-->

cover

poniedziałek, 13 lutego 2017

Nie wiem, ach nie wiem, jak to się stało...

ale nabyłam foremkę w kształcie serduszka ;) Myślałam, że już mnie nic nie zdziwi po cukrowych dekoracjach świątecznego piernika, a tu proszę! Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz dla foremki :) Tymczasem nowy rok na dobre się rozhulał i patrząc na ostatnie tygodnie, dochodzę do wniosku, że całkiem spore wyzwania już przede mną postawił.
Podobno jest tak, że pewne sytuacje przytrafiają się nam w życiu do momentu, kiedy wreszcie zauważymy, że to rodzaj lekcji do odrobienia i szansa na wyciągnięcie pewnych wniosków. Z reguły całkiem pożytecznych. Te sytuacje ustają, kiedy zdamy sobie sprawę z sensu wydarzeń i zrozumiemy, dlaczego nas to wszystko spotyka raz po razie. U mnie właśnie coś podobnego się dzieje i było z tego powodu kilka "pierwszych razów", nie licząc serduszkowej foremki.
Musiałam się publicznie skonfrontować z osobą, której zachowanie od dłuższego czasu wystawiało moją cierpliwość na próbę i powodowało u mnie ogromny psychiczny dyskomfort. Trzeba było się do tego przygotować i wcale nie było łatwo, zwłaszcza takiej przyjaznej istocie jak ja, która chciałaby, żeby ludzkości było z nią przyjemnie... Koniec końców przełamałam się i powiedziałam, że od tej pory pewne zachowania po prostu nie mogą już mieć miejsca. No i nie mają. A o wszystkim zadecydowały chyba tak naprawdę spokój i zdecydowanie w moim głosie. Odetchnęłam. I teraz już wiem, że gdzieś tam we mnie mieszka król lew :)




Kolejna sytuacja była już inna. Tym razem zdecydowałam się komuś powiedzieć: "Robię zdjęcia jedzenia. Uważam, że są dobre. Chciałabym je u was pokazać...". Coś robisz, szyjesz, pieczesz, piszesz czy malujesz. Grono znajomych pochwali. ciocia się zachwyci, ale prawda jest taka, że nikt za Ciebie pewnych rzeczy nie zrobi. Sam/a musisz się pokazać światu.
Muszę przyznać, że za każdym razem, zanim kliknę "opublikuj", czytam i czytam te moje posty i zastanawiam się, czy to się w ogóle komuś na coś przyda, czy to całe pisanie i reszta to w ogóle warte pokazania. Mam wrażenie, że dzielić się swoją twórczością ze światem, to trochę tak, jakby postawić dziecko przed wypełnioną po brzegi widownią... Może zachwycić, może rozbroić, może zostać wyśmiane i wygwizdane. A może również pozostać niezauważone. Jest ryzyko. Zawsze jakoś nas ocenią. Coś jednak z czasem do mnie dotarło. Ja bardzo wierzę w to dziecko, które przed Wami stawiam. Kocham to, co robię i chcę się tym nadal zajmować i rozwijać. Będzie mi miło, jeśli się spodoba. A jeśli nie? To nie szkodzi, bo mamy różne gusta i upodobania. I ta różnorodność jest jedną z rzeczy, które mnie w życiu najbardziej pociągają :) A ponieważ do odważnych świat należy, mam nadzieję, że już za jakiś czas będzie można zobaczyć moją pierwszą miniwystawę :)

Jakoś tak wyszło przypadkiem, że foremka się wpisała w nastrój walentynkowego szaleństwa. No i fajnie, nie miałabym nic przeciwko, żeby jakiś Walenty zapukał do moich drzwi z marchewkowym ciastem ;) Jest to ciacho proste, słodkie i pyszne. Odpowiednie nawet dla wysoce początkujących Walentych ;)
A zdjęcia z dzisiejszego posta mają specjalną dedykację dla Karoliny. I ona dobrze wie, dlaczego :)




Ciasto marchewkowe z orzechami, imbirem i cynamonem  (na podstawie przepisu Paula Hollywood)

250 g mąki
1 łyżka cynamonu
1 łyżka imbiru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
250 g startej marchewki
50 g orzechów włoskich, uprażonych i posiekanych
230 g jasnego brązowego cukru
3 jajka
170 ml oleju

Do większej miski przesiewamy mąkę wymieszaną z resztą sypkich składników. Potem dodajemy cukier, orzechy i marchewkę i dobrze mieszamy. Następnie dodajemy jajka zmiksowane z olejem i znowu porządnie mieszamy, żeby wszystko się dobrze połączyło. Przekładamy masę do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą okrągłej foremki (18-23 cm). Można piec w mniejszej, a wyższej foremce i na angielską modłę przekroić na dwa blaty, przyznaję, że u Hipopotama to czasem za dużo roboty ;) Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni i pieczemy do suchego patyczka, około godziny.

Mam trzy wersje podania tego ciasta. Pierwsza (błyskawiczna) wymaga jedynie posypania cukrem pudrem ;) Druga opcja (ze zdjęć) to posmarowanie ciasta serkiem śmietankowym (200 g) zmiksowanym ze 125 g cukru pudru, skórką startą z 1 cytryny i kilkoma łyżkami soku z cytryny - do smaku. Do tego posypka z uprażonych i posiekanych włoskich orzechów (cytrynowy krem jest pyszny, ale ciasto musi swoje odstać, najlepiej w lodówce). Sympatyczna i bardzo szybka jest wersja nr 3, czyli najzwyklejszy lukier cytrynowy (kilka łyżek przesianego cukru pudru dobrze wymieszanych z sokiem z cytryny) plus posypka z pokruszonych imbirowych herbatników.




2 komentarze:

  1. Świetny tekst i bardzo ładne zdjęcia. A ciasto? - ślinka leci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :) I zachęcam do pieczenia!

      Usuń