-->

cover

czwartek, 22 grudnia 2016

Cieszysz się na święta...? :)

Cukier puder na policzku i ślady po konfiturze na podkoszulku zdradzają intensywne świąteczne przygotowania. Bo to prawie, prawie już... :) Byłam w sklepie z milionem kuchennych akcesoriów i... nie bardzo mogłam wyjść. Tyle wszystkiego. Stanęłam przed półką pełną ozdób do wypieków, niczym dziecko przed wystawą cukierni. Szczerze nie znoszę cukrowych perełek, gwiazdek i innych takich, zawsze stawiam na maksymalną prostotę czyli przeważnie garść posiekanych bakalii. A dziś - wróciłam do domu z maciupkimi cukrowymi choinkami i takimi tam... O losie :) O dziwo, cały ten cukierkowy mhm.... badziew (?) dobrze się prezentuje na moim świątecznym pierniku. Nie żebym Was namawiała na gwiazdki i perełki, ale jak widzę, Boże Narodzenie zniesie wiele kiczu ;)




Tymczasem w świetle ostatnich wydarzeń na świecie zaczęłam się zastanawiać, czy ja mam w ogóle prawo do tego, żeby w ciepłym domu, wśród przyjaciół, świątecznych dekoracji, pachnących świec i dobrego jedzenia cieszyć się Bożym Narodzeniem.
I odpowiadam sobie, że tak. Każdy to pewnie widzi inaczej, ale dla mnie święta Bożego Narodzenia to jest totalna magia, coś, na co się z niecierpliwością czeka, coś, co jest takim ciepłym światłem wśród mroków. To jest plaster miodu na skołatane serducho a w dodatku pozwala mi ładować baterie i przywraca wiarę w ludzką życzliwość, chęć niesienia pomocy i dzielenia się z tymi, którzy są w potrzebie.
Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą, że nie wszystkim Boże Narodzenie dostarcza radości, że nasi bliscy odchodzą, że na świecie, kiedy my siadamy do wigilijnego stołu, giną niewinni ludzie. Dla mnie wciąż święta Bożego Narodzenia są czymś w rodzaju kotwicy, czymś, co daje siłę i (jednak) wciąż jednoczy mnie z innymi. Jest to też taki port, do którego docieram końcem roku z całym bagażem dwunastu miesięcy i wtedy nawet bardziej niż w sylwestra zastanawiam się nad różnymi rzeczami, które mają miejsce w moim życiu.
Tak naprawdę przecież wszystko zależy od nas, jakie nadamy tym dniom znaczenie. Czy będziemy gotowi otworzyć drzwi, kiedy w wigilijny wieczór ktoś niespodziewanie zapuka? Stawiamy na stole dodatkowy talerz. Pytanie, czy to tylko w ramach tradycji, czy faktycznie jesteśmy otwarci na przyjęcie wędrowców. Poza tym, każdy z nas ma swój kawałek świata do uratowania, każdy z nas swoim małym dobrem i wrażliwością może pomagać innym...
Zgoda, jest w całych tych świątecznych przygotowaniach mnóstwo obrzydliwej komercji, kupujemy o wiele więcej niż naprawdę potrzebujemy i umyka gdzieś szczególny charakter tych dni. Jednak dopóki  wciąż potrafimy otwierać się na innych, potrafimy zrozumieć i szanować ich punkt widzenia (no, może poza Wiejską ostatnio...), to Boże Narodzenie będzie miało sens. Nie jestem za tym, żeby się zamknąć na trzy dni w kolorowej szklanej bańce i ignorować całe zło, które dzieje się wokół nas. Myślę natomiast, że kluczem do pełnego przeżywania świąt jest nasza inicjatywa i reagowanie na potrzeby ludzi, i tych z ulicy obok i tych z Aleppo. Każdy na swoją miarę może coś zrobić i mamy realny wpływ na to, jakie będzie nasze świąteczne samopoczucie i jak będzie wyglądało nasze Boże Narodzenie. Nie rezygnujmy z radości! Nie rezygnujmy z tych wszystkich momentów, kiedy można się zatrzymać, pobyć razem, kolędy śpiewać i łasować pod choinką. Jestem przekonana, że wszyscy potrzebujemy takich chwil. Chociażby po to, żeby potem czerpać z nich siłę.  Bardzo, bardzo się cieszę na te święta :)




P.S.
Jeśli chrześcijańskie wartości (nie "moherowe")  są Wam bliskie, polecam przeczytanie tekstu Ojca Kramera. To rodzaj komentarza aktualnych wydarzeń, daje do myślenia, a niektórych nawet oburza...

A teraz - do rzeczy. Mam dla Was jeszcze dwa smakowite ciasta, które można upiec na przysłowiową ostatnią chwilę. Są pyszne i bardzo proste i doskonale się wpiszą w świąteczny klimat.




Uwielbiam daktyle! Mięciutka słodycz to wymarzony dodatek do świątecznych wypieków. Do tego jeszcze rum, korzenne przyprawy i skórka z pomarańczy... Mogłabym się gdzieś schować w kąciku i od razu zjeść połowę tego ciasta. Imbir kandyzowany dokonale go podkręca, rumowa nutka jest rozkoszna! Jeśli nie przepadacie za kandyzowanym imbirem, proponuję sypnąć do tego chlebka posiekanych orzechów włoskich albo pekanów. A jeżeli nie chcecie dodawać alkoholu, daktyle można zalać sokiem pomarańczowym. Jeśli o mnie chodzi, nie potrzeba już żadnej polewy, co najwyżej odrobinę cukru pudru.




Korzenny chlebek z daktylami i kandyzowanym imbirem  (na podstawie tego przepisu )

280 g daktyli, pokrojonych na małe kawałki
1/3 szklanki rumu
50 g kandyzowanego imbiru, pokrojonego na małe kawałki i wymieszanego z odrobiną mąki
80 g miękkiego masła
150 g brązowego cukru
1 duże jajko
1 łyżeczka ekstraktu wanilii
1 łyżka skórki otartej z pomarańczy
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
1/4 łyżeczki zmielonych goździków
1/2 łyżeczki soli
3/4 szklanki soku pomarańczowego (najlepiej świeżo wyciśniętego)

Posiekane daktyle w miseczce zalewamy rumem na godzinę, kilka razy mieszamy. W większej misce na średnich obrotach przez chwilę miksujemy masło z cukrem, jajkiem, ekstraktem waniliowym i cukrem. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia, sodą i przyprawami i przesiewamy. A potem do masy, miksując na małych obrotach dodajemy na przemian mąkę i sok pomarańczowy. Miksujemy tylko do połączenia składników. Potem dodajemy do masy daktyle (bez odsączania) i pokrojony imbir. Całość mieszamy już tylko łyżką i przekładamy do niedużej (22-24 cm) keksówki nasmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Pieczemy w 170 stopniach około 50 minut, do suchego patyczka.






Pani Edeltrauda to moja sąsiadka i dobra, serdeczna dusza z Bystrej. Poznałyśmy się w ubiegłym roku, kiedy rano czekałam na autobus, żeby dotrzeć do restauracji. Martwiłam się, bo dzień wcześniej niespodziewanie odszedł szef kuchni, a ponieważ był to czas firmowych Wigilii, zostałam sama z gotowaniem. Tego dnia miałam ugotować, bagatelka, 50 litrów barszczu. Pani Edeltrauda spojrzała na mnie i pyta "Dziecko, a czemu Ty masz taką strapioną minę...?". No i musiałam się przyznać, że mój drugi barszcz w życiu może być niezłą wsypką przed szerooooką publicznością :) A wtedy się okazało, że moja nowa znajoma gotowała na weselach, więc ma w tej materii doświadczenie ogromne. No i podpowiedziała mocno zestresowanemu dziewczęciu, co najlepiej zrobić. Barszcz wyszedł pyszny :) Od tamtej pory, kiedy tylko jest okazja, umawiamy się na pogawędki :) Ciasto mojej sąsiadki to nie jest typowy piernik, ale jest bardzo smaczne, wilgotne i doskonale się nadaje do przekładania. A do tego bardzo łatwe i szybko można go przygotować, więc to dobra opcja dla zabieganych.






Ekspresowy piernik Pani Edeltraudy   (świąteczna wersja hipopotamowa)

450 g mąki
1 czubata łyżka gorzkiego kakao
1 czubata łyżka kawy rozpuszczalnej
1 czubata łyżka przyprawy mixed spice albo przyprawy piernikowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
500 ml jogurtu naturalnego
1/2 szklanki oleju roślinnego
2 łyżki dowolnego dżemu (dodałam pomarańczowy)
180 g brązowego cukru

drobno pokrojone bakalie (opcjonalnie, u mnie suszone śliwki i orzechy włoskie uprażone na suchej patelni) wymieszane z odrobiną mąki
wybrana konfitura do przełożenia ciasta (u mnie porzeczkowa lub węgierkowa)
czekolada do polania i ozdobienia ciasta

Mąkę mieszamy z resztą sypkich składników (oprócz cukru). W dużej misce miksujemy olej z jogurtem, cukrem i dżemem. Potem przesiewamy do tego mączną mieszankę i miksujemy do połączenia. Dodajemy bakalie (opcjonalnie). Pani Edeltrauda piecze ten piernik na dużej blasze, a potem przekłada masą ajerkoniakową. Ja piekę 2-3 mniejsze ciasta w foremkach keksowych (22-24 cm), posmarowanych masłem i wysypanych bułką tartą. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni i pieczemy około 50 minut. Kiedy ciasto wystygnie, przekładamy je wybraną konfiturą lub masą i dekorujemy wierzch według uznania.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz