-->

cover

środa, 1 października 2014

Ależ mi się upiekło :) I pierwsze urodziny Hipopotama.

Październik zaczął się u nas chłodnawo i deszczowo, ale ja mimo to mam doskonały nastrój. Właśnie dziś Hipopotamowy blog kończy roczek :) A skoro mamy urodziny, to naturalnie, musi być ciasto i to nie byle jakie! Do tematu ciasta zaraz powrócimy, a tymczasem chciałam się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami, czy może bardziej wrażeniami towarzyszącymi tworzeniu bloga. Blogowanie kulinarne może się niektórym wydawać lekkie, łatwe i przyjemne, ale pozory mylą... Na pewno jest smaczne, ale moim zdaniem nie należy do najłatwiejszych. Myślę, że najlepiej wiedzą o tym ci, którzy sami prowadzą podobne strony i zastanawiają się, jak po raz pięćdziesiąty sfotografować kawałek ciasta czy też inne danie, żeby zdjęcie nie było nudne i zachęcało do wypróbowania przepisów. Znajomi wiedzą o moich ustawicznych poszukiwaniach fajnych naczyń (talerze po babci hi hi hi...) i ciekawych tkanin. Niektórzy odnoszą się do tego ze zrozumieniem, a niektórzy za nic nie pojmują tych "fanaberii" i pięćdziesięciu zdjęć kawałka szarlotki na talerzyku... Jestem fotograficzną amatorką, brakuje mi wielu "technicznych" umiejętności, ale (takie mam przynajmniej wrażenie) trochę się już nauczyłam i zrobię co w mojej mocy, żeby się rozwijać w kwestiach fotografii i stylizacji jedzenia. Zdjęcia to jeden z elementów układanki, bardzo ważne są też naturalnie przepisy. Postawiłam sobie za punkt honoru publikację przepisów na potrawy, które mnie naprawdę ujęły. Zwracam również baczną uwagę na proporcję i sposób wykonania, bo nie raz już się zdarzyło, że testowany przepis, czy to z innego bloga, czy z jakiegoś czasopisma, okazywał się kompletną klapą i składniki szły na marne. Podaję Wam zatem przepisy, które sama wypróbowałam, często również zmodyfikowałam i mam pewność, że ryzyko katastrofy jest zminimalizowane ;)  Czasami mam kilka fajnych przepisów w kolejce, a brakuje mi weny i pyszności muszą trochę poczekać. Nie zawsze mi się to udaje, ale staram się, żeby w każdym poście było kilka sensownych linijek i żeby przyjemnie było go poczytać. A z jakim efektem...? To już właściwie pytanie do Was... :)




Zaczęłam prowadzić tego bloga, żeby swoim pasjom nadać pewnej systematyczności, ale również, aby zachęcić do kulinarnych przygód tych wszystkich, co to się trzymają z dala "od garów". Bo jedzenie jest po prostu fajne - można nim okazywać miłość i troskę, można świętować... Jedzenie to bez wątpienia jedna z tych małych, prostych przyjemności, którą możemy sobie sami zagwarantować. A co o Was, czyli moich czytelnikach...? Pamiętacie film Julie & Julia? Julie zakłada bloga, zaczyna pisać i eksperymentować w kuchni, a tymczasem w sieci... cisza, zero reakcji. I kiedy wreszcie pojawił się pierwszy, upragniony komentarz, okazało się, że to... od mamy ;) Pierwszy komentarz u Hipopotama też był od mojej Mamy :) Muszę przyznać, że Wy, którzy czytacie Hipopotama, nie jesteście najbardziej aktywni w komentowaniu na stronie bloga i czasem mi tego brakuje, ale innymi drogami docierają do mnie Wasze opinie i wrażenia, wiem, że kilka osób naprawdę polubiło moją "twórczość". Bardzo się cieszę z tych oznak sympatii, są dla mnie ogromnym źródłem motywacji i "dają kopa", kiedy siedzę przed białą przestrzenią ekranu i zaczynam pisać. Tak więc dzięki, że jesteście, że czytacie i korzystacie z przepisów :) A teraz może poświętujemy...? :)





Sernik chałwowy  (przepis z książki Doroty Świątkowskiej "Moje wypieki i desery")

Spód:
200 g ciastek pełnoziarnistych, drobno zmielonych
80 g masła, roztopionego

Masa serowa:  (pamiętajmy, że składniki powinny mieć temperaturę pokojową)
1 kg trzykrotnie zmielonego twarogu
400 g chałwy (takiej, jaką lubicie, w przepisie - waniliowa), pokruszonej na kawałki
3/4 szklanki cukru
5 jajek
1/2 szklanki śmietanki 30%
3 łyżki mąki ziemniaczanej

Polewa:
150 g chałwy
1/2 szklanki śmietanki 30%

Zaczynamy od przygotowania spodu - zmielone ciastka mieszamy z roztopionym masłem i rozprowadzamy równomiernie na wyłożonym papierem do pieczenia spodzie tortownicy (26-28 cm). Na czas przygotowania masy serowej wkładamy tortownicę do lodówki lub zamrażalnika. Teraz kolej na masę serową - twaróg ucieramy z cukrem, a potem dodajemy po jednym jajku, miksując po dodaniu każdego. Dokładamy pozostałe składniki i miksujemy tylko do ich połączenia. Na koniec dodajemy do masy serowej kawałki chałwy i ostrożnie mieszamy całość. Masę serową wykładamy na ciasteczkowy spód i wyrównujemy. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Autorka przepisu radzi upiec ten sernik w kąpieli wodnej (czyli owijamy tortownicę dwukrotnie folią aluminiową i wkładamy ją do naczynia wypełnionego wrzątkiem, tak, aby sięgał do połowy wysokości masy serowej). U mnie nie było takiej możliwości, więc wykorzystałam drugą opcję, którą i Wam polecam - tortownicę włożyłam na środkową kratkę w piekarniku, a poziom niżej ustawiłam naczynie wypełnione wrzątkiem. Sernik pieczemy w 170 stopniach (bez termoobiegu) przez godzinę, a potem lekko uchylamy drzwi piekarnika i przez kolejną godzinę studzimy, a następnie wyjmujemy z piekarnika. Kiedy sernik ostygnie, przygotowujemy polewę. Do rondelka wlewamy śmietankę i dodajemy pokruszoną chałwę. Mieszamy, żeby nie było grudek. Podgrzewamy całość na małym ogniu, mieszając, aż polewa lekko zgęstnieje. Zdejmujemy ją z ognia, lekko studzimy, dekorujemy sernik i wkładamy go do lodówki na 12 godzin.




Moje małe uwagi - przepis odrobinę zmodyfikowałam, bo miałam większą tortownicę, nie chciałam również, żeby sernik był zbyt słodki i uważam, że śmietana 30% doskonale zastępuje rekomendowaną w oryginale śmietankę 36%. Chałwa waniliowa to dobry pomysł, ale zamierzam też wypróbować czekoladową :) Mój sernik miałby polewę gładziutką jak stół, gdyby... nie spadła mi na nią folia aluminiowa do zabezpieczenia ciasta ;) I niestety finalnie polewa przypominała masło orzechowe - na szczęście jednak bez szkody dla smaku :)  Jeśli przed Wami sernikowy debiut, przeczytajcie kilka fajnych porad Doroty w tym temacie. Sernik z chałwą jest naprawdę pyszny i smakował wszystkim poczęstowanym, ale najlepszą rekomendacją jest dla mnie fakt, że pewna nieletnia figlarna istota zjadła kawałek, potem grzecznie poprosiła o kolejny, a później... ukradkiem podkradła trzeci. Jednym słowem - sukces :)
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz