolot do Krakowa, ten, do którego od dawna z niecierpliwością odliczałam dni, poszliśmy poszukać choinki. W domu nie było zbyt wielu świątecznych akcentów, bo przecież święta miały być w Polsce, ale tuż przed Wigilią udało nam się udekorować mieszkanie. A choinka, mimo że nieplanowana, była najpiękniejszym drzewkiem na świecie. Symetryczna i gęsta, z ozdobami, z których właściwie każda ma już swoją małą historię. Ubraliśmy nasze drzewko we wspomnienia (ozdobami, które kupiłam na moje pierwsze święta w Szkocji i wstążkami z mojego marcowego ślubnego bukietu) i dobre życzenia (ceramicznymi cudami, które zrobiła dla nas moja Mama). Na choince znalazło się również kilka mocno koślawych szmacianych gwiazdek, które uszyłam w trakcie pierwszego lockdownu (JA i szycie...!!!) i stadko drewnianych malowanych ptaszków. Byliśmy bardzo dumni z naszego drzewka, które okazało się również cudownym przedmiotem kontemplacji... 




Miniony rok był dla mnie trudny. Czekałam bardzo na grudniowe spotkanie z rodziną i odrobinę zasłużonych wakacji. Tymczasem zostaliśmy w Szkocji, a mnie dopadło paskudne przeziębienie i okres świąteczno - noworoczny spędziłam na sofie, pod kocem. Parzyłam niezliczone dzbanki zimowej herbaty (grube plastry pomarańczy i cytryny, imbir, goździki, czarna herbata i miód), i słuchając ulubionej muzyki patrzyłam na rozświetloną choinkę. Zaaranżowałam sobie miejsce mocy, z dużą ilością świec, źródło spokoju i dobrej energii. Odłączyłam się na dłuższą chwilę od internetów, wyłączyłam telefon i odetchnęłam.




A potem przyszedł styczeń, nowy rok, nowy kalendarz, i nowe... plany? Póki co plany są jedynie na marzec i choć mam nadzieję, że tym razem się uda, to jak śpiewał Kuba Sienkiewicz "poczekam i popatrzę, nie cofnę kijem Wisły"... A w kwestii sławetnych noworocznych postanowień, cóż... Nie jestem wzorem konsekwencji, niestety... W tym roku postanowiłam trochę zmienić podejście do całego tematu postanowień. Trafiłam na słowa, które bardzo do mnie trafiły (Kent Nerburn, oryginalny tekst w języku angielskim, znaleziony w sieci, moje wolne tłumaczenie):
"W tym miesiącu ciemności, staraj się patrzeć uważnie. Przyjrzyj się wnętrzu Twoich dłoni, temu, za czym podążają Twoje palce. Dotykaj krawędzi starych naczyń. Zanurz się w ceremoniach codzienności. Nie skupiaj się na dużych problemach. W styczniu potrzebujemy rytuału, a nie filozofii." Jednym słowem - dajmy sobie czas i przyjrzyjmy się swoim wnętrzom, swoim potrzebom i tęsknotom, zanim pozwolimy sobie na rozpęd. 
Spodobało mi się również, że niektórzy zamiast tworzyć listę postanowień, wybierają słowa - klucze na nowy rok, do przemyślenia i wcielenia w życie. I ja wybrałam takie słowa dla siebie. Pierwsze to "oddycham" a drugie - "równowaga". Rozpoczęłam również ćwiczenia praktyczne z zakresu wytyczania granic i wsłuchiwania się w podszepty duszy, często zagłuszane przez skrzeczącą rzeczywistość, ale chyba jeszcze częściej przez nasze własne głęboko zakorzenione schematy myślowe.
Najlepszego Nowego Roku, Kochani :)




Dzisiaj dzielę się z Wami trzema przepisami, które są na żelaznej liście moich emigracyjnych Wigilii. Znajome smaki, odrobina znanych tradycji i tworzenie własnych - o to chyba chodzi, nie tylko w święta, ale w również życiu :)  Wprawdzie okazja do testowania świątecznych przepisów dopiero końcem roku, ale dobry śledzik zawsze w cenie, a pieczone pierogi i pasztet soczewicowy sprawdzą się na karnawałowych spotkaniach - do barszczyku jak znalazł!

Kiedy jestem w Bielsku, odwiedzam niegdysiejszy sklep Społem w centrum, kupuję kilka rodzajów śledzi i wyruszam w odwiedziny do Dziadka Wieśka, który kocha śledzie jak ja. Śledziki z poniższego przepisu okazały się objawieniem :) I miałam zamiar je sporządzić dla Dziadka na święta. Następnym razem...


Śledzie po kaszubsku  (przepis Asi z Kwestii Smaku)

600 g matjasów, wymoczonych i osuszonych
3 łyżki octu 10%
2 cebule, pokrojone w półplasterki
olej
7 suszonych śliwek, drobno posiekanych
2 średnie ogórki kiszone, posiekane w kosteczkę
pieprz 
1 łyżka majeranku
1 liść laurowy
2 ziarenka ziela angielskiego
200 g koncentratu pomidorowego
3 łyżki pikantnego ketchupu

Osuszone matjasy kroimy na kawałki, wkładamy do niedużej miski, skrapiamy octem, mieszamy i odstawiamy na godzinę lub nieco dłużej.
Cebulę szklimy na 2-3 łyżkach oleju, a potem dodajemy majeranek, listek laurowy i ziele angielskie i smażymy jeszcze 2-3 minuty. Dodajemy śliwki, a po chwili ogórki, koncentrat i ketchup. Smażymy jeszcze chwilę, dodajemy 4 łyżki oleju, doprawiamy do smaku pieprzem, ewentualnie odrobiną soli i odstawiamy do ostygnięcia. 
Mieszamy śledzie z sosem i wkładamy do słoików. Z podanych proporcji wychodzą dwa średnie słoiki. Najlepiej przygotować te śledzie 2-3 dni przed podaniem i pozwolić im posiedzieć w lodówce. Są wspaniałe!




Pieczone pierogi (ciasto wg przepisu niezrównanej Liski z White Plate) są rewelacyjne. Nie tylko wspaniale się prezentują na stole, ale również smakują wyśmienicie. Na moją pierwszą szkocką Wigilię przygotowałam je z przepisu Liski, z nadzieniem z ziemniaków i fety. Eksperymentowałam potem z soczewicą, pieczonymi warzywami i chorizo, i za każdym razem to był sztos! Dwa lata temu "poszłam w klasykę" i przygotowałam te pierogi z kapustą i grzybami. Są przepyszne, a mój mąż uwielbia je w duecie z kubkiem gorącego barszczu.


Pieczone pierogi z kapustą i grzybami


Farsz:
900 g kiszonej kapusty (waga po odsączeniu)
150 g suszonych grzybów (lub więcej, im więcej tym lepiej)
2 cebule, posiekane w drobną kostkę
sól, pieprz, granulowany czosnek
olej

Ciasto:
400 g mąki
200 g zimnego masła
2 łyżki śmietany (używam 18%)
1/2 łyżeczki soli
1 jajko
 
Do posmarowania pierogów przed pieczeniem: 1 rozkłócone jajko + 2 łyżki śmietany (opcjonalnie)

Farsz najlepiej przygotować sobie wcześniej. Opłukane grzyby zalewamy na noc wodą, a potem w tej samej wodzie gotujemy do miękkości. Odsączamy (nie wylewamy wody!) i drobno siekamy.
Kapustę odsączoną z soku zalewamy wodą z gotowania grzybów, tak aby ją tylko przykryć (możemy dolać odrobinę świeżej wody, jeśli jest jej za mało). Gotujemy do miękkości, odsączamy porządnie i siekamy drobno. 
Na niedużej ilości oleju smażymy cebulę do miękkości. Dodajemy grzyby i podsmażamy jeszcze chwilę. Dodajemy kapustę, podsmażamy chwilę całość i doprawiamy do smaku solą, pieprzem i czosnkiem. Najlepiej, aby farsz był wyrazisty. Jeśli wydaje się suchy, dodajemy odrobinę oleju. Odstawiamy do wystygnięcia. 
Aby przygotować ciasto, siekamy mąkę z masłem, następnie dodajemy pozostałe składniki i jak najszybciej formujemy z ciasta gładką kulę, którą owijamy folią i wkładamy do lodówki na 30 min - 1h. 
Następnie rozwałkowujemy ciasto na około 3 mm, wycinamy kółka (około 12 cm) i nadziewamy farszem formując pierogi. Staram się nakładać dwie szczodre łyżeczki farszu do każdego pieroga i jak najbardziej rozciągnąć ciasto - bardzo łatwo z nim pracować. 
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni, a blachę wykładamy papierem do pieczenia. Można jeszcze delikatnie go oprószyć mąką. Pierogi na blasze smarujemy jajkiem ze śmietaną i posypujemy np. kminkiem. Ja bardzo lubię czarnuszkę, polecam, jeśli macie pod ręką. Pieczemy je 30 - 40 min. Można je jeść tuż po wystudzeniu, można też na zimno. Przechowujemy je w szczelnym pudełku. Z podanych proporcji wychodzi około 18 pierogów.




Ostatni przepis, którego już nie zdążyłam sfotografować, to soczewicowy pasztet Marty Dymek z Jadłonomii. Marta przekonała mnie do wegańskich pasztetów, był już u Hipopotama pasztet pieczarkowy jej autorstwa. Pasztet z soczewicy ma grzybową nutkę, a dodatek suszonych śliwek przydaje mu świątecznego wyglądu. Będzie pyszny z tradycyjną sałatką jarzynową, z domowym chlebem i naturalnie jako dodatek do barszczu. 


Pasztet soczewicowy ze śliwką


200 g soczewicy zielonej lub brązowej - gotujemy do miękkości
100 g kaszy jaglanej - gotujemy do miękkości
2 cebule, pokrojone w kostkę
2 liście laurowe
3 ziarenka ziela angielskiego
3 goździki
1 ziarno jałowca
olej
do masy:
2-3 łyżki sosu sojowego
3/4 łyżeczki majeranku
1/2 łyżeczki cząbru
szczypta gałki muszkatołowej
sól, pieprz
10 suszonych śliwek

Na niedużej ilości oleju smażymy do miękkości cebulę z liściem laurowym, zielem angielskim, goździkiem i jałowcem. Kiedy usmażona, wyjmujemy przyprawy.
Wszystkie składniki mieszamy w misce i blendujemy na gładką masę, doprawiając do smaku. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Niedużą keksówkę smarujemy delikatnie olejem i obsypujemy bułką tartą. Przekładamy do niej 2/3 masy, następnie przez środek delikatnie układamy rządek śliwek i wykładamy na nie resztę masy. Pieczemy 40 - 45 minut, lub nieco dłużej, aż pasztet będzie złoty. Studzimy w foremce. 







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...