-->

cover

środa, 16 września 2015

A Ty, koleżanko, pójdziesz do piekła...? :)

Madeleine Albright powiedziała kiedyś, że w piekle powinno być specjalne miejsce dla kobiet, które nie pomagają innym kobietom... Co Wy na to? Kiedy patrzę na moje dotychczasowe doświadczenia, spotkania, relacje, muszę powiedzieć, że w większości przypadków jestem ogromną szczęściarą. Na mojej życiowej drodze nigdy nie brakowało kobiet, które zawsze były gotowe mnie wspierać, w różny sposób, w różnych kwestiach. To jest naprawdę wspaniała świadomość, że mogę porozmawiać z kimś, kto bez złośliwości i zawiści pochyli się nam moimi wątpliwościami. Jestem za to bardzo wdzięczna. Właściwie to dziś jedna z najcenniejszych rzeczy na świecie, mieć kogoś, kto ma dla nas czas, słucha nas, próbuje zrozumieć i dopomóc, jak tylko może. Wiadomo jednak, że nasza ludzka natura bywa przekorna, szuka dziury w całym i czepia się drobiażdżków i chyba dlatego, nie wiem, czemu akurat dziś, przypomniały mi się dwie kobiety, z którymi moje doświadczenia wyglądały nieco odmiennie...




Jedna z nich podobnie jak ja "siedzi w kulinariach", ale w przeciwieństwie do mnie zajmuje się tym zawodowo. Miałam pewien pomysł, ale nie bardzo wiedziałam, od czego w ogóle zacząć. Przygotowałam sobie listę tematów i zaczęłam się zastanawiać, kto mógłby podpowiedzieć, z której strony to ugryźć. I właśnie wtedy znalazłam tę dziewczynę w sieci, a ponieważ okazało się, że mieszkamy niedaleko, pomyślałam, że się z nią skontaktuję i może coś z tego wyniknie. Zadzwoniłam, wyjaśniłam dokładnie o co chodzi, na czym mi zależy. Uśmiechała się przez telefon (wiecie, że to słychać....) i pomyślałam, że to dobra wróżba. Chętnie zgodziła się na spotkanie, a kilka dni później siedziałyśmy przy kawie. I... I trudno powiedzieć, jaki był właściwie cel tego spotkania, bo na każde z moich pytań odpowiadała jednym zdaniem: "to moja tajemnica zawodowa"... Straciłam sporo czasu, niczego się nie dowiedziałam, do dziś właściwie nie rozumiem, czemu w ogóle chciała się ze mną spotkać...
A drugi "przypadek" to moja koleżanka, która się ostatnio skarżyła naszym wspólnym znajomym, że ją zaniedbuję i wcale się nie odzywam... Cóż, jeśli się do mnie dzwoni jedynie wtedy, kiedy książę z bajki ma zły humor... Wtedy jestem nadzwyczaj potrzebna. Niestety nazajutrz jedynie od niechcenia odpisuje mi się (albo i nie...) na fejsie, znaczy, z księciem już lepiej ;) I niby takie nic, ale sporo czasu nam zajęło, żeby się wreszcie umówić na kawę i pogaduchy, u niej. Kiedy byłam w połowie drogi, ona dzwoni i przeprasza, że jednak dziś nie bardzo, bo musi się jeszcze spotkać z klientami, z którymi jutro wyrusza na wyprawę. Skoro już do niej dojechałam, to proponuję, że ją podwiozę, gdzie potrzebuje. I... ona chyba zapomniała, że wiem, gdzie jest zamek księcia :)
Powiecie pewnie, że się czepiam, ale chyba Skorpiony już tak mają. I długo nie mogą zapomnieć, bestyjki ;) Dość jednak marudzenia, w mojej kuchni piękna czerwona papryka wylądowała w piekarniku i teraz mam wspaniały słoik pełen kuszących, delikatnych paprykowych filetów o wspaniałym kolorze (jak piekę paprykę przeczytajcie tu , tym razem jednak bez przypraw, bez oliwy, paprykę zalałam jedynie płynem powstałym w czasie pieczenia, bo zużycie będzie ekspresowe!). Upieczoną paprykę wykorzystamy ma mnóstwo wiele sposobów, dziś jedna z moich ulubionych hipopotamowych tart. W ramach tajemnicy zawodowej oczywiście :) Smaczności!




Tarta tuńczykowa z pieczoną papryką i kaparami

Ciasto kruche:
200 g mąki
100 g zimnego masła
1 jajko
3/4 łyżeczki soli
kilka łyżek bardzo zimnej wody

Wypełnienie:
120 g tuńczyka z puszki (waga po odsączeniu)
1 i 1/2 upieczonej czerwonej papryki, pokrojonej w paski
1/2 czerwonej cebuli, pokrojonej w cieniutkie plasterki
1 łyżka kaparów
80 g startego żółtego sera
garść posiekanego koperku

Zalewa:
3/4 szklanki jogurtu naturalnego
2 jajka
pieprz i sól

Zaczynamy od przygotowania kruchego ciasta, można to zrobić dużo wcześniej. Z podanych składników staramy się jak najszybciej uformować kulę, rozwałkowujemy i wykładamy ciastem natłuszczoną foremkę do tarty (u mnie 25 cm). Nakłuwamy dno widelcem, w kilku miejscach, żeby ciasto się nie wybrzuszało przy pieczeniu. Foremkę wkładamy na zamrażalnika, na godzinę, albo na 2 dni, na tyle, na ile potrzebujemy. W dniu przygotowania tarty podpiekamy najpierw ciasto bez nadzienia, w piekarniku nagrzanym do 190 stopni, możemy wyłożyć foremkę papierem do pieczenia / folią aluminiową i nasypać fasolek lub innego wypełnienia, aby mieć pewność, że boki tarty nie opadną. Podpiekamy ciasto z wypełnieniem 15-20 minut, a potem jeszcze kilka minut już bez papieru czy folii, żeby zarumienił się spód tarty.
Na podpieczonym cieście układamy kawałki tuńczyka, plasterki cebuli, paprykę i kapary. Posypujemy koperkiem (można odrobinę koperku zachować do zalewy) i startym serem. W miseczce lekko ubijamy jajka, dodajemy jogurt, mieszamy dokładnie i doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Taką masą zalewamy wypełnienie tarty. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni 35-40 minut, do momentu, kiedy wierzch tarty będzie ścięty i lekko złoty. 






2 komentarze:

  1. To jest pyszne! Wiem co piszę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mogę jedynie potwierdzić :) Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń