Październik zaczął się u nas
chłodnawo i deszczowo, ale ja mimo to mam
doskonały nastrój. Właśnie dziś Hipopotamowy blog kończy
roczek :) A skoro mamy
urodziny, to naturalnie,
musi być ciasto i to
nie byle jakie! Do tematu ciasta zaraz powrócimy, a tymczasem chciałam się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami, czy może bardziej wrażeniami towarzyszącymi tworzeniu bloga.
Blogowanie kulinarne może się niektórym wydawać
lekkie, łatwe i przyjemne, ale pozory
mylą... Na pewno jest
smaczne, ale moim zdaniem nie należy do najłatwiejszych. Myślę, że najlepiej wiedzą o tym ci, którzy sami prowadzą podobne strony i zastanawiają się, jak
po raz pięćdziesiąty sfotografować
kawałek ciasta czy też inne danie, żeby zdjęcie
nie było nudne i zachęcało do wypróbowania przepisów. Znajomi wiedzą o moich
ustawicznych poszukiwaniach fajnych naczyń (talerze po babci hi hi hi...) i ciekawych tkanin. Niektórzy odnoszą się do tego ze zrozumieniem, a niektórzy za nic nie pojmują tych
"fanaberii" i
pięćdziesięciu zdjęć kawałka szarlotki na talerzyku... Jestem fotograficzną
amatorką, brakuje mi wielu "technicznych" umiejętności, ale (takie mam przynajmniej wrażenie)
trochę się już nauczyłam i zrobię co w mojej mocy, żeby się
rozwijać w kwestiach fotografii i stylizacji jedzenia. Zdjęcia to jeden z elementów układanki,
bardzo ważne są też naturalnie
przepisy. Postawiłam sobie za punkt honoru publikację przepisów na
potrawy, które mnie
naprawdę ujęły. Zwracam również baczną uwagę na
proporcję i sposób wykonania, bo nie raz już się zdarzyło, że
testowany przepis, czy to z innego bloga, czy z jakiegoś czasopisma, okazywał się
kompletną klapą i składniki szły na marne. Podaję Wam zatem przepisy, które sama
wypróbowałam, często również
zmodyfikowałam i mam pewność, że
ryzyko katastrofy jest zminimalizowane ;) Czasami mam kilka fajnych przepisów
w kolejce, a brakuje mi
weny i pyszności muszą trochę poczekać. Nie zawsze mi się to udaje, ale staram się, żeby w każdym poście było
kilka sensownych linijek i żeby
przyjemnie było go poczytać. A z jakim efektem...? To już właściwie
pytanie do Was... :)
Zaczęłam prowadzić tego bloga, żeby swoim
pasjom nadać pewnej systematyczności, ale również, aby zachęcić do
kulinarnych przygód tych wszystkich, co to się trzymają
z dala "od garów". Bo
jedzenie jest po prostu fajne - można nim
okazywać miłość i troskę, można
świętować... Jedzenie to bez wątpienia jedna z tych
małych, prostych przyjemności, którą możemy sobie sami zagwarantować. A co o Was, czyli moich
czytelnikach...? Pamiętacie film Julie & Julia? Julie zakłada bloga, zaczyna
pisać i eksperymentować w kuchni, a tymczasem
w sieci... cisza, zero reakcji. I kiedy wreszcie pojawił się
pierwszy, upragniony komentarz, okazało się, że to...
od mamy ;) Pierwszy komentarz u Hipopotama też był od mojej Mamy :) Muszę przyznać, że Wy, którzy czytacie Hipopotama, nie jesteście najbardziej aktywni w komentowaniu na stronie bloga i czasem mi tego brakuje, ale
innymi drogami docierają do mnie Wasze opinie i wrażenia, wiem, że kilka osób
naprawdę polubiło moją "twórczość".
Bardzo się cieszę z tych oznak
sympatii, są dla mnie
ogromnym źródłem motywacji i "dają kopa", kiedy siedzę przed białą przestrzenią ekranu i zaczynam pisać. Tak więc
dzięki, że jesteście, że czytacie i korzystacie z przepisów :) A teraz może
poświętujemy...? :)
Sernik chałwowy (przepis z książki Doroty Świątkowskiej "Moje wypieki i desery")
Spód:
200 g ciastek pełnoziarnistych, drobno zmielonych
80 g masła, roztopionego
Masa serowa: (pamiętajmy, że składniki powinny mieć temperaturę pokojową)
1 kg trzykrotnie zmielonego twarogu
400 g chałwy (takiej, jaką lubicie, w przepisie - waniliowa), pokruszonej na kawałki
3/4 szklanki cukru
5 jajek
1/2 szklanki śmietanki 30%
3 łyżki mąki ziemniaczanej
Polewa:
150 g chałwy
1/2 szklanki śmietanki 30%
Zaczynamy od przygotowania spodu - zmielone ciastka mieszamy z roztopionym masłem i rozprowadzamy równomiernie na wyłożonym papierem do pieczenia spodzie tortownicy (26-28 cm). Na czas przygotowania masy serowej wkładamy tortownicę do lodówki lub zamrażalnika. Teraz kolej na masę serową - twaróg ucieramy z cukrem, a potem dodajemy po jednym jajku, miksując po dodaniu każdego. Dokładamy pozostałe składniki i miksujemy tylko do ich połączenia. Na koniec dodajemy do masy serowej kawałki chałwy i ostrożnie mieszamy całość. Masę serową wykładamy na ciasteczkowy spód i wyrównujemy. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Autorka przepisu radzi upiec ten sernik w kąpieli wodnej (czyli owijamy tortownicę dwukrotnie folią aluminiową i wkładamy ją do naczynia wypełnionego wrzątkiem, tak, aby sięgał do połowy wysokości masy serowej). U mnie nie było takiej możliwości, więc wykorzystałam drugą opcję, którą i Wam polecam - tortownicę włożyłam na środkową kratkę w piekarniku, a poziom niżej ustawiłam naczynie wypełnione wrzątkiem. Sernik pieczemy w 170 stopniach (bez termoobiegu) przez godzinę, a potem lekko uchylamy drzwi piekarnika i przez kolejną godzinę studzimy, a następnie wyjmujemy z piekarnika. Kiedy sernik ostygnie, przygotowujemy polewę. Do rondelka wlewamy śmietankę i dodajemy pokruszoną chałwę. Mieszamy, żeby nie było grudek. Podgrzewamy całość na małym ogniu, mieszając, aż polewa lekko zgęstnieje. Zdejmujemy ją z ognia, lekko studzimy, dekorujemy sernik i wkładamy go do lodówki na 12 godzin.

Moje małe uwagi - przepis odrobinę zmodyfikowałam, bo miałam większą tortownicę, nie chciałam również, żeby sernik był zbyt słodki i uważam, że śmietana 30% doskonale zastępuje rekomendowaną w
oryginale śmietankę 36%. Chałwa waniliowa to dobry pomysł, ale zamierzam też wypróbować czekoladową :) Mój sernik miałby
polewę gładziutką jak stół, gdyby... nie spadła mi na nią folia aluminiowa do zabezpieczenia ciasta ;) I niestety finalnie polewa przypominała masło orzechowe - na szczęście jednak
bez szkody dla smaku :) Jeśli przed Wami sernikowy debiut, przeczytajcie kilka fajnych
porad Doroty w tym temacie. Sernik z chałwą jest naprawdę pyszny i smakował wszystkim poczęstowanym, ale
najlepszą rekomendacją jest dla mnie fakt, że pewna nieletnia figlarna istota
zjadła kawałek, potem grzecznie
poprosiła o kolejny, a później... ukradkiem
podkradła trzeci. Jednym słowem - sukces :)