-->

cover

wtorek, 6 maja 2014

O wpływie chleba na duszę i kanapce curry

Pamiętam, jak kiedyś, gdzieś w trakcie internetowych poszukiwań przeczytałam, że uprawianie ogródka jest znacznie tańsze niż wszelkiego rodzaju terapie, a na koniec masz jeszcze własne pomidory ;) Uśmiechnęłam się wtedy do siebie. Ze mnie co prawda żaden ogrodnik już nie wyrośnie, ale chyba wynalazłam własną metodę na ukojenie skołatanej duszy. Metodę skuteczną, która również daje namacalne (i jadalne) rezultaty. Mam na myśli pieczenie chleba. Nie bardzo potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak jest, piekłam już mnóstwo o wiele bardziej skomplikowanych specjałów, ale żaden z nich nie dostarczył mi takiej radości i satysfakcji jak mój własny chleb. Większość z Was wie, że jestem nocnym markiem więc nie zdziwicie się faktem, że hipopotamowa piekarnia otwiera się z reguły późną wieczorową porą, po dobrej kolacji i posprzątaniu kuchni na błysk. 




Mam wrażenie, że upieczenie dobrego chleba wymaga nie tylko porządku w kuchni, ale również gdzieś tam u nas głęboko w środku... Ludzie na całym świecie dzielą się chlebem, rodziny i nieznajomi, przyjaciele i przypadkowo spotkani. Chleb zawsze wiązał się dla mnie z pokojem i pewnego rodzaju wspólnotą, więc jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żebym go piekła ze złymi emocjami w głowie. Wiem, wiem, tak trochę filozofuję, ale tak właśnie myślę i chciałam o tym napisać. Trochę było tych moich prób chlebowych, mniej lub bardziej udanych, żebym się jeszcze nauczyła, że dobry chleb wymaga nie tylko pozytywnego nastawienia, ale również cierpliwości i czasu. Dlatego teraz, na spokojnie wchodzę sobie do kuchni wieczorem z kieliszkiem wina albo parzę dobrą herbatę, nastawiam ulubioną muzykę, przeważnie któryś z koncertów Simply Red lub mistrza Cohena z londyńskiej Areny i piekę chleb, który będzie akurat na rano. Nie śpieszę się, cierpliwie wyrabiam drożdżowe ciasto i rozkoszuję się wizją śniadania. A później chleb stygnie, a ja zasypiam z poczuciem spełnienia i spokojną głową.




Przepis na chleb, którym chcę się z Wami podzielić pochodzi od Moniki z bloga Gotuje bo lubi. Upiekłam go kilka razy i stał się moim ulubionym. Myślę, że nadaje się doskonale na Wasz pierwszy chleb, jeśli jeszcze nigdy go nie piekliście. Trzeba tylko pamiętać o dobrym nastawieniu i cierpliwości przy wyrabianiu, żeby chlebek pięknie nam wyrósł. Ja mam już sprytny plan na następną noc wypieków i zamierzam upiec ten chleb z dodatkiem ziół prowansalskich albo świeżego posiekanego koperku.

Chleb na drożdżach z ziemniakami

450 g ziemniaków, obranych i pokrojonych w drobną kostkę + 2 łyżeczki soli
1 szklanka wody z gotowania ziemniaków
5 g drożdży instant
2 i 1/4 szklanki mąki
2 łyżki oliwy
1 łyżka soli

Ziemniaki zalewamy w garnku wodą tylko, aby je przykryła i z dwiema łyżeczkami soli gotujemy do miękkości. Następnie odcedzamy ziemniaki i odstawiamy do wystygnięcia, zostawiając sobie szklankę wody z gotowania. Wystudzone ziemniaki rozdrabniamy widelcem w misce. Następnie wlewamy do ziemniaków 1/4 szklanki wody z gotowania (ciepłej, nie gorącej), dodajemy drożdże i wszystko dokładnie mieszamy. Dodajemy mąkę, oliwę i sól. Zaczynamy wyrabiać ciasto, gdyby było za suche, dodajemy po łyżce wody z ziemniaków. Kiedy ciasto jest już gładkie i elastyczne, formujemy z niego kulę i umieszczamy w misce natłuszczonej oliwą. Możemy je też przykryć wilgotną kuchenną ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na jakąś godzinę, aby podwoiło objętość. Wyrośnięte ciasto lekko zagniatamy i formujemy kształt chleba (Monika piecze go w koszyku, więc formuje kulę) a ja w keksówce o długości 32 cm. Wkładamy je do natłuszczonej formy, obsypujemy mąką i odstawiamy znów do wyrośnięcia, można je zostawić już w okolicach piekarnika, który nagrzewamy do 190 stopni. Kiedy chleb w foremce wyrośnie, pieczemy go przez około 40 minut, a później pozwalamy mu dobrze wystygnąć. Dzięki dodatkowi ziemniaków chleb jest puszysty i wilgotny, pamiętajcie natomiast, że jak każdy drożdżowy wypiek najlepiej smakuje w dniu upieczenia.




Domowy chleb na śniadanie motywuje mnie też do wynalezienia jakiegoś ciekawego smarowidła do kanapek. Możliwości jest naturalnie mnóstwo, ale jedną z moich ulubionych jest kanapka w wersji curry, z pastą, która znalazłam u Liski z White Plate. 




Gotuję 3-4 jajka na półmiękko, jakieś 5 min. Rozdrabniam je na talerzu widelcem, mieszam z 1-2 łyżkami majonezu, połową łyżeczki curry i garścią posiekanej kolendry. Liska do swojej pasty dodaje jeszcze łyżeczkę drobniutko posiekanych rodzynek, ale wypróbowałam tę wersję i jakoś mi te rodzynki nie pasują. Jajka i curry to bardzo sympatyczne połączenie, a jeśli nie przepadacie za specyficznym smakiem kolendry, możecie ją zastąpić szczypiorkiem.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz