-->

cover

środa, 4 grudnia 2013

Czekać... Jak to łatwo powiedzieć ;)

Jak to u Was jest z czekaniem? Po co się w ogóle na coś czeka? Czemu nie można mieć wszystkiego tak od razu, natychmiast, już...? Można czekać na to, co już zaplanowane, obmyślone, w jakiś sposób przewidziane. Czekać na zamierzony efekt. Można czekać z ciekawością, nie mając pojęcia, co nam się objawi na końcu drogi, czy będzie to miła niespodzianka, czy też gorzki posmak zawodu.
Czekamy na pojawienie się tej jedynej osoby,  na łaskawe lato, na zawodowy sukces, na stabilizację finansową. Uważamy to za zwykłą kolej rzeczy, a czasami za przedłużającą się w nieskończoność karę. Czekanie potrafi nas uspokajać i zabijać. Czekanie nas uskrzydla i przyprawia o bezsenność. Po co to wszystko? Tłumaczę sobie, że czekanie w pewnym stopniu kształtuje nasz charakter, uczy nas jakoś bardziej cieszyć się z różnych rzeczy.  Czy cieszylibyśmy się latem nie marznąc w zimie? Czy docenilibyśmy bliskość nie doświadczając wcześniej samotności?
A, co ważne dla tego bloga, czekanie może też nadawać smak. Już za trzy tygodnie Wigilia, zacznie się magiczny czas, na który pewnie większość z  nas czeka.
Ja upiekłam dziś ciasto, na które poczekamy... do Bożego Narodzenia. Trzy tygodnie... Wtedy będzie najlepsze, choć podobno już po czterech dniach smakuje pysznie. Sądząc po zapachu, który dziś wypełnił kuchnię, powinnam czekać z ciekawością i nadzieją, że smak tego wypieku nas nie rozczaruje. I uroczyście przyrzekam, że nie będę się potajemnie zakradać do szczelnie zapakowanej paczki z ciastem...




Świąteczne ciasto dla cierpliwych


2 szklanki cukru
2 szklanki gorącej wody
2 łyżki masła
1,5 łyżeczki soli
2 łyżeczki cynamonu
2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
450 g rodzynek
2 łyżeczki sody
3 szklanki mąki

W garnku mieszamy gorącą wodę z cukrem, masłem, solą, rodzynkami i przyprawami. Doprowadzamy do wrzenia, a potem jeszcze gotujemy na malutkim ogniu 5 minut. Sodę mieszamy z jedną łyżką gorącej wody i dodajemy do garnka, nie należy już mieszać całej mikstury. Po 5 minutach zdejmujemy mieszankę z palnika i studzimy do temperatury pokojowej i dodajemy mąkę. Nagrzewamy piekarnik do 160 stopni, smarujemy masłem formę z kominkiem i wysypujemy bułką tartą. Wypełniamy foremkę masą i pieczemy około 55 minut, do suchego patyczka. Moje ciasto potrzebowało godziny. Gdy ciasto się upiecze, wyjmujemy je z formy, studzimy, a potem owijamy papierem do pieczenia i folią aluminiową. Teraz pozostaje już tylko znaleźć mu ustronną miejscówkę w chłodzie, a ja chyba na wszelki wypadek ustawię alarm w telefonie, ot tak, żeby w święta nie zapomnieć ;)




Szukam jeszcze kilku przepisów na ciasteczka, wybieram świąteczną muzykę, kompletuję prezenty i czytam sobie "Tajemnicę świąt Bożego Narodzenia" Josteina Gaardera. Poza tym uwielbiam oglądać świąteczne wystawy, nawet jeśli czasem są trochę kiczowate. Nastrojowe grudniowe czekanie to chyba jedyne, które naprawdę bardzo lubię. I myślę, że nasze niepozorne ciasto bardzo nas w te święta zaskoczy :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz