-->

cover

środa, 5 sierpnia 2015

Voyage, voyage...

Upiekłam grzeszne ciasto czekoladowe . To był baaardzo dobry pomysł. Zwłaszcza, gdy chwilę później otworzyłam pralkę i .... okazało się, że kolorem tego lata będzie tak zwany brudny róż. Jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście, Panie i Panowie, to ja właśnie, delektując się czekoladową przyjemnością, ogłaszam taki trend :) Ale dziś nie kolorach lata ani nawet o czekoladzie. Dziś o podróżach!
Świat poprzecinany siatką połączeń lotniczych bardzo się skurczył. Mogę zjeść śniadanie w Warszawie, po południu rozkoszować się cappuccino w Rzymie, a potem spędzić szalony wieczór w Londynie. Oczywiście to jedynie mój przykład, bo przecież dobrze wiemy, że dystanse między poszczególnymi punktami na mapie mogą być jeszcze większe. Można przecież przemierzyć kontynenty! I wszystko to w ciągu jednego dnia. Ta możliwość zachwyca mnie co najmniej tak, jak każdorazowy widok samolotu, który wzbija się w powietrze. Kocham oglądać samoloty, które startują i te, które przybywają do celu. Mimo że tłumaczono mi wiele razy, na jakiej zasadzie taki ciężki stalowy ptak naszpikowany elektroniką szybuje w przestworzach, chyba jednak... wolę tego nie rozumieć ;) Po pierwsze, nigdy nie byłam dobra z fizyki, a po drugie, uważam, że czasem dobrze jest się tak po prostu, po dziecinnemu niemal, czymś zachwycić. Tym sposobem możemy zatrzymać trochę magii w codzienności :)
Podróżujemy, bo mamy taką możliwość, bo nasza planeta jest piękna i różnorodna, bo jesteśmy ciekawi i otwarci (w większości ;)...) na to, co nowe i inne. Podróżujemy, bo chcemy zobaczyć niesamowite miejsca, poznawać ludzi, wspinać się, żeglować, nurkować, przemierzać pustynie, robić zdjęcia, liczyć gwiazdy... Podróżujemy, bo tego, co zobaczymy i skosztujemy nikt nam nie odbierze. Podróżujemy również, bo szukamy... Szukamy siebie, swojego miejsca na Ziemi, odpowiedzi na nurtujące nas pytania i życiowe rozterki. Powodów jest mnóstwo, ale chciałam napisać o tych ostatnich. Poszukiwania, pytania i rozterki...
Jakiś czas temu widziałam piękne zdjęcie z egzotycznego miejsca, a pod zdjęciem podpis w stylu "gdy coś cię gryzie, kiedy masz wątpliwości - podróżuj!". I zaczęłam się nad tym zastanawiać. Myślałam o sobie i o ludziach, których znam. Dlaczego z takim upodobaniem włóczymy się po świecie? Mam znajomych, którzy z wyjazdów uczynili swój sposób na życie. Odwiedzają kolejne państwa, wracają, przepakowują się i znów gdzieś fruną. Niektórzy z nich po prostu tak mają, świat pociąga ich do tego stopnia, że nie mogą przestać się przemieszczać. Cała planeta staje się dla  nich domem. Inni wyjeżdżają, bo w jakiś sposób boją się osiąść w jednym miejscu, przeraża ich wizja codziennego życia, które z kontraście z widokami w podróży, wydaje się straszliwie monotonne, jawi się jako rodzaj kuli u nogi, nieznośny ciężar... Są też ludzie, którzy w podróżach szukają siebie, swojego prawdziwego ja i odpowiedzi na targające nimi wątpliwości i emocje. Niektórym udało się odnaleźć to, czego szukali. Inni wciąż przemierzają świat, czas płynie, a odpowiedź jednak do nich nie przychodzi. Dlaczego...?




Zastanawiałam się nad moim żywotem i nad życiem mojej Babci (tej od najlepszej na świecie szarlotki). Do tej pory udało mi się odwiedzić kilka pięknych miejsc na świecie, oczywiście to tylko ułamek z mojej listy marzeń, ale i tak sporo w porównaniu do Babci, która nigdy nie opuściła rodzinnego kraju. I zawsze, kiedy się spotykamy, powtarza mi, że może już wystarczy tych wojaży... A mnie naturalnie wciąż mało! Kiedy jednak obiektywnie i uczciwie spoglądam na nas obie, zastanawiam się, ile jest prawdy w stwierdzeniu, że podróże kształcą, że podróżując można łatwiej znaleźć rozwiązania, ba, nawet doznać swego rodzaju olśnienia... I okazuje się, że z poszukiwaniem odpowiedzi i sensu życia w podróżach jest trochę tak, jak z poszukiwaniem szczęścia, kiedy tak naprawdę nosimy je w sobie. Szczęście to wybory, budowanie, skupienie na celu, ale trudno skupić się na celu, kiedy wędrujemy tu i tam... Poszperałam trochę i okazało się, że niektórzy wielcy ludzie, jak na przykład Kant, mieli przez całe życie ten sam widok z okna. Wielki filozof nigdy nie opuścił rodzinnego Królewca, a przecież jego osiągnięcia są niepodważalne... Myślę, że w obecnych czasach mamy do czynienia z modą na podróżowanie jako sposób na większość życiowych problemów i niezrealizowane marzenia. Przyznaję, bardzo lubię książkę "Jedz, módl się i kochaj", której autorka tak właśnie postąpiła. Radość życia w Wiecznym Mieście, duchowe poszukiwania w Indiach i przygody na egzotycznej wyspie Bali. Efekt? Narodziny zupełnie nowej osoby, nowa jakość życia i nowa miłość. Książka szybko stała się bestsellerem i inspiracją do zakupu wielu biletów lotniczych.
Jednak jak wyglądałby dziś świat, gdyby wszyscy bez wyjątku uwierzyli, że szczęście i spełnienie można znaleźć jedynie odwiedzając różne miejsca na Ziemi? Patrzę na siebie i na Babcię. I jak myślicie, która z nas ma w sobie więcej spokoju i życiowej mądrości? I to nie jest wcale kwestia wieku, tylko pewnej odwagi. Odwagi, żeby wybrać, zdecydować, powiedzieć: tu zostaję, realizuję moje plany, buduję mój świat. Będzie lepiej lub gorzej, ale wybieram moje TU. 
Lubię wracać do tekstów, które wcześniej mi się spodobały. I przypomniał mi się właśnie jeden artykuł*, bardzo w temacie. Autorka pisze właśnie o tym, jak złudne są poszukiwania szczęścia i wspanialszej rzeczywistości gdzieś TAM,  Przywołuje słowa Seneki, który radził ludziom, żeby raczej odmieniali duszę, a nie powietrze... Twierdził też, że nasze nadzieje, iż podróż rozpocznie u nas nowy rozdział, są bardzo iluzoryczne, bo przecież za każdym razem zabieramy w drogę siebie (tych) samych. Najbardziej jednak zapamiętałam zabawny i ironiczny początek tego tekstu, kilka słów o Beacie Pawlikowskiej, która na okładkach swoich licznych książek pojawia się w hinduskich strojach, "...żebyśmy nie myśleli, że życiową mądrość odnalazła w Przasnyszu.". Dla mnie bomba :) 
Tanie linie lotnicze i wszyscy inni, zarabiający na podróżach na pewno będą trzymać się teorii, że częste wyjazdy mogą w cudowny sposób odmienić nasze życie, ale ja powoli odkrywam, że można zyskać mnóstwo życiowej mądrości i spokoju patrząc sobie z okna w powiecie bielskim na tę samą od lat jabłoń... A potem piec najlepszą na świecie szarlotkę :)




Chorizo z ciecierzycą i papryką

300 g chorizo, pokrojonego w półplasterki około 1/2 cm grubości
400 g ciecierzycy, ugotowanej lub z puszki, odsączonej
2 papryki (czerwona i zielona/żółta) pokrojone w cienkie paski
1 cebula, pokrojona w cienkie półplasterki
4 łodygi selera naciowego, pokrojone w plasterki
2 ząbki czosnku, pokrojone w cienkie plasterki
1 łyżka oliwy
1 płaska łyżeczka słodkiej papryki
60 ml białego wytrawnego wina
80 ml wody
sól, pieprz

Na patelni delikatnie rozgrzewamy oliwę i przyrumieniamy cebulę, czosnek i chorizo. Dodajemy paseczki papryki, seler, ciecierzycę i łyżeczkę słodkiej papryki i dusimy na średnim ogniu, mieszając, aż papryka zmięknie. Wlewamy na patelnię wino i wodę i gotujemy, mieszając, aż płyn zredukuje się do połowy. Doprawiamy do smaku. Podajemy ciepłe. Jeszcze bardziej mi smakowało odgrzane kolejnego dnia. To przepis na 3-4 porcje.





* Wysokie Obcasy Extra, 1/2015, "Siadaj!", Natalia Waloch-Matlakiewicz.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz