-->

cover

wtorek, 15 listopada 2016

Dawno temu w Maroku... ;)

Facebook... Wszechobecne "social media", a w rezultacie ludzie, którzy w kafejkach zamiast rozmawiać ze sobą, siedzą ze wzrokiem wlepionym w ekraniki. Albo przyklejeni do telefonów. Swoją drogą, pewna sympatyczna pani, która często bywa we Włoszech opowiadała mi, że Włosi mają nową grę - w restauracji wszyscy odkładają telefony do koszyka, który potem stoi na stole. Właściciel telefonu, który zadzwoni jako pierwszy, płaci za wszystkich biesiadników :)  Dobre!
Wracając do "fejsa", jest on niewątpliwie w jakimś stopniu targowiskiem próżności i pożeraczem czasu, potrafi również rujnować relacje międzyludzkie, ale ja tam go lubię... Po pierwsze dlatego, że jest mnóstwo ludzi, z którymi bardzo chętnie często umawiałabym się na kawę, ale niestety, jesteśmy bardzo daleko od siebie. Dzięki Facebookowi możemy jednak regularnie rozmawiać i podziwiać miejsca, do których docieramy, dzieciaki, które nam się rodzą i dzielić się różnymi innymi rzeczami, które z jakichś powodów są dla nas istotne. Poza tym, jak wiadomo, wszyscy ludzie wszystko wiedzą. Łatwo jest na Facebooku znaleźć grupy zrzeszające ludzi, którzy mają podobne zainteresowania, można "rzucić hasło w przestrzeń", kiedy potrzebujemy czegoś się dowiedzieć i nieważne, czy to na temat psiej karmy czy dobrego fryzjera w mieście, ktoś zawsze podpowie, poradzi. Owszem, nie brakuje w tej przestrzeni hejtu i trollingu, ale dla mnie Facebook ma wciąż więcej zalet niż wad. Mogę się dzielić moją blogową twórczością i zdjęciami, ale przede wszystkim, poznałam sympatycznych, wartościowych ludzi (kocham Was, grupo Owczarek Niemiecki !!!), a niektórzy z nich stali się moimi dobrymi znajomymi, a nawet przyjaciółmi w tzw. realu i wiem, że mogę na nich liczyć...






Dzisiejszy poranek był wietrzny i mglisty, a tymczasem Facebook przypomniał mi, że sześć lat temu, o tej porze, byłam w moim ukochanym Maroku, z wizytą u mojej przyjaciółki Naimy. Miałam kilka wolnych dni, wynajęłam samochód i pojechałam z Agadiru do Ouarzazate. Miałam (no bo jak inaczej?) różne ciekawe przygody ;) Podróżowałam sama, więc postanowiłam, że będę zabierać autostopowiczów. Nietrudno odgadnąć, że przez większość drogi towarzyszyli mi panowie, bo w muzułmańskim kraju porządne dziewczyny nie będą przecież stały samotnie na poboczu...
Mój pierwszy pasażer miał mnóstwo tobołków, bo wracał do domu z targowymi sprawunkami... Zbliżało się właśnie święto Aid Al Adha, więc trzeba było przygotować różne potrawy dla gości, na których czekała jego rodzina. Kiedy dotarliśmy do jego wioski Driss, bo tak miał ten pan na imię, zaprosił mnie do swojego domu na obiad. Śpieszyłam się i musiałam odmówić, choć znam marokańską gościnność i żałowałam, że nie mogę zjeść z jego rodziną. Dostałam więc na do widzenia kartkę z adresem i numerem telefonu i musiałam obiecać, że kiedyś jeszcze się pojawię, insh'allah, czyli, jak Bóg da...
Mój kolejny towarzysz był starszym, uroczym panem w tradycyjnej djellabie. Wracał z meczetu. Przez całą drogę niewiele się odzywał, w pewnym momencie tylko zapytał, czy nie mogę go wysadzić wcześniej, na co ja sie obruszyłam i powiedziałam, że skoro obiecałam, że go dowiozę do wioski, to zamierzam dotrzymać słowa... Po chwili, patrząc na niego, zorientowałam się, czemu był taki cichutki ;) On po prostu... był przerażony moim stylem jazdy i modlił się, niewątpliwie o ocalenie :) :) :)
Już zbliżałam się do celu mojej podróży, kiedy na horyzoncie pojawił się ostatni autostopowicz... Wyglądał, jakby był w drodze od kilku dobrych dni, ale niczego ze sobą nie miał... Kiedy tylko wsiadł, zaczęliśmy rozmawiać. Skarżył się, że wraca z północy, gdzie odbierał jakieś pieniądze z fabryki, w której kiedyś pracował. Niestety, w drodze powrotnej usnął w Marakeszu (wszyscy wiedzą, jakie to podłe miasto pełne oszustów i złodziei :).....) i został okradziony, więc wraca do domu z ciężkim sercem, bo stracił wszystkie pieniądze, a tu święto, trzeba barana nabyć i ukatrupić i mnóstwo innych rzeczy obstalować, wiadomo... A w domu czwórka dzieci czeka na tatę... Żal mi się zrobiło biedaka, jego wioska nie była mi do końca po drodze, więc zatrzymałam się w miejscu, z którego mógł pojechać autobusem, kupiłam mu bilet, jakieś jedzenie i zostawiłam jeszcze trochę drobnych. Nieszczęsny, wyraźnie wzruszony, zapewniał mnie, że będzie się za mnie modlił po wieczne czasy ;)




Potem był już Ouarzazate i spotkanie z Naimą, posiłek z jej rodziną, herbatka miętowa i cudowna marokańska gościnność. Były naturalnie daktyle, specjalne, z rodzinnej oazy, których pudełko dostałam, kiedy opuszczałam ich życzliwy dom (w Agadirze się okazało, że były to daktyle wyjątkowe, o które trudno i do tego sporo kosztują...). Moja marokańska siostra pokazała mi mnóstwo fantastycznych miejsc, przegadałyśmy mnóstwo czasu, spacerowałyśmy, robiłyśmy zdjęcia. A w drodze z Tinghir do Ouarzazate najpierw zobaczyłyśmy Jego Wysokość Mohameda VI, który sam (jak zwykle) prowadził swojego jeepa, a potem, pod wieczór, nie mając o tym pojęcia, podziwiałyśmy superksiężyc, tak ogromny, jak ten wczorajszy. Z wrażenia zatrzymałyśmy samochód, bo oto księżyc wyłaniał się przed nami zza horyzontu jak ogromna planeta na wyciągnięcie ręki. Był to niesamowity obraz, jak z filmów fantasy!




Korzystając z okazji chciałam jeszcze odwiedzić studio filmowe, w którym m.in. powstał jeden z moich ulubionych filmów "Królestwo Niebieskie". Niesamowite przeżycie, tak się nagle znaleźć w obrazie znanym z filmu. Tu znajoma studnia, tam samotna palma, tędy jechali templariusze, tutaj odbywał się pojedynek... No i zamek Reginalda z Chatillon !!! Byłam w siódmym niebie :) Nie wiem, ile razy oglądałam "Królestwo Niebieskie", ale dialogi znam na pamięć  ;)






A kiedy byłam w drodze do studia, ledwo wyjechałam z miasta, patrzę... Stoi jakiś człowiek na poboczu i czeka na podwózkę. Myślę sobie, a co mi szkodzi, zabiorę go. Zbliżam się, zwalniam i już widzę, że jakaś twarz znajoma... Po czym ten człowiek widzi mnie i, skubany, ucieka czym prędzej. Albowiem, jak już się zapewne domyślacie, był to owy "nieszczęsny", który miał się za mnie modlić do końca swoich dni...:)  Ciekawe, komu jeszcze sprzedał swoją przejmującą historię ;)






Wszystkie te wspomnienia bardzo mi dzisiaj poprawiły nastrój. I zatęskniłam za moim ukochanym marokańskim jedzeniem! Za słońcem i życiem dobrze przyprawionym... Dlatego, zaraz po obejrzeniu zdjęć z Ouarzazate, poszłam po kolendrę. I rybkę. Zapraszam Was na pyszą zupę rybną, doprawioną jak trzeba :)




Marokańska zupa rybna z pomidorami i kolendrą

300 g filetu z białej ryby (użyłam dorsza), pokrojonego na kawałki (3 cm)
150 g ugotowanych małży (oczywiście, samego mięsa. Zamiast małży można po prostu dodać więcej ryby)
1 puszka pomidorów
3 szklanki bulionu rybnego
1 szklanka wody
2 łyżki oliwy
1 czerwona cebula, posiekana
2 papryki
3 ząbki czosnku, drobno posiekane i lekko zmiażdżone nożem
1 łyżeczka mielonego kuminu
1 łyżka pasty pomidorowej
1 łyżeczka nasion kolendry, uprażonych na suchej patelni (przez około 2 minuty na wolnym ogniu) i rozgniecionych
2-3 malutkie suszone papryczki chilli (opcjonalnie, ale warto!)
sól i świeżo zmielony pieprz
duża garść posiekanej świeżej kolendry

Papryki przekrawamy na pół i usuwamy nasiona. Układamy je na blasze i wkładamy do piekarnika z opcją górnej grzałki lub grilla. Kiedy mają już czarną skórkę, wyjmujemy je i wkładamy na parę minut do garnka z pokrywką lub plastikowej torebki (chodzi o to, żeby łatwiej było obrać je ze skórki). Obrane kroimy na cienkie paski. W garnku rozgrzewamy oliwę i szklimy cebulę, aż będzie miękka. W małej miseczce mieszamy kumin, kolendrę, czosnek, pastę pomidorową i pokruszone chilli. Dodajemy odrobinę wody, mieszamy i dodajemy do cebuli. Po chwili dodajemy pomidory z puszki (lekko je wcześniej rozgniatam), wodę i bulion rybny. Doprowadzamy do wrzenia, a potem zmniejszamy płomień i wkładamy do garnka kawałki ryby. Gotujemy parę minut na najmniejszym ogniu, tak aby ryba sie ugotowała, ale nie zaczęła rozpadać. Kiedy ryba jest ugotowana, wyjmujemy kawałki łyżką cedzakową i zestawiamy garnek z ognia. Po paru minutach, kiedy zupa odrobine wystygnie, dokładamy do niej paprykę i małże i doprawiamy solą i pieprzem. Dodajemy połowę posiekanej kolendry i rybę. Podajemy zupę posypaną kolendrą. To sześć niedużych porcji, albo cztery dla łakomczuchów :) Jeśli ktoś z Was wyjątkowo nie znosi świeżej kolendry, zastąpcie ją poczciwą pietruszką ;)








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz